Kiedy Zielone ptaki latają wprost do nieba, a my wciąż ich oklaskujemy!
pamiętam ten lipiec 2012 jak dziś — rześki wieczór w sanockim amfiteatrze, a my, cała zgraja zielonych szalików, już od samego rana szaleliśmy na trybunach. nie było żadnego xg, żadnych tabel, tylko serce w gardle, bo ci z sanockiego gadali przed meczem o tym, że nasza drużyna to nic takiego, że jakaś młodzież, a oni to stara gwardia ligowa. no i wtedy odpaliliśmy im pierwszy set — klasa do kwadratu, podanie jak z automatu, blok jak z cementu, a przy trzecim secie pan janusz kuczak z galerii wykrzyknął coś takiego, że śmiechu było, ale i tak wszechmocnie podniosło to morale. 3:1 poszło gładko, a ja jeszcze szedłem potem na piwo z tym facetem, który wcześniej mówił o szczęściu — no, cholera, szczęście to miało tyle wspólnego z tamtym meczem co ja z kolumną gdańską. i tak zostało — raz kozioł, raz baran, ale tamten wieczór to był prawdziwy majstersztyk. no, a teraz to już młodzi tego nie widzieli, szkoda...
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A toż ja tam byłem, kurde, i to nie jeden raz, tylko dwa razy z rzędu! Pamiętam jak teraz — staliśmy pod samym boiskiem w Rzeszowie, a tamci ze Sanoka myśleli że nas przestraszą tymi swoimi gadaniami. A my? My mieliśmy tylko jeden cel: pokazać im gdzie ich miejsce! Wtedy na trybunie było tyle emocji, że aż powietrze drżało. Pierwszy set poszedł, ale my wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec. Drugi set... cholera, pamiętam jak jakiś facet zza siatki wrzeszczał coś o szczęściu, a ja tylko myślałem: "szczęście? Zmyjcie się stąd, chłopaki!" I wtedy nasz rozgrywający podał tak, że blokowani odchorowywali ten punkt do dzisiaj 🔥💪 3:1 to była czysta zemsta za te wszystkie lata gadania! Po meczu jeszcze chodziłem z kilkoma chłopakami na kebaba, a jeden z Sanoka cały czas mamrotał cos o losie... no, niech sobie mamroce, my wiemy swoje!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
pamiętam ten cholerny autobus powrotny, jakby to było wczoraj — ta cała zgraja zielonych, wszyscy umazani w barwie, głosy ochrypłe od śpiewania, a przy tym jeden staruszek, co się całą drogę modlił żeby jeszcze raz posłuchać "zielone ptaki lecą" z radiowęzła. facet był z Sanoka, oczywiście, usiadł z nami jakby nigdy nic, no bo co miał zrobić, musiał zjeść tę klęskę na miejscu. a tu nagle radio huknęło piosenkę kibiców i on zbladł jak papier, a koledzy zaczeli mu śpiewać pod nosem — niechcący, ale tak że już nie miał szans uciec. a ja? ja tylko stałem z tym swoim piwem w ręku i myślałem: no widzicie, szczęście to mieliście w tej klepsydrze od samego początku, tylkoście jej nie umieli otworzyć. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no i tu dochodzimy do sedna 🤣 bo pamiętam jak teraz ten jeden gość z Sanoka co gadał o szczęściu, to jeszcze w garderobie po meczu zawołał mnie na bok i pyta: "słuchaj, skąd wy macie takich graczy?". A ja na to: "no wiesz, my tu mamy tradycję — niebo nam posyła Zielone Ptaki, a my odsyłamy je z powrotem z pieśnią i piwem" 🍿🔥 potem dopiero poszedłem na te swoje piwo i spotkałem gościa, co cały mecz miał bluzę z napisem "młodzież" — no to mu ją podpisałem autografem naszego napastnika i dodałem "teraz na pewno nie uwierzycie w szczęście, hehe" 😂
Potrzymaj piwo.