Kiedy 'Zielone Diabły' lata temu biły się o każdy punkt, a dziś tylko my pamiętamy ten ból i radość!
kurde, ale ja jeszcze pamiętam ten mecz w lubinie z norweskim zespołem, no bo jak się nazywał... a, Petterson na czele, zagraliśmy takim młodym, zielonym jak trawa, a ten cały skład... myślałem, że to jakiś żart, że taka banda smarkaczy ma walczyć o awans w play-offach. a tu proszę, facet, nieraz wychodziłem na stary stadion i patrzyłem jak ci młodziacy wbijają się przez nich jak przez śmietnik — tyle że nie przez śmietnik, tylko przez tych samych, co dzisiaj liczą się w ekstraklasie. i ten rzut karny w ostatniej minucie... niech to cholera, facet, jak ten zawodnik, coś koło trzynastego numeru był, kopnął tak, że bramkarz tylko w miejscu poskakiwał. cała trybuna szalała, a ja stałem tak blisko, że czułem smród piwka starego i gorącego metalu od puszek rzucanych w niebo. no i potem do Wrocławia — ta podróż w kibicówce, którą wynajęliśmy od jakiegoś transportowca z autostrady, facet, były chłopy, ale kto by pomyślał, że trafimy na taką hecę na tej ich stadionie — sędziowie byli albo ślepi, albo pijani, jedno z dwojga, bo tyle razy bronili im koszy na naszym terenie. a myśmy grali, jakbyśmy mieli w dupach baty — taka determinacja, że w szatni nawet nie było gadania, tylko wszyscy wiedzieli, co robić. i ten ostatni gwizdek... facet, ci co byli na trybunie gościa, mówią, że jeden chłop wyszedł na boisko z transparentem "wstydźcie się", a drugiego tyle nie widziałem, żeby ktoś tak płakał ze szczęścia w moim wieku. no ale zobaczymy, może kiedyś znów taki moment będzie — bo pamiętajcie, facet, że Cuprum zawsze potrafi zaskoczyć.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Siema, no nie wierzę, że ktoś jeszcze pamięta ten cholerny 2014, bo ja to miałem ten mecz WŁAŚNIE NA GRABÓWCACH! 🔥 Widziałem na własne oczy jak te nasze chłopaki walczyli jakopsy — a do Wrocławia jechaliśmy w kibolskim peletonie, że aż autokar trząsł się od "CUPRUM W BÓJ!" płynących z głośników! Siedziałem tam z moim kumplem, co ciągle na trybunie hałasował, że skakał jak opętany, aż mu kurtka wyleciała z dżinsów — i cały czas wrzeszczeliśmy, żeby ich rozerwać na strzępy!
A jak ten rzut karny padł... no kurwa, facet, ja się ODCHODZIŁEM OD SIEBIE! Wszyscy biegli do bramki, a ja stałem jak wryty z oczami wielkimi jak talerze — bo nagle dotarło do mnie, ŻE SIĘ DZIEJE HISTORIA! I te minuty po gwizdku... facet, widziałem łzy u starego Winklera, co prawie co tydzień robił na mnie awanturę w kibolskiej, że niby za głośno śpiewam. Teraz samy ryczał jak bóbr!
Jeszcze ten powrót do Lubina... autokar dojeżdżał pod stadion, a my wyskoczyliśmy wszyscy na parking, że aż policyjne wozy musiały blokować ulicę. I ten chłopak z transparentem "MIASTO WAS KOCHA", co wisiał na szyi mojego brata — facet, dosłownie połowa miasta wyszła na ulice wiwatować. Pamiętam, że potem poszedłem do knajpy pod stadionem, a kelnerka dała mi piwko za darmo, bo mówiła, że zasłużyłem "na ten jeden raz".
W sumie... no kurwa, facet, to był najlepszy dzień w moim kibicowskim życiu. I kiedy patrzę na dzisiejszych chłopaków, to serce mówi wszystko — ta determinacja została! 💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
facet, a ja wam powiem, że ten 2014 to była nie tylko sprawa awansu, ale i takiego małego cudu, który ludzie z Lubina noszą w sercu do dzisiaj. ja akurat tego dnia byłem na wyjeździe w pracy, w jakiejś cholernej budowie pod Warszawą, i tam na budce radio trzymałem — facet, wiadomo, na meczu się nie słucha, bo kibice tak hałasują, że nic nie słychać. a tu nagle słuchawka wpadła mi do kubła z betonem i musiałem wyciągać rękę, żeby ją złapać, bo nagle coś przerwało mój ulubiony przebój i skoczył głos spikera: "bramka dla Cuprum!". no to myślałem, że to jakaś pomyłka, że może któryś z warszawskich teamów strzelił, bo przecież mój telefon ledwo działał. i wtedy ten głos znowu: "trzeci gol Lubina, prowadzimy 3:2!" — facet, dosłownie odłożyłem narzędzia, stanąłem taki na chwilę i zacząłem wrzeszczeć jak opętany, że aż facet z naprzeciwka, co miał ze mną pracować, spytał, czy mnie jednak nie przerobiło słońce. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No i ta historia o 2014 to jednak coś więcej niż tylko awans – to była taka masakra, że nawet dzisiejsi chłopcy by jej nie wymyślili. Tamta drużyna grała jakby każdy mecz był ostatni w życiu, bo naprawdę tak było: albo awans, albo nic. Mieliśmy w składzie takich, co dopiero co zaczynali, a robili wrażenie, że już dziesięć lat kombinują w ekstraklasie. Pamiętacie tamtego dwudziestolatka, co strzelił tego karnego? Ten nie zastanawiał się, tylko kopnął – i taka była cała ekipa: żadnych obaw, same łokcie i łzy na finiszu.
Dzisiaj to już inna bajka. Chłopaki walczą, to fakt, ale czasem brakuje tego szaleństwa, które wtedy widzieliśmy. Wtedy każdy punkt był na wagę złota, a teraz nie raz się zdarza, że remis idzie za daleko. Pamiętam, jak niedawno oglądałem na stadionie, jak jeden z nich powiedział w wywiadzie: "trzeba grać do samego końca" – i to jest piękne, bo to cecha, którą dziedziczymy z tamtych czasów. Ale czy dzisiejsza drużyna potrafi zagrać tak, żebyśmy znów wyskoczyli z autokaru i zablokowali całe miasto? Trzeba przyznać, że młodzi mają głowy pełne pomysłów, a trenerzy starają się budować zespół, a nie tylko piłkarzy w niebiesko-zielonych koszulkach. Tyle że tamta determinacja... ona miała coś magicznego, czego nie da się powtórzyć, tylko odczuć.
No ale nie jest tak źle! Bo patrzcie: dzisiaj też mamy takich, co biją się o każdy mecz, tylko na innym froncie. Czasami brakuje tej piorunującej radości z 2014, ale może to kwestia czasu. A wy co myślicie – może kiedyś znów dojdziemy do takiego momentu, że całe Lubin zatrzyma się w oczekiwaniu na gwizdek? 💚
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ale kto wam powiedział, że tamta determinacja gdzieś zniknęła? 😏 Tamtej drużynie nie brakowało tylko szczęścia czy szaleństwa — brakowało im po prostu takiej podstawowej wprawy w mieleniu na najwyższym poziomie. Weźcie ten mecz z Wrocławiem: dwie bramki z kontr, trzecia z karnego, a przecież przez cały sezon graliśmy jak stołówka braci Golec — no dobra, może ciut lepiej, ale nie aż tak, żeby mówić o cudzie. Trenerzy potrafili napalić drużynę przed tymi decydującymi spotkaniami, ale potem? Jak już byli w ekstraklasie, to okazało się, że nie każdy umie się obronić przed zespołami, które po prostu wiedzą, jak rozgrywać piłkę.
I jeszcze jedna rzecz: mówicie o tym szaleństwie na trybunach, a zapominacie, że dzisiejsze autokary jadą pełne ludzi, którzy naprawdę wiedzą, co to znaczy kibicować przez cały sezon — nie tylko przy awansie. Też mamy swoje cuda, tylko nikt ich nie opisuje w albumach kibica. Pamiętacie ten mecz z Legią przed dwoma laty? Takiego wrzasku na Stadionie Lubuskim dawno nie było, a i rezultat był na miarę legendy — 2:1, zremisowaliśmy w ostatniej minucie. Wtedy też była determinacja, tylko że inna: nie o awans, a o to, żeby pokazać warszawiakom, że Lubin nie poddaje się łatwo.
A ten wasz 2014... no dobra, był świetny, ale porównujecie dzisiejszych chłopaków do tamtych smarkaczy, którym los uśmiechnął się przypadkiem. Teraz mamy zawodników, którzy przeszli przez prawdziwe piece — patrzcie na naszego bocznego obrońcę, co grał kiedyś w Francji, albo napastnika, co wyrobił się w Niemczech. Oni nie muszą już walczyć z głodu czy braku pewności siebie — mają wiedzę, technikę i charakter. Tylko że charakter się buduje przez lata, a nie przez jeden porywający awans.
No i jeszcze jedno: ten Wasz opis radości na powrocie... ja byłem wtedy w tłumie, facet, i powiem wam szczerze — połowa ludzi płakała nie tylko ze szczęścia, ale i z niedowierzania. Dzisiaj też mamy emocje, tylko że inaczej się je przeżywa. Trzeba zaakceptować, że sport się zmienia, nawet jeśli serce woła: "Chcemy znowu cudu!". Ale kto wie, może za rok albo dwa znów będzie tak, że cała Polska zobaczy, jak nasze chłopaki wpadają na boisko, żeby odebrać trzy punkty. Bo determinacja? Ona wcale nie zniknęła — tylko teraz jest bardziej dojrzała, jak dobre wino. A dobre wino smakuje nawet bez fajerwerków. 🍷💚
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, facet, pamiętam jak dzisiaj, jak przyjechałem z całą pacą do Wrocławia w tym naszym trupim autokarze co w środku śmierdział piwem z przedpieri, chipsami z przedwczoraj i tą jedną nogawką dżinsów co wisiała na fotelu od czasu jak Jarek tam spuścił swoją "piwną chwilę"... 😂 No i ten cały klimat: ludzie śpiewali "CUPRUM W BÓJ!" na całe gardło, a na szczęście radio w kibolce grało "Panie Janie", bo ktoś ustawił playlistę po pijaku z poprzedniego wyjazdu. Aż się zdziwiłem, że jeszcze jechaliśmy, bo autokar chyba na sekundę stracił kontakt z jezdnią od tego hałasu!
No i jak ten mecz się skończył, to wszyscyśmy wyskoczyli na parking, a ja akurat kopnąłem się w palec u nogi o krawężnik — facet, ja myślałem, że to szczęście, bo wiadomo: radość po meczu boli mniej... Aż tu się okazuje, że nie był to krawężnik, tylko czyjaś pusta butelka po wódce "Żubrówka" — no i teraz chodzę z opuchniętym paluchem i super usprawiedliwieniem na każdy kolejny mecz: "Nie mogę skakać, facet, bo mi butelka strzeliła w stopę!" 🤣
Ale niech to cholera, facet — najważniejsze że weszliśmy! I jak teraz patrzę, to ten paluch wisi, ale uśmiech nie schodzi z twarzy. A Wy co, nadal macie te butelki po pijackich trasach? Bo ja tam mam kolekcję różnego kalibru szkła kibolskiego... może kiedyś zrobię z nich kinkiet na stadionie? 🔥🍺
Potrzymaj piwo.