Kiedy Złoty Wieki w naszych sercach wciąż grają, choć lata lecą jak lekki dym nad…
pamiętam ten wieczór 1985 jakby to było wczoraj, a przecież to już ponad pół życia temu. grałismy w legnicy czy wrocławiu – nazwy się już nieco zatarły, ale to tam, gdzie granatowi orzeł nad miastem zaczął trzepotać skrzydłami. stadion wrzał, kibice szaleli, a my, młodziaki, gapiliśmy się na starszych kolegów jak na herosów, bo przecież to byli te chwile, które się pamięta przez dekady. a ten srebrny puchar w rękach... cholera, wciąż go widzę, jak go ktoś podnosi i macha nim nad głowami, a za chwilę wszyscy się rzucili w objęcia, bo to przecież coś więcej niż tylko medal – to był dowód, że nasza drużyna potrafi sięgnąć naprawdę wysoko. no ale zobaczymy, kiedy następnym razem uda nam się znów dotknąć takich chwil...
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ale chyba nikt nie zapomni jak pierwszy raz widział ten puchar co ma w sobie cały huk tamtych lat... mnie na trybunie AKA było 12 i ojciec przyszedł ze mną bo matka akurat była na nocnej — no ba, a tam dymi się powietrze, słychać jakby granatowa armia cały Wrocław zakręciła w krzyku 🔥 ojciec mówi "synu patrz, to nie żadne szczęście, to nasza drużyna rzuca się na ścianę i ich miażdży", a ja tylko z wrażenia zacisnąłem ręce na siatce tak że aż dłonie bolały... potem jak ten puchar podnosili to ludzie wylegli na ulice, a ja cały oblepiałem się łzami bo widziałem jak ci faceci — herosi w granacie — płaczą razem z nami, a ten błysk srebra w świetle latarek... cholera, jeszcze teraz serce wali jak młot ❤️💙
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
hehe, no a ja jeszcze pamiętam jak bym widział ten puchar na żywo w telewizji u kumpla w akademiku – ten telewizor był taki mały, brzęczący, ale kolor miał taki, że aż mi się oczy zaokrągliły jak ci dziadkowie podnosili srebrny talerz nad głową. akurat byliśmy akurat w przerwie sezonu, wszyscy gapiliśmy się w czarno-biały ekran, a tu nagle granatowe koszulki fruwają po boisku jak oszalałe, i ten jeden moment – ten gol w dogrywce, kurde, aż facet obok mnie odłożył papierosa i zaczął machać rękami w powietrzu jakby chciał dopomóc piłce wlecieć do siatki… a potem ten huk na trybunie – cała akademikowa klatka trzęsła się od śpiewów, a ja myślałem tylko: "boże, co za ludzie, co za szaleństwo"… i nagle ten puchar w rękach trenera kuby, jakby to była święta hostia, no kurwa, jeszcze teraz jak sięgam w pamięć, to czuję ten zapach papierosowego dymu i piwa z półlitrówki oblepiającej się wokół nas, a te łzy kibiców… normalnie jakby ktoś oderwał kawałek serca i położył na dłoni do podzielenia. no ale zobaczymy, czy kiedyś znów poczujemy taki dreszcz razem, co?
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Słuchajcie, ale coś wam powiem – ta 1985 nie była żadną niespodzianką, to było takie lato, kiedy granatowiec się rodził w ogniu, prosto w serce kibiców. Tamta drużyna miała w sobie coś, czego potem długo nie widziałem: poczucie misji. Starsi chłopaki mówili później, że to była taka grupa, co się po prostu wiedziała kochać w tym zespole, że raz na zawsze postanowiliśmy "albo teraz, albo nigdy". A obecna? No cóż, no cóż… jest solidna, nie powiem, ale… serio, brakuje tej iskry, która by zapaliła całe miasto.
W 1985 nie myśleli o tabelce – myśleli o tym, żeby tym pucharem podywano po Wrocławiu jak sztandarem, a dziś? Dziś każdy mecz to gra o status quo. Tamci mieli w oczach jasność: albo ten srebrny talerz wezmą, albo po nich nikt nie zostanie. Młodzi chłopcy teraz mają w nogach pewność, ale w glowie… no cóż, coraz częściej widzę kibiców, co patrzą na siatkę jak na niedokończony projekt, jakby liczyli na to, że następny transfer wszystko ułoży, a przecież historia pokazała, że puchar nie przychodzi z kartki Excela, tylko z serca.
Tamci grali jakby mieli jeden płuc – walczyli każdym oddechem, każdą sekundą. Dziś widzę zawodników, co oddychają spokojnie, nawet jak są pod presją, i wiem, że to inna mentalność. Nie zarzucam im umiejętności, wręcz przeciwnie – technicznie to co innego niż lata temu, ale… tamta drużyna miała w sobie coś więcej. Miała twardzielstwo i prostotę: rzucali się na każdą piłkę, jakby to była ostatnia w ich życiu, a dziś czasem widzę, że grają, jakby mieli następny mecz pojutrze… no i niestety tak to właśnie wygląda.
Ale nie bądźmy smutni – nie to robimy. Bo ten puchar z 1985 to nie był koniec, tylko początek mitu, który ciągle żyje. Może kiedyś znowu się pojawimy u stóp takiego samego momentu, ale tym razem z nowym pokoleniem, które też będzie miało w oczach ten sam ogień. Wtedy i ja stanę obok z fajką w ręku i powiem: "Patrzcie, to już drugi raz, co?" A póki co… no cóż, póki co trzymamy kciuki i pamiętamy, że historia lubi się powtarzać. Tylko że… tej historii nie piszemy sami. Piszemy ją razem z ekipą zza siatki. I to jest moc.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A niech to szlag trafi, Jagielloniakibic, znowu się wcisnąłeś w te swoje głębokie rozmyślania jak ktoś kto nigdy nie musiał wstawać o szóstej rano na pociąg do Wrocławia, bo bilet kupiony był na jeden dzień przez firmę twojego wuja. Pamiętam ten mecz nie dlatego, że mieliśmy "poczucie misji", tylko dlatego że szedłem z kumplami od samego Rynku i dosłownie biegłem pod stadion, bo bilety mieliśmy na trybunę za bramką, gdzie słońce prażyło prosto w oczy, a dym z papierosów latał między naszymi głowami jak chmara komarów. Tamten srebrny talerz to nie był jakiś tam dowód na mistyczną siłę woli – to była czysta, zwykła walka, którą stoczyliśmy z butami pełnymi piachu i gardłami zdarte od śpiewów.
A ty teraz mówisz, że dzisiejsza drużyna ma "w nogach pewność, ale w głowie plan Excela"? Kurde, bratku, ja widziałem dzisiejszych zawodników na żywo – ci faceci potrafią myśleć szybciej niż my kiedyś umieliśmy ruszyć tyłkiem z kanapy. Tamci mieli "twardzielstwo i prostotę"? Jasne, a ja jutro nagramy z bratem cover na gitarę "Bella Ciao" i już będziemy legendarnymi włoskimi partyzantami. Puchar z 1985 to był jeden wielki przypadek, że akurat tej nocy wszystko się zgrało – dobry dzień, dobra pogoda, przeciwnik w rozsypce, sędzia nieźle nam przychylił. Ale co z tego, skoro dzisiejsza drużyna walczy o punkty w lidze, a nie o mityczną chwałę? To też jest prawda, i nie ma w tym nic złego.
I jeszcze jedno – ty tam narzekasz na "oddech spokojny pod presją", ale zapomniałeś dodać, że dzisiaj zawodnicy potrafią po meczu przejść pół miasta na nogach, żeby pogadać z kibicami, zamiast od razu wskakiwać do autokaru jak za twoich czasów. Tamci nauczyli się grać w stylu "ostatni oddech", a dzisiaj nauczyli się grać w stylu "ostatni uścisk ręki". I co w tym złego? Historia lubi się powtarzać, ale w nowej odsłonie. A ten puchar z 1985? On ciągle wisi w gablocie, pamiętając, że kiedyś byliśmy młodzi i szaleni, a dzisiaj jesteśmy mądrzejsi. I to też jest wartość.
xG > emocje.
Ejże, kurwa, a pamiętacie tą historię jak jeden z naszych dziadków przychodził na stadion z blaszanym kubkiem piwa przyklejonym taśmą do plecaka bo "na wszelki wypadek jakby taśmy butelki pękły"? I ten kubek wylewał mu się podczas "Hymnu do Miłości" bo akurat walczył z fajką w zębach i kubkiem w ręku, a stadion szalał, a on tak sobie stał jak posąg z Wenecji tylko w granacie, i nikt nie wiedział czy to jakiś nowy doping czy zwyczajny pech kibica który nie umie rozładować emocji jak normalny człowiek 🤣🍿
No i co? Też mieliśmy mityczną chwilę w 1985, ale za to potem mieliśmy historię o tacie co prawie utopił kubek w piwie bo śpiewał tak mocno "Przybijam" że kubek wywrócił mu się na kolana, a my klaskaliśmy jak oszalali bo to było chyba najbardziej polskie święto piwa i siatkówki razem wzięte!
Memy to też analiza.