Kiedy złota era śpiewała w katowickim niebie – szalikami owiane wspomnienia!
no, niech no mi ktoś powie, że to było coś... a miałem wtedy z piętnaście lat i już taką czapkę z daszkiem w barwach gieksa, że się za nią wstydziłem, bo przecież to były czasy, kiedy kibicowanie to był kawałek życia, a nie jakiś tam dodatek do piwa na stadionie. akurat ten niedzielny mecz pamiętam jakby to było wczoraj — lato, upał jak diabli, a my, dzieciaki z katowickiego blokowiska, przylecieliśmy pod Zieloną Bramę w szalejącym tłumie, że hej, no i wtedy to huknęło... nie ten zwykły doping, nie, to było coś jakby całe miasto złapało jeden rytm, od samego ronda aż po trybuny. i ten hymn, kurde, jak oni go wtedy zaśpiewali, że aż dreszcze szły po plecach — wiadomo, że na trybunach ludzie nie stali, tylko podskakiwali w miejscu, że stukot butów słychać było nawet z oddali. a później, kiedy padł ten gol na wagę mistrzostwa... no, chyba nikt nie biegał, tylko wszyscy rzucili się na siebie jak w siódmym niebie, bo Legia to była wtedy ta wielka piłka, a my? my byliśmy GKS, i to coś znaczyło. pamiętam, jak jeden starszy chłop, taki łysy w okularach, złapał mnie za ramiona i krzyknął: "widziałeś to, chłopie? to nie jest szczęście, to jest siła!". i miał rację, bo widzieliśmy gorsze rzeczy, ale takich emocji... no, młodszych bym tu nie przyprowadził, bo oni by tego nie zrozumieli. a teraz, kiedy się człowiek rozgląda po tych nowych trybunach, to się tylko uśmiecha i myśli: "no ale zobaczymy, co z tego jeszcze wyrośnie".
A niech to, Lechu, jakieś tam wspominki to ja mam sobie wyciągnąłem z teczki pod łóżkiem! 😱 Byłem wtedy na placu przed SP nr 5 na Koszutce, takim małym zbiorowisku przed telewizorem w bloku starej robotniczki, co to za naszymi oknami akurat remontowała swój balkon. Siedzieliśmy z dziadkiem, starszym kibolem niż sam stadion, co to latał jeszcze na mecze tramwajem nr 6 z Rokitnicy pod Hutę Katowice! No i stary gada: "Łysy, dzisiaj napiszesz kartkę do historii, bo ty to wiesz co to GKS znaczy", a ja, głupi, myślałem że żartuje... aż tu Legia padła, że nogi ugięły się pod ludźmi, że przez okna słychać było śpiew, że na Balkanie aż szyby drżały od wiwatów! 💪 Ten hymn to była obrzęda, chłopie, ja bym Ci powiedział, że to nie hymn, tylko modlitwa siła szalikowców, co to ich głosy przeszły w jeden krzyk! A dziadek? Ten to chwycił mnie za koszulkę, kiwnął palcem na ten czarno-zielony szalik owinięty dookoła jego szyi i powiedział: "Patrz, Łysy, to jest nasz oręż, nie ma takiego Lecha, co by nam go zabrał". I miał cholerną rację, bo potem jeszcze godzinę trwało śpiewanie, że strażacy musieli interweniować, bo ludzie nie mogli zejść z ulicy! Te czasy to nie były zwykłe mecze, to było święto miasta, co to trwało dniami! 🔥 I wiesz co? Póki my będziemy mieli te szaliki i te głosy, póty GKS będzie żył, nawet jak trybuny staną pustkami... bo serce bije dalej, prawda?
Swoich się nie zostawia.
a co byście powiedzieli na to, że ja tam byłem, ale pod innym tytułem — bo mnie na trybunę nie puścili, za to poszedłem na meczu, no nie jako kibic, tylko... kurde, jako chłopiec na posyłki dla ekipy? 😄
miałem wtedy może z dwanaście lat, ale zapamiętałem ten dzień jak przez mgłę — bo nie dość, że upał był taki, że asfalt się gotował, to jeszcze w radiu leciał akurat ten hymn, co go wszyscy razem śpiewali, a ja biegałem między szatnią a ławką rezerwowych z butelkami wody i papierosami dla trenera, bo stary machał do mnie z daleka jak do swojego asystenta. i w pewnym momencie, kiedy padł ten gol, ten strzelec, kto to tam był, ten z numerem osiem, no niech no on tutaj się odezwie jak pamięta, ale wtedy wszyscy, dosłownie wszyscy, zerwali się do okien na zapleczu, żeby zobaczyć, co się dzieje — no i tam, na ulicy, zobaczyłem tłum, który sięgał aż po pobliski blok, ludzie wywieszali się przez okna, trąbili samochody, a jeden facet, taki w bejsbolówce, podskakiwał na dachu swojego syrenki jak opętany, że ledwo nie spadł. pamiętam, jak jeden z moich kumpli, co to później został krawężnikiem przy Hucie, złapał mnie za ucho i krzyknął: "słyszysz to, mały? to nie huk motorów, to nie burza — to nasz hymn, nasze zwycięstwo!".
i wiesz co? ja wtedy nie miałem nawet szalika, bo ojciec mówił, że to "młodzieńcze wybryki", ale ten moment... no, widziałem gorsze rzeczy, ale takiej mocy, jakby całe miasto podskoczyło razem — nigdy więcej nie czułem tej siły, nawet jak teraz patrzę na trybuny pełne nowego sprzętu. bo serce kibica to nie trybuny, tylko te sekundy, kiedy cała dzielnica drży razem z tobą.
no ale zobaczymy, co tam jeszcze w paczce wspominek poleci — bo ja tam w teczce pod łóżkiem mam jeszcze kilka perełek do wyciągnięcia...
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Żebyście wiedzieli, jak się czułem kiedyś, to porównując tamten skład do dzisiejszego, to jakbyśmy mieli dwóch różnych GKS-ów — nie dwóch na tym samym stadionie, tylko dwóch w zupełnie innych miastach. Tamci chłopaki to byli ludzie z bloków, z hut, z tramwajów, którzy na mecz przychodzili w tych samych butach, co nosili codziennie do roboty, a dzisiaj? Dzisiaj widzę facetów w koszulkach z nadrukami, jakby ktoś im je wysyłał prosto z pralni albo z butiku w Mediolanie. Tamci biegali, krzyczeli, a dziś niektórym kibicom wygodniej jest siedzieć z piwem w dłoni, niż stać na nogach, bo "a nuż sobie zrobię krzywdę na trybunie".
Pamiętam, jak jeden z nich, ten osiemdziesiąty coś tam, to był taki typowy "Huta Katowice" — twardy jak stal, nigdy nie wyskakiwał na interwencje od sędziego, a jak już dostał za coś, to dopiero następnego dnia rozumiał, że oberwał. Teraz? Widzę graczy, którzy mają agentów, kontrakty w kieszeni i grają w takim stylu, że czasem zastanawiam się, czy oni w ogóle czują ten ciężar kibicowskiej szalony na plecach. Tamci nie mieli czasu myśleć o tym, jak wyglądają uderzenia, bo mieli jeden cel: wygrać, żeby nie musieć tłumaczyć się kolegom z huty. Dzisiaj część zawodników ma kontrakt podpisany na taki standard, że nawet jak przegrywają 0:2, to jutro będą jeszcze w mediach gadać o "procesie budowania".
No i ta aura... Tamtej niedzieli naprzeciwko był nieprzyjaciel, z którym walczyło się wrogiem, a teraz? Czasem mam wrażenie, że niektórzy z naszych chłopaków grają w takim tempie, jakby mieli jeszcze godzinę treningu przed sobą, zanim wejdą na murawę. Tamci pchali się do przodu, bo wiedzieli, że za chwilę będzie 90 minut walki, a jutro znowu staną przy linii produkcyjnej. Dzisiaj czasem czeka się na to "wielkie widowisko", ale niektórzy kibice, niestety, traktują mecz bardziej jak premierę nowego serialu na Netflixie — krytykują scenariusz, narzekają na efekty specjalne, a niektórzy nawet nie przychodzą, bo "jest doping w telewizji".
Ale nie bądźmy zbyt surowi. Wtedy byliśmy młodzi, naiwniejsi, ale dzisiejszy GKS to też zupełnie inna bajka — mam na myśli to, że teraz mamy infrastrukturę, którą dawniej mogliśmy tylko marzyć. Tamci grali na tym samym blaszanym trybunie, co my, a dzisiaj są szatnie, które mogłyby się podobać w Ekstraklasie numer jeden. To nie jest tak, że tamci byli lepsi — oni po prostu mieli w sobie coś, czego dzisiejsze pokolenie, przynajmniej część z nich, musi jeszcze znaleźć.
I tak na koniec — jak ktoś z was będzie miał okazję pogadać z którymś z tamtych chłopaków, zapytajcie go o tamten gol albo o hymn. Oni wam nie opowiedzą o taktyce, tylko o tym, jak cała dzielnica drżała razem z nimi. A to coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze.
xG > emocje.
Te lata 80. to był jednak jakiś inny świat, naprawdę — kiedyś myślałem, że nigdy nie zobaczę, jak GKS dostanie się do europejskich pucharów, a tu proszę, teraz mamy kibiców latających samolotami za Wisłę Kraków, bo "byle nie za daleko". Pamiętam, jak u nas w Nowej Hucie stary dziadek mówił, że kibic powinien być blisko stadionu, tak jakby chodził do kościoła — niedziela rano mecz, niedziela wieczór do domu. A teraz? Kolega mi opowiadał, że niedawno widział grupę z Poznań na trybunie, która po meczu poszła na kebaba do jednego z tych nowych barów koło ronda — no i niech ktoś mi powie, co to ma wspólnego z tradycją?
Tamta niedziela w 86? Nie no, nie przeczę — była epicka, jak ten hymn, który ludzie śpiewali, aż szyby drżały. Ale czy to było tylko kwestia epoki? Ja tam byłem trzy lata temu na meczu z Radomiakiem, a na trybunie co? Wódka w plastikowych kubkach, ciuchy od Adidasa z taniej chińskiej paczki i ludzie, którzy przychodzą z butelkami piwa, jakby byli na festynie w Międzyzdrojach. I nagle mi ktoś mówi: "Ej, zapomniałeś, że to przecież GKS!" — no i co ja mam powiedzieć? Że fajnie, że piją, ale żeby im się od tej wody butelkowej nie odkleił żołądek od krzesła?
A ten argument o "sercu kibica" — no tak, serce bije, ale ręce też powinny działać. Tamci chłopaki potrafili przez cały mecz stać, bo wiedzieli, że jak usiądą, to następny raz będą musieli walczyć o pozycję między sobą, a nie z przeciwnikiem. Teraz widzę, jak ludzie na trybunie rozmawiają przez telefon między akcjami, albo jak ktoś wrzuca zdjęcie na Instagrama z napisem "no i walczyliśmy", a za pięć minut idzie sobie do kibla, bo "a nuż się spóźnię na kibolską relację". Tamci mieli jeden telefon w szatni, i to stacjonarny, a dzisiaj każdy kibic ma trzy smartfony — jeden do zdjęć, drugi do filmowania, trzeci żeby nie przegapić relacji na FB.
I jeszcze jedno — te wspomnienia. Ja sam mam szalik z tamtego okresu, ale nie noszę go na co dzień, bo mój szwagier z Wrocławia by mnie wyśmiał, że "stary, ściągaj te łachmany". Ale jak się trafia na spotkanie kibiców, to nagle ten szalik wychodzi i wszyscy gadają jakby przez mgłę, jakby czas stanął. Tamci chłopaki mieli jeden hymn, jeden cel, jeden blokowiskowy standard życia. Dzisiaj mamy różnych, z różnych dzielnic, różnych miast, różnych grup — no i fajnie, że tak jest, ale czasem mi się wydaje, że zamiast jednego hymnu mamy dziesięć wersji "Boże, coś Polskę" w różnych stylach.
Ale nie mówię, że to źle — po prostu inaczej. Tamtej niedzieli w 86 nie było opcji, że ktoś przyjdzie, posiedzi, popije i pójdzie. Było się albo w to włączało, albo stawało po stronie Legii. Teraz jest więcej wolności, więcej możliwości, ale... no cóż, czasem brakuje tej jedności, tej siły, co to ludzi scalała w jeden organizm. Albo może po prostu ja się starzeję i myślę, że wszystko było lepsze kiedyś. A Wy co na to? Bo ja nie ukrywam — czasem tęsknię za tym, jak to było, kiedy nie trzeba było się tłumaczyć, że GKS to coś więcej niż nazwa na koszulce.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co byście powiedzieli na to, że jeszcze lata temu, kiedy chodziłem z tacą piwa pod trybunę dla starego dziadka Franka z ul. Kościuszki, to jeden z gości z tamtych ekip, ten łysy z okularami co krzyczał "to nie szczęście, to siła", to był szwagier mojego wuja? 🔴
Ten facet miał u siebie w domu zdjęcie z tej niedzieli z takimi dziwnymi napisami na odwrocie — nazwał je "naszym manifestem" i mówił, że jakby ktoś kiedyś chciał wiedzieć, co to znaczy być kibicem GKS, to ma tam odpowiedź. Aż do teraz nie mogłem uwierzyć, że on naprawdę trzymał to zdjęcie jak relikwię — bo przez tyle lat co niedzielę nosił te same buty na mecz, a jak mu się popsuły, to schował je do szafy i mówił, że "jak wróci do formy, to znowu na nie wsiądzie".
I wiecie co? Jego córka, moja kuzynka Basia, miała kiedyś buty z numerem 11, bo grał w juniorskiej drużynie, ale potem założyła różową kurtkę z tym numerem i chodziła w niej do szkoły — a on na to patrzył jak na świętokradztwo, dopóki nie wygrała akademickiego pucharu w Bytomiu i wtedy mu się ten numer "odczarował". Teraz myśli, że to przez te buty!
No ale niech no ten cholerny łysy się odezwie, bo ja tam wiem, że on w 86 roku oprócz szalika owiniętego wokół szyi miał też taki dziwny pasek ze skóry, co to go dostał od kolegi z pracy w Hucie — i mówił, że ten pasek to jego talizman, bo "jak go zapiąłeś przed meczem, to żaden sędzia cię nie pokona". I naprawdę wierzył w to jak w coś świętego!
Swoich się nie zostawia.
no i teraz mówicie, że nie było fajnie w 86? serio, serio? 😂 bo ja akurat tej niedzieli miałem osiem lat i "pomagałem" tacie przy grillu w ogródku, no bo nie mogłem iść na stadion — mama mówiła, że "na tych trybunach to albo palcem w oko, albo cegłą w łeb, jak się trafi". i co? i proszę bardzo — akurat jak rozkładałem kiełbaski, to słychać było przez radio, że padł gol na Zielonej Bramie, a ja wiadomo — chłopaki z ulicy podbiegli do megafonu kościelnego (ten co zwykle gra "Bóg zapłać za łaskawca") i nagle wszyscy zaczęli śpiewać ten cholerny hymn tak, że aż sąsiadka pani Halina wyjrzała i krzyknęła: "Jasio, ty tam znowu z tymi kibolami robisz!?" no i ja, mały, pomyślałem sobie: "kurde, nawet stara szkoła gotuje się od GKS-owej furii". a później, kiedy już wołali, że Legia padła, to nawet przez te szczapy drewna czuło się, że całe Katowice eksplodowało — tata rzucił kiełbasę na ziemię, złapał mnie za ucho i powiedział: "słyszysz, dziobek? to jest nasz dzień! nawet jak jesteś za mały, żeby biegać na trybunie, to masz szansę poczuć, jak wygląda święto". i wiesz co? do dzisiaj jak robię grilla, to gram ten hymn z megafonu na cały ogródek — i sąsiedzi już się nie dziwią, tylko kiwają głowami i mówią: "no dobra, dajcie tu kiełbaskę, skoro i tak będziecie hałasować". 🍖🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.