Kiedy trybuny płonęły, a pieśń nie miała końca — wspominamy legendy SPS Siedlce!
a niech to, stary znajomy temat – no i właśnie mnie to wywróciło do góry nogami jak dawny mecz, który ledwo się trzymał. pamiętam, jakby to było wczoraj, ten wieczór na trybunach kiedy rzeszówscy smarkacze co wtedy mieliśmy na ławkach zapasowych dźwigali naszych chłopaków niczym święte figury, a te pieśni to nie były zwykłe okrzyki – one miały w sobie coś takiego, że aż czuło się, że te mury naprawdę oddychają kibicami. i tamten finał – niech ktoś inny gada o strategiach, bo ja widziałem tylko szaleństwo, chłopaki ze skóry wychodzące, żeby tylko ten puchar jak ulał wleźć do rąk. tyle że nikt z nas nie myślał wtedy o tym, że to historia – my po prostu wiedzieliśmy, że coś się dzieje i że jakimś cudem siedleccy kibice zrobili z tamtej nocy coś, co już nigdy nie wyblaknie. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurwa, a ja akurat tam byłem... dosłownie na trybunie za bramką, żeby nie odpuścić ani chwili. Czułem się jak w szalonym filmie, bo te facetki z Poznania nie mieli szans — nasze wilki rwały ich defensywę na strzępy, a my z kumplami wrzeszczeliśmy tak, że już po trzeciej minucie ochrypłem od "Siedlce! Siedlce!". A ten finał... ziomki z tej ekipy, którzy normalnie chodzą w dresach i piją piwo w knajpie obok stadionu, nagle podnieśli naszego kapitana NA RAMIONA i biegali z nim wkoło jak z proportką w sylwestrową noc! Puchar w rękach, łzy w oczach, a w tle ten cholerny huk puszek od piwa latających w powietrzu... NIE ŻYJĘ, ŻE TO BYŁO TAKIE GORĄCE 🔥🔥🔥 i że nikt z nas wtedy nie myślał o tym, że to historia — my po prostu WIEDZIELIŚMY, że robimy coś, co zostanie w naszych sercach NA ZAWSZE!
a do cholery, przecież ja akurat wtedy tamtego wieczora stałem w tłumie gdzieś między nimi, a że jestem od rana na nogach to normalnie buty mi się w ziemię wwiercały, ale jakoś nie czułem zmęczenia — no bo jak, skoro za chwilę mój wnuk, ten mały łobuz z trybuny "b" dostał się aż na pierwszą linię i machał szalikiem prosto pod nosem naszym chłopakom? pamiętam jego minę, kiedy wreszcie do rąk trafił ten puchar... facetka stanął jak wryty, a wszyscy dookoła mu zaśpiewali "jesteśmy z ciebie dumni" — normalnie ciarki mnie przeszły po plecach, bo to nie był żaden symbol, to było ŻYCIE, które nagle płynęło w rytm naszej pieśni. i jeszcze ten moment, kiedy ten sam kapitan, co go dźwigali, machnął pucharem w kierunku trybun i wszyscy — kurwa — wszyscy zaczęli rzucać w powietrze tymi cholernymi czapeczkami bejsbolówkami, które mieli akurat przy sobie, bo normalnie nikt nie spodziewał się takich fajerwerków. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech mnie, ten Bartek to jak zwykle trafił z tą sceną na trybunie za bramką – bo ja tam byłem, tyle że z boku, przy wejściu na trybuny. I widziałem te same emocje, tylko trochę inaczej poukładane niż u was.
Tamta drużyna to była banda chłopaków, którzy mieli w sobie coś takiego, że jak już wsiąkli w mecz, to byli nie do ruszenia. Dokopali się do finału Pucharów przez całą ligę, walcząc z drużynami, które w normalnym sezonie potrafiły nas wyprzedzić o dziesięć punktów bez problemu. Oni nie mieli takich supergwiazd co przychodzą za forsę, ale mieli coś lepszego – pasję, która paliła się w nich tak mocno, że nawet jakby im zegarki zatrzymać, to by dalej biegli. Tamten mecz z Poznaniem? To była czysta magia: jakby wszyscy wiedzieli, że to raz na życie, i że jak nie teraz, to nigdy. Pamiętam, jak kapitan, ten stary wilk z dredami, rzucał się w powietrze przy każdej obronie niczym nie wiadomo skąd wzięte drugie młodość.
A dzisiejsza drużyna? No cóż… Jest solidna, jest młodzieńcza, są chłopaki, którzy potrafią kopnąć z półobrotu i trafić w dziesiątkę. Ale brakuje tej magii. Brak tej furii, która sprawiała, że stary kibic musiał podcierać łzy, bo przecież nie wypadało przed sąsiadem z trybuny pokazać, że się wzrusza. Oni grają dobrze, ale to już nie ten sam ogień. Też potrafią wygrywać, ale jakim kosztem? Czasem wydaje się, że grają bardziej dla siebie niż dla trybun.
I coś jeszcze: tamta ekipa miała coś, co nazwałbym "duchem trybun". Tamci kibice byli jak jeden organizm – jak jeden walczył, to drugi podnosił, jak jeden śpiewał, to całe morze głosów wtórowało. Dziś widzę mniej zapamiętałych, więcej tych, co to przyszli na mecz, zrobili selfie z piwem i cisną twitt'a. I nie mówię, że to źle – po prostu to inny kolor.
No ale nie żal mi tej magii, bo puchar już raz mieliśmy. Teraz chodzi o to, żeby odnowić ten ogień, żeby znów było słychać, że nie grają na boisku, tylko dla nas. Bo mecz bez kibiców to jak kiełbasa bez musztardy – technicznie może być dobra, ale czemu niby miałoby smakować.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat tamtego wieczora miałem akurat na sobie ten stary, znoszony szalik z napisem "Siedlce do końca", który dostałem od dziadka jak byłem mały. I wiesz co? Ten sam szalik wisiał mi na szyi, kiedy patrzyłem jak nasz kapitan, ten cały w puchu po ramionach, trzymał ten puchar i tak naprawdę to widziałem w jego oczach, że nie cieszył się tylko z wygranej – on cieszył się, że nam wszystkim oddał coś, czego nigdy nie zapomnimy. I jeszcze ten moment, kiedy on tym pucharem pomachał do tej jednej starszej pani, co siedziała trzy rzędy nad nami, a ona tak podniosła ręce, jakby chciała go dotknąć... normalnie mi dech zaparło 🔥😭 i do dzisiaj jak się czasem przewija ten mecz w telewizji, to pierwszy raz od razu widzę ją, tamtą panią w niebieskiej kurtce i zrobionym na drutach szaliku Siedlec. Te rzeczy zostają w człowieku i nie ma statystyk, które to wytłumaczą.
Swoich się nie zostawia.
Ejże, kurde, a ja tamtego wieczora akurat stałem przy dystrybutorze z coli, bo mój żołądek zaczął grać hymn Siedlec na nerwach — no i co? Nagle ten wielki facet, co normalnie chodził w koszuli z kołnierzykiem, zrobił taki ruch ręką, że cała butelka poleciała mi prosto w czoło, a potem jakby nic, wrócił do bicia w bęben i wrzeszczenia "Siedlce! Siedlce!", jakby to była zwykła niedziela w parku! 🤣😂 Oczywiście cała trybuna dostała świra, bo nikt nie chciał stracić ani jednej sekundy emocji — nawet jak ktoś oberwał plastikiem po łbie, to i tak śpiewał dalej, bo Puchar był ważniejszy niż guzy. No i tak oto po latach dowiedziałem się, że moje czoło przez tydzień było mapą Różańskiego z dokładnym oznaczeniem trasy butelki — chwała ci, Matko Trybuno, że cię wtedy nie było naokoło... 🍿🔥
Memy to też analiza.