Kiedy żółto-czerwona łuna odkrywała mury Bramy Grodzkiej i szła falować aż do Fontanny…
pamiętam to chyba tak z dziesięć lat temu, było to pod koniec sierpnia, a pogoda akurat dopisała jakby ktoś ręką posmarował – niebo błękitne bez jednej chmurki, powietrze takie lekkie, że człowiek czuł, jakby nogi same go niosły. szliśmy właśnie od strony rynku w stronę bramy, bo akurat mieliśmy się spotkać z resztą kolegów na starej szoperce. nagle na horyzoncie – żółto-czerwony tuman, który najpierw był malutką plamką, a potem rozlał się na całą ulicę niczym pióropusz nad kibicowskim batalionem. ludzie wokół zaczęli klaskać, ktoś z tyłu zagrał w bębenek, a ten chłopak w żółtej koszulce stanął pośrodku jezdni i podniósł ręce – pamiętam, jak mu te ręce świeciły w słońcu, zupełnie jakby samymi dłońmi zapalał latarnię pod bramą.
a potem ta fala – ludzie napierający, skandowanie "lubelski! lubelski!", a myśmy się tylko gapili, jak ta żółto-czerwona łuna sunie w górę wąską uliczką, aż w końcu uderzyła w mury bramy i rozbryznęła się na schodach. przez sekundę było tak, jakby brama otworzyła się sama i puściła nas do środka – serce waliło jak młotem, bo wiedzieliśmy, co zaraz będzie. no i było, daliśmy radę, ale to już zupełnie inna historia…
a co do tego gola zza linii połowy – no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no do licha, na Katedralną stałem akurat z kumplem od matury, myśleliśmy że przyjdzie burza bo chmury się zebrały jak za karę, ale nie no — nagle tamten huk, jakby ktoś trąbił w niebo, a my: kurczę, to nie burza, to LUBELSKI startuje! ręce automatycznie w górę, bo wiatr niósł ten dźwięk prosto pod bramy, a tam już ludzie zaczynali skakać jak na otwarciu starego newsa, no a potem ta ŁUNA — jakby ktoś pomalował całą ulicę farbą z GOS-u, że aż oczy bolą! 🔥
pamiętam, złapałem kumpla za ramię i krzyknąłem "widzisz? to nie powietrze, to nasze drewno idzie!" — a on tylko kiwał głową i śmiał się jak głupi, bo obaj wiedzieliśmy, że to coś mega, coś co zostanie na lata. a ten gol zza połowy — no kurwa, to był cios prosto w serce rywala, ale przecież nie o to chodziło, tylko o TO uczucie, że znów jesteśmy jednym cholernym organizmem, co nie ma opcji, żeby przegrać! 💪
no ale trudno, właśnie dlatego za każdym razem jak tylko biją trzy gwizdki to ciarki mnie przechodzą i zapominam o wszystkim prócz żółci i czerwieni — to jest nasze, cholera, i nikt nam tego nie odbierze!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no i pamiętacie, jak w tamtym sezonie znów było lato, ale tym razem nie było tej pamiętnej niedzieli w mieście, tylko wyjazd na zamek w Lublinie – akurat na mecz z tą sraczą z Radomia, co to przyjechali z tą swoją "nowoczesnością" i marketingiem. myślałem sobie, że to będzie jakiś suchy mecz, bo przecież tamci się chwalili, że mają najlepsze wejście na stadion, no ale… kurde, nie liczyli się z tym, jak my kochamy Bramy Grodzkiej!
wchodziliśmy na stare, drewniane trybuny, a tam powietrze aż drżało od śpiewów, jakby całe miasto zebrało się w jednym miejscu. nagle – przerwa w transie, bo sędzia gwizdał na rzut wolny, i to taki z dwudziestu metrów, po lewej stronie. pamiętam, jak wszyscy staliśmy w milczeniu, bo co tam rzut wolny, kiedy idol kibiców właśnie bierze rozbieg – ten JÓZEK "ogon" z numerem 9 na plecach, co to zawsze miał czarne buty i zawsze go kochała ulica.
a potem… *buum* – piłka poleciała, a myśmy wszyscy odruchowo odskoczyli do tyłu, jakby to myśmy ją kopnęli! fala uderzyła w mury zamku, echo odbijało się od kamieni, a ten celny strzał – prosto w róg, za sznurki, że bramkarz nawet nie drgnął. ludzie podrywali się jak jeden mąż, a ja? ja stałem tam zapatrzony w tę bramkę, i wiedziałem, że to nie zwykły gol – to był dar, taki, co zdarza się raz na pokolenie. i wtedy dopiero poczułem, jak żółto-czerwona łuna naprawdę jest żywa, bo ona przecież nie gasła, tylko przeniosła się na moje serce i tam została. no ale zobaczymy, jeszcze parę takich chwil, a w końcu nikt nie zatrzyma tych, co idą z ogniem pod pachami! 🔥
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A teraz, po tylu latach, patrzymy na nową drużynę i co? Nadal czuję ten dreszcz, kiedy wchodzę pod Bramę Grodzką, ale jednak coś się zmieniło. Wtedy to było jak nieokiełznana rzeka – każdy kibic czuł, że razem jesteśmy nie do zatrzymania, że ta energia samej po sobie ciągnie. Dzisiaj? Też jest fajnie, naprawdę, ale to już nie ten sam szum.
Tamten zespół miał w sobie coś, co trudno opisać – nie chodzi tylko o konkretne nazwiska, ale o to, że każdy, kto tam stał, wiedział, że przegrana nie wchodzi w grę. Teraz jest solidnie, są chłopaki, którzy walczą, ale ten szał zbiorowy, który kiedyś owiewał całe miasto… zniknął gdzieś między stadionem a kolejną zmianą trenera.
I ten gol zza połowy? Niby nadal mamy zawodników, którzy potrafią uderzyć z daleka, ale wtedy to był cios tak mocny, że przeciwnik przez tydzień nie mógł spać spokojnie. Dzisiaj… cóż, trafiamy, ale to nie to samo uczucie, jakby ktoś przypadkiem wcisnął świetny strzał, a nie tą magię, którą wszyscy pamiętamy.
No, ale bez jęczenia – lepsze to niż nic, i przecież wiemy, że jeśli raz jeszcze ta żółto-czerwona łuna ruszy ulicami, to nikt nas nie powstrzyma. Tylko szkoda, że czasem tak bardzo brakuje tej dawnej iskry. A Wy też tak czujecie, czy to już tylko moje stare łby tracą czucie? 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, kurwa, akurat pamiętam ten mecz, bo akurat tamtego dnia szedłem z butelką piwa w ręku i myślałem sobie: "no trudno, może przybiję do tej bandy, bo naoglądałem się telewizji w domu i zrobiło mi się niedobrze od tych wszystkich sponsorskich logów". No i co? Trafiłem akurat pod Bramę Grodzką, a tam widzę gościa z transparentem: "JUBILEUSZ 20-LECIA, ALE WCIĄŻ SZAMOTEMY JAK NA POCZĄTKU!" 🤣
Aż mnie zatkało, bo ten przezroczyście wyglądał na lepszego organizatora niż cała ekipa marketingowa naszego klubu razem wzięta. No i nagle – huk, łuna, ta cholerna żółta-czerwona fala idąca falą… a ja stałem z tym piwem w garści i myślałem, że chyba jednak trafiłem. Potem ten gol zza połowy – no ale zobaczcie, koleś przy mnie, ten z transparentem, puścił wiwaty tak mocno, że mu piwo wyleciało z rąk i posypało się na czyjeś buty. Facet nie spanikował, tylko krzyknął: "nie szkodzi, to teraz nasz!" i dalej skakał jak opętany.
Wtedy pomyślałem, że chyba nie ma nic lepszego niż kibicowanie drużynie, która nawet nie ma już na koszulkach napisu "Lublin", bo i tak wszyscy wiedzą, kto tam stoi. Bo to nie o koszulki chodzi, tylko o te momenty, kiedy nagle stajesz się jednym wielkim ogniem – dosłownie, bo zapomniałem odłożyć piwo i chyba jakimś cudem się nie zapaliłem od tego całego gorąca! 🔥🍻🤣
Potrzymaj piwo.