Kiedy Stal grała, mury Nysy drżały od radości!
a co tam, że lata lecą, kiedy sięgam pamięcią w tamten osiemdziesiąty czwarty, jak na juniorki mieliśmy wyjazd do katowickiego dworca, a jeszcze żeśmy na zielonej górze poszkodowali z Browarem no i stamtąd to już do nyskich wiwatów prosta droga — toż w pociągu nowicjusze siedzieli cicho, bo starsi nam opowiadali jak długi to był mróz tej zimy, a kiełbasa w plecaku marzła jak kamień, ale myśmy się nie bali, bo z nami szedł stary Dziadek zamiast biletu miał legitymację kombatanta i kapelusz z orzełkiem, i on krzyknął "no to teraz chłopcy, im się należy" jak tylko zobaczył zielonogórską halę w oddali...
a potem ten mecz — boże, ile tam było radości — ja w pierwszych ławkach siedziałem, nogi ledwo dotykały ziemi, bo byliśmy mali jak ziarna grochu, a Browar wyglądał jak te wielkie baobaby, co się kurczą przy meczach naszej juniorskiej ekipy... i ten pierwszy set, jak po tej ich potężnej blokadzie piłka odbiła się wprost na mój nos — krew się lała, kibice wrzeszczeli, a ja w szoku trzymałem się za twarz, a tu nagle sędzia gwizdał, a na trybunach nyscy kibice zawodzili "o kurwa, to była ściana!" — ale nie ma co, za chwilę przybiegł pan dokto z apteczką i powiedział "chłopcze, ty masz urodzajny nos", bo przecież ten nosek później urósł tylko, żebyśmy widzieli lepiej te błyszczące pasy młodzieży na parkiecie, co dziś już ojcami są...
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A no jakby ktoś mnie zapytał — to byłem tam, na trybunie za koszem, z tym swoim starym płaszczem od wojskowych z trudem ukradzionym tacie, że niby na sznurówkach nie trzyma… i te rury z okna budy parowały mi w palce, bo facet z kibicówki palił papierosa i dmuchał dymem prosto w twarz, a ja się wściekałem, że to nie fair, bo mój nos to jeszcze nie było chodzące dzieło sztuki 😤💪
I jak ten set ruszył, to ja w pierwszych ławkach, taki maluch w bluzie za dużej, że rękawy mi sięgały prawie do łokci… i ta piłka — BAM! — wprost w łeb, że aż mi ciemno w oczach zrobiło. Krew kapie, ludzie wrzeszczą, a ja myślę tylko "kurwa, czyja to była wina?!"… ale potem ten set drugi, i nagle ci starzy kumple z boku zaczynają skandować "STAL! STAL!", a Browar jakby się złośliwy uśmiechnął, bo my ich ledwo dotykaliśmy…
I te 5:0! Jak facet z megafonu ogłosił, to ja tak podskoczyłem, że moja czapka zygzakiem poleciała na dół, a jakiś gość z bandery złapał ją i założył mi na powrót, że niby "teraz jesteś prawdziwym nysakiem, chłopcze" 🔥🔴 I pamiętam, jak wracaliśmy pieszo do miasta, bo nikt nie miał na bilet, a wszyscy śpiewali "Górnik nie przejdzie przez Stal", i ten dym z petów latał nam przed oczami, jakby sam niebo się cieszył razem z nami…
No ale zobaczymy, jak teraz… bo przecież historia się nie kończy 😉
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej no ale jakbyście chcieli posłuchać o jeszcze jednym dniu, co we mnie na zawsze siedzi... to pamiętam ten cholerny wyjazd na mistrzostwa okręgu, akurat do Prudnika, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim. my jako juniorzy, ledwo po szesnastce, a już mieliśmy swoją legendarną "ciężarówkę kibiców" — starej wołgi naszego trenera, co to ledwo zipała, ale za to w środku panowała atmosfera jak na Syberii, bo drzwi były na amen oderwane i wiatr nam dmuchał w twarze, a przyczepa z nagłośnieniem ciągnęła się za nami jak ten kiepski pies łańcuchowy.
i dojechaliśmy na halę, a tam tych Prudniczanów aż tak dużo nie było, za to ich hokejowa drużyna akurat trenowała na lodowisku obok, więc ich kibole zaczęli się schodzić do naszej trybuny, bo widzieli czerwone flagi i trochę hałasu. no i jeden z nich, facet w kurtce wojskowej, podszedł i mówi: "słuchajcie, wyście się chyba pomylili stadionem?". a nasz stary Basior, który miał wtedy ucho urwane od młota pneumatycznego, tylko splunął przez zęby i powiedział: "synku, my tu gramy w siatkę, a nie w kulkę, ale jak się boisz, to idź se obejrzyj hokej — tam przynajmniej nikt nie dostanie piłką w nos".
no i zaczął się mecz — a my mieliśmy tego dnia w drużynie jednego szaleńca, takiego Smolika z II ligi, co to później uciekł do Holandii na siatkówkę plażową. on wyskakiwał tak wysoko, że lampa na sali migała, aprudniccy sędziowie skakali jak z popcornem w majtkach. i ten pierwszy set — 25:10 dla nas, a ich libero wyleciał z kortu, że ledwo zipiał. no i ten faceci ze szkoły zawodowej na trybunie krzyknęli: "to nie hokej, to to jest raj na ziemi!".
potem wróciliśmy tą dziurawą ciężarówką, a naokoło nas śnieg leciał, a Smolik cały czas powtarzał: "panie, ja jeszcze nigdy nie czułem się tak lekki, jak gdybym miał skrzydełka". i wszyscy śpiewaliśmy w głos, że niby "od Nysy aż po Prudnik, żadna drużyna nie będzie naszym cieniem", a ja w głowie miałem tylko jedno — że jak dorosnę, to na pewno stanę kiedyś obok was na tej waszej trybunie i też będę tak wrzeszczał, że mi serce pęknie.
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, facetom z tamtych lat to naprawdę się nie przelewało, nie? Brali wszystko z pazurem i sercem, co mieli w środku, a i tak starczało na takie dni jak ten z Browarem. Oni grali tak, jakby na szali było nie tylko zwycięstwo, ale i honor samego miasta — nie to co teraz, gdzie każdy mecz to jakieś niepewne tango z widmem spadku. Tamci chłopaki mieli w oczach coś takiego, że nawet jak dostawali piłką w łeb, to tylko się śmiali i szli dalej, bo wiedzieli, że lada moment znowu trzeba będzie skakać jak opętany.
A dzisiejsza drużyna? No cóż, fajni ludzie, nie powiem, ale ten ogień co kiedyś płonął... no, chyba gdzieś zgasł. Mają swoje chwile, oczywiście, czasem ktoś wyciągnie super akcję, kibice wrzeszczą, ale to już nie to. Tamci grali tak, jakby mieli w głowie tylko jeden myśl: „Albo wygramy, albo nie damy się pokonać”. Dziś chyba więcej myślą o tym, żeby nie spaść, żeby nie stracić zawodnika, żeby kontrakt był podpisany. To się czuć, jakby między nimi a trybunami stała przezroczysta szyba — oni walczą, a my dopingujemy z drugiego brzegu, nie z tej samej strony co kiedyś.
I jeszcze te warunki, do cholery! Tamci jeździli w byle czym, marzli na mrozie jak niedźwiedzie, a i tak się nie skarżyli. Dziś to pół drużyny ma problemy ze ściągnięciem butów z fotela po powrocie z wyjazdu, nie mówiąc o takim duchu walki. Pamiętam, jak nasz Dziadek z tamtych lat opowiadał, że jak wrócili z Zielonej Góry, to wszyscy szli pieszo przez całe miasto, śpiewając, bo nikt nie miał pieniędzy na autobus — i nikt się nie obraził, nikt nie narzekał, że „no nie przesadzajcie, chłopaki”.
Więc nie, nie powiem, że dzisiejsza Stal to jakaś tragedia — bo nie jest. Ale też nie dorówna tym starym, co to nie bali się nikogo, choć mieli plecak pełen mrożonej kiełbasy i nosy, które robiły za celownik. Tamci mieli coś, co trudno kupić za kasę — duszę w granatowo-białym. I może właśnie dlatego, jak patrzę na dzisiejsze mecze, to bardziej wzruszam się wspomnieniami niż dopinguję na żywo. Bo wiem, jak powinien wyglądać ten mecz. A teraz… no cóż, liczę na to, że kiedyś to się znowu pojawi. Bo Nysa bez tej ognistej siatki to tylko miasto z pustymi trybunami.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej no właśnie patrzcie — ja tam z kolei pamiętam ten cholerny mecz z Chełmkiem Zielona Góra, ale nie ten juniorski, tylko seniorów, akurat ten sam rok co wasze 5:0, dziewięćdziesiąty szósty. Byłem na trybunie za bramką, z tym swoim starym aparatem zenit, który nosiłem wszędzie jak mórz, bo niby "na pewno się przyda". no i wtedy właśnie mieliśmy takiego jednego faceta w drużynie — Staszek "Kosa" Kosowski, który później grał w Polsce, a u nas to był po prostu demon na boisku. facet dosłownie latał, jakby miał skrzydła od samego Boga siatkówki.
pamiętam, jak Browar zaatakował mocno w pierwszym secie, a nasz libero, stary Waldek, który miał ręce jak łopaty od pługi, złapał piłkę tuż przy samej podłodze i wyrzucił ją w powietrze jak armata. i w tym momencie Kosa wbiegł pod siatkę, skoczył tak, że tyłek prawie dotknął parkietu, i wbił ją zygzakiem prosto w róg boiska — tak, że ich blokierzy nawet nie drgnęli. huk był taki, że aparat mi się zaciął od wstrząsu, a facet obok mnie, jakiś pan w kapeluszu, krzyknął "kurwa, on to ma w genach albo w dupie!" i rzucił mi piwo w rękę, że niby "trzymaj, bo ci wyparuje z rąk".
i potem ten drugi set — Chełmek zaatakował znowu, ale Kosa złapał zagrywkę i od razu zaserwował ich atakującego prosto w twarz. facet padł jak długi, a sędzia gwizdnął karę za nieczyste zagranie. no i wtedy na całej trybunie runął ten chór "STAL! STAL!" tak, że chyba i ten stary budynek zadrżał. a ja w tym szale zerwałem taśmę z aparatu i zrobiłem im zdjęcie na pamiątkę — tamci faceci na trybunie mieli twarze jakby uderzył ich piorun, bo nigdy nie widzieli, jak siatkówka potrafi być tak brutalna.
jak ten mecz skończył się 5:0, to niektórzy kibice wylegli na boisko i dosłownie podnieśli Kosę na rękach. facet miał łzy w oczach, bo powiedział później, że to był jeden z tych dni, kiedy czuł, że gra nie dla pieniędzy, nie dla sławy, tylko dla tej chwili, kiedy całe miasto zaczyna wrzeszczeć twoim imieniem.
i wiecie co? do dzisiaj, jak idę na mecz i widzę któregoś z tych chłopaków z tamtej drużyny, to tylko kiwnę głową i powiem "pamiętam, jak was nosili na rękach". bo to nie były zwykłe punkty — to była chwila, która sprawiała, że Nysa na kilka godzin stawała się stolicą siatkówki w tym kraju. a teraz? fajnie, że młodzi dopingują, fajnie, że są ambitni, ale ja jednak wolę te czasy, kiedy mecz kończył się nie wynikiem, tylko wiwatami, które słychać było jeszcze w piwnicy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ależ ja ci powiem, że jak słyszę te opowieści o samozaparciu, mrozie i płacących łzami emocjach, to aż się uśmiecham, bo przecież przez ten cały czas zapomniałeś o jednej istotnej rzeczy — a co to był za pechowy rok dla waszej siatkówki wcale nie siatkówce, tylko ogólnie w mieście?
Pamiętacie chociaż, że w 1996 Stal Nysa walczyła w barażach o awans do pierwszej ligi, ale ostatecznie nie poszło? A te "sławne" 5:0 z Browarem to był mecz towarzyski, rozgrywany chyba w sierpniu, kiedy to akurat większość twoich bohaterów była na urlopach albo jeszcze w letnim luzie przed rozpoczęciem sezonu. Dokładnie tak — ten sam Browar, który później w lidze rzucił was na kolana, bo, no cóż, ligę się rozgrywa, a nie chodzi po nią na bakier z kiełbasą w plecaku.
I jeszcze coś: ten cały szum o "Kosie" — świetny zawodnik, nie przeczę — ale ten mecz z Chełmkiem Zielona Góra to była akurat runda zasadnicza w lidze, a nie żaden turniej na cześć świętego Jacka. I owszem, pięć zer na tablicy, ale za chwilę w kolejnym meczu Browar im odgryzł cztery sety, bo nikt nie grał w siatkówkę z pyszną kiełbasą — a przynajmniej nie tak, żeby to się liczyło.
I w ogóle — skąd ta nostalgia? Przecież jak dziś patrzę na wasze dzisiejsze mecze, to kibice siedzą w komfortowych krzesełkach, mają gorącą herbatę pod ręką, a drużyna ma nawet sponsora, który czasem coś wpłaci. Wtedy? Trzeba było jechać tą dziurawą ciężarówką, marznąć pod namiotem, a jak szczęście dopisało, to ktoś rzucił ciędzu. I co? Mówicie, że dzisiejsza Stal to jakaś ułuda? A może po prostu nikt nie pamięta, że kiedyś te 5:0 były rzadkością, a nie codziennością?
No ale dobra, niech wam będzie — ten dzień w 1996 był fajny. Tylko niech nikt nie próbuje wmawiać, że to była jakaś epoka złota. Bo epoka złota to jest wtedy, kiedy się wygrywa ligę, a nie towarzyskie spotkanie na rozgrzewkę. A jakby ktoś jeszcze o tym zapomniał — niech spojrzy na statystyki z tamtego sezonu. Bo one, niestety, nie kłamią, nawet jeśli wasze wspomnienia tak. 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej no ale jakbyście chcieli posłuchać o moim "nosowym debiucie" w tym słynnym meczu z Browarem — bo ja tam byłem, tyle że na trybunie za rzutami wolnymi, bo mnie ojciec nie puścił bliżej boiska przez ten cały ten "nosowy incydent" z 1994, kiedy to dostałem piłką w twarz podczas meczu w szkole (to była nasza juniorka, a ja miałem 12 lat i nos jak cytryna, co to się nie mieścił w żadnych normach)… no więc tamtego dnia siedziałem sobie spokojnie z kubkiem gorącej herbaty (no dobra, kubkiem z napisem "PYTIA 94" i dziurą wielkości kilograma, bo to był kubek po farbie), a nagle — BUM! — jakiś facet obok mnie wrzeszczy "kurwa mać, idzie set drugi, Kosa idzie na blok!". No to ja, niczym dzisiejszy analityk kibica, podniosłem kubek i piję spokojnie, bo przecież "co może pójść nie tak?"… a tu za chwilę słychać huk, wrzaski, i facet obok dostaje piłką prosto w ucho — a ja myślę sobie: "oj, teraz niech tylko trafi w mojej kierunku, to oddam ją Browarowi w oryginalnym opakowaniu".
I trafiło. Dokładnie w ten kubek. Farba poleciała na moją nową bluzę (kupioną za pierwszą kasę od babci, która mi ją uszyła z dwóch różnych materiałów, bo "żeby było ciekawie"), a ja stałem tam z kubkiem w dłoni, z której kapała niebieska farba, i nagle wszyscy dookoła krzyczeli "nie ruszaj się, jesteś już pomalowany!". Na koniec meczu, jak juz się skończyło te 5:0, ja stałem taki niebieski od farby, a jakiś facet z bandery podszedł i powiedział: "no chłopie, wyglądasz jakby ci ktoś wlał niebieskiego pryszczacza do żył… ale hej, jesteśmy na 5:0, więc gratulacje!".
A potem poszedłem do domu, zdjąłem bluzę, zobaczyłem, że jest zrujnowana, i pomyślałem: "no tak, to teraz będę musiał jeść kiełbasę bez niej, bo babcia mi nowej nie uszyje przed kolejnym meczem"… ale i tak było warto. Bo przynajmniej miałem swój własny, niebieski znaczek na pamiątkę tego dnia. A ten znaczek towarzyszy mi do dzisiaj — czasem go oglądam, czasem się nad nim wzruszam, a czasem myślę, że chyba powinienem był kupić bluzę z materiału, który nie wsiąka farby jak gąbka… 😂🔥💙🤍
Memy to też analiza.