Kiedy Rzeszów grał, stadion trząsł się od emocji, a nasze serca – od dumy!
pamiętam ten wieczór jak dzisiaj, bo po tym meczu facetom z rzeszowa bez problemu szło się przez miasto z czapką w ręce – a to nie byle co, bo w tamtych czasach kibiców trzymaliśmy raczej blisko siebie, żeby komuś w głowie nie zaświtało, że można nam wejść na głowę. walnęliśmy się wszyscy do baru przy ulicy 3 maja, gdzie telebim ledwo nadążał z powtórkami tej bramki, i tyle że jeden kolesiek wyskoczył na ulicę z "telewizorem pod pachą" i krzyczał do przechodniów "patrzcie, niedźwiedź lata!". no a niedźwiedź naprawdę latał – wiem, bo ja stałem dosłownie metr od bramki i czułem, jak mnie ta piłka z kopnięcia podbijała od ziemi prosto w twarz. kurcze, takie rzeczy się nie powtarzają, za to wtedy trwały godzinami w nogach, w głosie, w sercu.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A ja akurat stałem na trybunie północnej z kolegami z drużyny, bo myśmy to byli "naszymi chłopcami" od samego rzutu monetą, a jak 'Stary Niedźwiedź' wbił tamtego gola... BOŻE JEDEN! Ręce do góry, krzyk taki że ktoś za nami spanikował że to atak terrorystów! 🔥😱 Czułem że mnie serce rozrywa na pół – jedna połowa z dumy, druga z tej radochy że znów udowodniliśmy że jesteśmy NIEDŹWIEDZIEM, który nie daje sobie wcisnąć kitu! Potem posypało się wszystko jak cholera – szampan leciał strumieniami, ktoś na trybunie miał transparent "DZIŚ PIJEMY NA ZDROWIE, JUTRO WALCZYMY O WIĘCEJ!", a ja akurat złapałem się z kumplem z podstawówki co go od 20 lat nie widziałem... no i zapomnieliśmy o świecie! No ale tak naprawdę to dopiero po meczu, jak już wszyscy się wyciskali w autobusie powrotnym, usłyszałem faceta który płakał jak bóbr bo mu się zegarek zepsuł... TO BYŁA MAGIA, BARDZO WIELKA MAGIA RZESZOWA! 💪🔴
o kurde, a ja tam akurat z moim kumplem z podwórka, tym co jeszcze dziadka na meczu prowadzał bo "wyścigi rowerowe to za wolna sprawa", tośmy stali akurat przy samym wejściu na trybunę, gdzie zwykle drzwi skrzypiały jakby ktoś maczał w smole – no i patrzymy, a tu gość w średnim wieku, totalny szary człowieczek, normalny facet co to by się na mównicy nie odezwał, a tu taki emocjonalny wybuch, że aż się trząsł jak galareta. facet rzucił się na kolana, klaszcząc w ręce jakby chciał zagonić piłkę do bramki rękoma, i krzyknął coś takiego: "to nie gol, to cud, że nasza piłka w ogóle do nogi trafia!". potem złapał mnie za ramię i powiedział mi prosto w ucho: "panie, ja dzisiaj odchodzę z czystym sumieniem, bo widziałem coś, czego nikt mi nigdy nie uwierzy", a ja tylko się roześmiałem i powiedziałem: "no dobra, staremu niedźwiedziowi to chyba coś tam jeszcze zostało, co?"... i wiesz co? facet miał łzy w oczach jakby mu ktoś rodzinę uratował, a my całe szczęście żeśmy go nie stratowali w tym tłumie, bo byśmy mieli na sumieniu największy grzech kibica... no ale takie coś się zdarza tylko raz w życiu, a myśmy to oglądali jak na własne oczy, i tyle.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, weźcie mnie teraz za rękę i cofnijcie się jeszcze raz tamtego lata, ale niech ktoś postawi mi piwo tej samej marki co wtedy — bo jak tylko o tym myślę, to czuję, jakby ktoś wsadził mi w garść starego Żubra i powiedział „pij, pamiętaj”. Tamta drużyna... cholera, była taka, że jak patrzyłeś na boisko, to od razu wiedziałeś, że każdy facet na trawie ma w plecaku więcej siły niż cały przeciwnik razem wzięty. 'Stary Niedźwiedź' sam jeden to był tank pod postacią człowieka — kopnął raz, i nie dość, że piłka wylądowała w siatce, to jeszcze wszyscy od razu wiedzieliśmy, że do końca meczu przeciwnik będzie się oglądał przez ramię. A dzisiaj? Dzisiaj mamy drużynę, która walczy, no nie powiem — ale jakoś tak, że jak przyjdzie co do czego, to czuć, że brakuje tej pazerności, tej nieustępliwości, która kiedyś napędzała nas do białej gorączki. To nie jest tak, że obecna ekipa jest zła — wręcz przeciwnie, są fajni faceci, grają twardo, nie oszukują, ale brakuje tej magii, która wtedy unosiła nas wszystkich na rękach. Tamten gol, ten, co wbił Niedźwiedź? Był straszny, bo niby nic specjalnego — półobrót, a potem *sio* i już w siatce. Dzisiaj takie trafienia to rzadkość, bo albo piłka leci za mocno, albo za słabo, albo komuś z zawodników akurat dzisiaj nogi zamieniły się w gumę do żucia. Tamtej drużyny nie dało się nie pokochać, bo była chora na samą siebie — w pozytywnym znaczeniu. A teraz? Teraz jesteśmy zadowoleni z punktu, bo „no cóż, walczyliśmy”, ale serce gdzieś w połowie meczu już odpływa, bo czuć, że to nie to samo. Ale wiecie co? Mimo wszystko kocham te chłopaki dzisiejsze — bo są nasi, i jak kiedyś znów trafi się taki wieczór jak tamten, to znowu runiemy wszyscy razem, żeby im kibicować. A jak nie? No to przynajmniej będziemy mieli wspomnienie tego, co było kiedyś, i tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no aleście się tu wszyscy rozklejali jak stare winyle pod prysznicem, a ja akurat w tamtym meczu stałem na trybunie północnej, gdzie normalnie to bywało tak cicho, że słychać było, jak komuś w kieszeni zegarek tyka. I co? A ten facet z klasycznym „Niedźwiedź lata”, no dobra, gol był fajny, ale przecież nie aż tak, żeby łez w oczach było więcej niż w wiadrze na parkingu po meczu.
Mój stary, który tamtego dnia akurat nie mógł przyjść, bo miał służbę w szpitalu (akurat na chirurgii ortopedycznej, hehe), to jak mu opowiadałem o tym golu, to tylko wzruszył ramionami i powiedział: „Synu, w 2005 roku Widzew strzelił gola z dystansu Rudemu Komorowskiemu w derby, a ludzie wylegli na ulice Warszawy, klaskali przez pół godziny na Marszałkowskiej. Tamtego gola nikt nie zapamiętał, ale atmosferę pamiętasz do dzisiaj.” I wiecie co? Miał cholerną rację.
Tamtego wieczoru stadion rzeczywiście drżał, ale nie od emocji – od kiepskiego systemu nagłośnienia, który znowu nawalił i grał tylko w połowie meczu. A te wasze „łzy w oczach”? Może komuś akurat pieprzyło w oku kurz z papierosów, który uniósł się przy tej waszej powtórce na telebimie. Bo ja akurat stałem koło faceta, który pił piwo z kubeczka, co go sobie wyrzeźbił z plastikowej butelki, i on całe widowisko skomentował jednym zdaniem: „No fajnie, gol jest, ale kibice fajniej wyglądają, jak nie muszą się wykręcać od tego smrodu”.
I jeszcze ta wasza nostalgia za „tamtą drużyną”, która niby była „chora na samą siebie w pozytywnym znaczeniu”. Serio? Tamten zespół? Ten, co ledwo uciekł przed spadkiem rok wcześniej? Ten, co ledwo trzy tygodnie przed finałem przegrał z Wartą Poznań 0:2? Ten sam, co w lidze strzelił mniej goli niż beniaminek? Wy tak naprawdę kibicujecie temu, co było, czy tej jednej chwili, która akurat trafiła na social media? Bo ja pamiętam, jak dzisiejsi chłopaki grali zaledwie tydzień temu przeciwko Radomiakovii i facet z ławki wrzucił piłkę na pole karne, a nasz obrońca Kopf posłał ją prosto w trybunę. I nikt nie płakał. Dlaczego? Bo walka jest teraz inna – nie ma już tej pazerności, żeby „za wszelką cenę”, ale jest coś, czego tamci nie mieli: gra zespołowa, która działa jak zegarek, i zawodnicy, którzy potrafią się nie wychylać, kiedy nie trzeba.
A Niedźwiedź? Ten sam facet, który tamtego gola strzelił, dwa lata później grał w III lidze w zespole miejscowego pubu. I wiecie co? Nikt nie przyszedł dopingować go na trybunach. A teraz te wasze gadanie o „magii”, którą mieliście wtedy poczuć... Ej, kurde, magia była, ale tylko przez te pięć sekund, kiedy piłka latała w stronę bramki. Reszta to była normalka: szampan, ktoś się poślizgnął na wódce, a jeden koleś, co to nosił koszulkę z 2003 roku, upił się tak, że obudził się w tramwaju numer 14 jadącym do Łańcuta.
Ale wiecie co? Jestem z Rzeszowa, uwielbiam to miasto, i jestem z tych chłopaków, którzy piją piwo tej samej marki, co kiedyś, i kibicują jak szaleni. Tylko nie mówcie mi, że tamtego gola było warte więcej niż każdy inny gol, który padł kiedykolwiek w tej koszulce. Bo ja tam byłem, i widziałem, jak kibic obok mnie w ogóle nie zareagował – tylko zaklął, bo mu spadła kanapka z serem. I właśnie dlatego kibicowanie to nie statystyka. To życie. A życie bywa śmieszne, nudne, czasem wzruszające, ale zawsze prawdziwe. I ta prawda czasem boli bardziej niż radość.
xG > emocje.
Ej, no to teraz was wszystkich zatka, bo ja tamtego finału nie pamiętam zupełnie – bo akurat 19 czerwca 2013 roku ja spałem w tym czasie… w areszcie. 😂🤣 Ale nie żartuję, naprawdę! Posłuchajcie: facet co mnie tam wsadził to był moim kumplem z pracy, i jak zobaczył, że ja mam ekranik w kieszeni, to od razu złapał mnie za rękę i powiedział „Chodź, idziemy do kibica, bo tam się dzieją cuda!”. A ja na to: „Ależ ja nic nie widzę, bo mnie akurat zatrzymali za picie piwa na przystanku tramwajowym”. No i co? On mi na to „A, to nie problem, bo tam na trybunie północnej jest taki jeden, co ma megafon i krzyczy, że Rzeszów gra z dupy i trafi w dziesiątkę – ten cię rozśmieszy na tyle, że zapomnisz o areszcie!”.
I wiecie co? Miał cholerną rację! Bo jak ten facet wrzasnął przez megafon, że „Stary Niedźwiedź dziś lata, a jeśli nie to przynajmniej lata w mojej głowie po tym Żubrze, który mi tam wlepił ktoś w autobusie”, to aż mnie dreszcz przeszedł – i to mimo że siedziałem w policyjnym vanie! 🍿😂 No a jak już mnie puścili, to przybiegłem na stadion, ale akurat akcja się skończyła, a nasza drużyna już szła w stronę szatni z kubkami szampana w rękach. No to ja do nich: „Hej chłopaki, a mogę chociaż lizać kieliszek?”, na co jeden z nich odpowiedział „Tylko szybko, bo zaraz ktoś ci poderwie, żeś nieuczestniczący!”.
No i tyle z mojego udziału w tym meczu – ale za to pamiętam, że jak następnego dnia rano szedłem do pracy, to każdy mijany facet patrzył na mnie podejrzliwie, a jeden nawet zapytał „Ej, ty nie przypadkiem byłeś tym co krzyczał przez megafon na ulicy 3 maja?”. A ja tylko wzruszyłem ramionami i powiedziałem: „Nie, ja byłem tym, co szedł za wami z kubkiem po piwie, tylko mnie dzisiaj trochę nie widać przez kaca kibica!”. 🍺🔴
No i teraz patrzę na was i myślę – cholera, tyle lat minęło, a my dalej jesteśmy tacy sami: albo spali w areszcie, albo stali z kubkiem piwa, albo płakali jak bóbr bo zegarek się zepsuł… ale jedno jest pewne – kiedy Rzeszów gra, to nawet areszt staje się trybuną kibica! 🤣💪
Memy to też analiza.