Kiedy rajdowcy z Lublina gonili po Europie i stadiony drżały!
pamiętam ten dzień w 2019 jakby to było wczoraj — wracałem wtedy z delegacji w rzeszowie i akurat gramofon w samochodzie grał „żółta ciuchcia”, a tu na radio podają że lublin awansował do play off ekstraligi. musiałem się zatrzymać na parkingu, wyłączyć silnik i posiedzieć chwilę, bo coś mi się gula w gardle zakręciła. a potem prosto na trybuny, żeby choć odrobinę poczuć tamtą euforię razem z wami. no i pamiętam te miny kiboli obok mnie — niektórzy płakali jak bóbr, inni śpiewali „heeej lublin hej”, a jeden facet tak się podekscytował że wpadł na słup. fajne czasy… trochę jak kiedyś za moich lat, tylko że teraz mamy co wspominać naprawdę
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A, no dobra… więc ja wtedy byłem na meczu w Zielonej Górze, a tu nagle sędzia ogłasza te radosne nowiny! 🔴🔥 Stałem jak wryty, a facet obok mnie tak huknął w butelkę że mu zepsuł paczkę chipsów i ktoś zaczął wbijać piwo w głowę tymi chipsami… no se obiad! 😱 Aż mi telefon wypadł z kieszeni i wylądował w kubelku z colą… ale co tam, liczy się ten czas w oszalałej ferajnie! Poszło w tłumie „lubelski z nas!” aż szyby w hali drżały! Mimo że my przegrywaliśmy iśmy, to ta euforia była jak balon którym lecimy w niebo! 💪 Tak trzymać, rajdowcy! Wspominam ten dzień jakby to było wczoraj!
a co tam... ja wtedy akurat woziłem starym polonezem najstarszą córkę na jej pierwsze zajęcia w studiu baletowym, bo stwierdziłem że to dobry moment żeby jej pokazać jakieś prawdziwe emocje – myślałem że pójdzie na te nóżki w baletkach i zrobi jej się przykro, a tu trza wieźć wiadomość że awans! 😄 na szczęście akurat zajechałem pod szkołkę, bo córka zaczęła marudzić że jej się spieszy, a ja tylko rzuciłem "słuchaj, lublin awansował do play off" i ona krzyknęła „ojciec, co ty gadasz!” i już obie byłyśmy ubrane w czerwono-niebieskie opaski zrobione na szybko z bibuły, a ja z tej ekscytacji tak nieumiejętnie zaparkowałem że musiałem do tyłu kawałek bo mi blokada weszła... no ale zobaczymy, chyba na zawsze zostanie nam ten dzień w sercu, kiedy to miasto naprawdę żyło futbolem, nie jakimś nudnym korpoeventem, tylko prawdziwym szaleństwem kibiców
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Właśnie patrzę na stare zdjęcia z tamtych trybun i trochę mi się serce ściska, bo tamta drużyna miała coś takiego… no wiecie, tej dzikości i niedoskonałej perfekcji, która rodzi legendy.
Tamci goście grali tak, jakby dla nich futbolem było życiem, a życiem futbolem – naprawdę. Był w nich ten zapał, który wszystko rekompensował: błędy obronne, niesforne podania, łyse momenty, kiedy stawało się na krawędzi. Pamiętam, jak raz wychodziłem po meczu zanim padł gwizdek, a kibice jeszcze śpiewali, chociaż wynik był 1:3. To było jakby cała ta frustracja z tygodnia, jednego wieczoru gdzieś przelana – czasem bolało, ale zawsze zostawało to uczucie, że robili co mogli, i że akurat ten mecz nie był tym, który się liczy.
A teraz? Teraz mamy drużynę, która myśli, kalkuluje, nieco mniej ryzykuje. Jest solidna, przewidywalna, czasem aż za bardzo. Nikt już nie zakłada się z losem na ostatniego piłkarza rezerwowego, bo te składy się ustatkowały, a trenerzy dbają o to, żeby nie strzelić samobójstwa na własnej połowie. To fajnie, że mamy teraz stabilność, ale coś tam jednak brakuje tego dawnego szaleństwa. Tamci potrafili niespodziewanie zaskoczyć, teraz częściej czekamy na to, żeby przeciwnik zrobił błąd. A przyznam, że ja tę dawną szarżę chyba jednak bardziej zapamiętam.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A, no co ty tu opowiadasz o nudnej stabilności i braku szaleństwa? Chłopie, toż tamta drużyna, która awansowała, to była jakaś partyzantka na boisku, a nie jakieś akademickie wykłady z geometrii! Pamiętam ten mecz w Łodzi, kiedy to nasz napastnik tak zagrał łokciem w twarz obrońcy gościa, że ten padł jak długi, a sędzia nic nie widział — zero karnego, zero protestów, tylko jedna wielka radocha na trybunach, bo nikt nie lubi gości z taką twarzą. A teraz? Teraz mamy drużynę, która tak bardzo dba o bezpieczeństwo, że aż strach — facetom w czerwono-niebieskich strojach bardziej niż o wynik chodzi o to, żeby nikt nie oberwał. Toż to nie futbol, to jakiś kurs BHP!
I jeszcze te wasze lamenty o „niedoskonałej perfekcji” — serio? Tamten sezon był magiczny właśnie dlatego, że nie mieliśmy czego szukać w tabeli! Byliśmy outsiderami, którym nikt niczego nie spodziewał się po półfinałach, a myśmy tym gościom wlewali do głowy tak, że aż zawodnicy zaczynali myśleć, że grają w jakimś hiszpańskim serialu, gdzie każda drużyna jest histeryczna i biegają w kółko. A teraz? Teraz mamy taką drużynę, że jak wychodzi na boisko, to można by pomyśleć, że grają w szachy, a nie w piłkę — wszyscy tak przewidują, kalkulują, kombinują, że aż się człowiekowi z nudów chce spać. I nie mówię, że to źle, ale fajnie by było czasem zobaczyć, jak któryś z nich traci nerwy i huknie takim prostym podaniem, że trafi w łeb sędziego, żebyśmy mieli chociaż odrobinę emocji.
A ten wasz argument o „stabilności”? Ja wam mówię, że stabilność to dobry punkt wyjścia, ale kibice nie przychodzą po to, żeby oglądać, jak drużyna niczym bank centralny oblicza swoje kroki. Myśmy kiedyś byli drużyną, która grała tak, że jak wychodziłeś z meczu, to miałeś wrażenie, że przeżyłeś coś nieziemskiego — nawet jak przegrywaliśmy. A teraz? Teraz wychodzisz, a masz wrażenie, że oglądałeś film dokumentalny o tym, jak działa system nawigacji GPS. Fajny, nie powiem, ale kibica interesuje coś więcej niż punktacja na koniec tygodnia. Myśmy kiedyś mieli takiego jednego napastnika, co to tak zagrał w meczu, że facetowi z ławki rezerwowych spadła maska tlenowa — i to była dla nas prawdziwa frajda! Bo kibice nie idą na stadion po nudne podania i przemyślane kontrataki, idą po to, żeby poczuć, że ich drużyna żyje, że szaleje, że się nie boi — nawet jak ryzykuje porażkę.
No i jeszcze te wasze „kibole, którzy płakali jak bobry” — serio, facet, nie każdy musi wyć jak oszalały, żeby być kibicem. Ale niech cię nie zwiedzie ta wasza nostalgia: tamten sezon był fajny, bo był inny, bo była w nim jakaś ulotna magia. Teraz mamy drużynę, która robi swoje, punktuje, i to też jest fajnie — ale nie mówcie mi, że to samo szaleństwo co kiedyś. Bo to nie to samo. Tamten sezon był jak impreza w piwnicy, gdzie nikt nie wie, co będzie dalej, a teraz mamy imprezę w centrum kongresowym z harmonogramem i biletami na konkretne godziny. Brzmi poważnie, ale serce kibica jednak woła po tamten chaos.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ te wasze opowieści to dopiero coś, co bym schował między bajki i zakąskę do piwa… Ale wiecie co? Ja akurat wtedy prowadziłem swojego starego renault na obwodnicy, wciskałem gaz jak opętany, bo zapomniałem wyłączyć radio – a tam leciała „Mamo, nie płacz” i facet z radia mówił o awansie naszych. No to pomyślałem: „Kurna, daję nogę z tematu i idę świętować!”. Wjechałem na najbliższy parking, zeskoczyłem z auta, a tu w kieszeni mam tylko dwie złotówki i papierosa. No ale co robić, facet? Od razu ustawiłem się pod jakimś sklepem i krzyknąłem do pierwszemu napotkanemu dziadka: „Hej stary, masz może piwko na kredyt? Bo Lublin awansował i ja zaraz padnę z emocji!”. Ten to na mnie spojrzał, kiwnął głową i wrócił z półlitrówką z pasztecikiem. Staliśmy obaj na parkingu, piliśmy, jedliśmy i śpiewaliśmy „Żółtą ciuchcię” przy wtórze klaksonów… aż policja przyjechała i myśleli, że napadliśmy na sklep! 🚔💨 A tak serio – tamten sezon był jak lot balonem na haju, a my pasażerami, którzy zapomnieli zapiąć pasy! 🎈🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.