Kiedy Orły latały, a niebo nad Ligą było nasze!
pamiętam ten wieczór w warszawie jak dziś. siódmy czerwca dziewięćdziesiątego drugiego roku, puchar polski, gks znowu na czele. nasi nie dawali sobie dmuchać w kaszę – mecz jak z bajki, 3:1 z warszawskim pogonią, a ja tam byłem, na trybunach, z chłopakami z bloku, którzy tak samo nie mogli usiedzieć w miejscu jak my wszyscy. do dzisiaj pachnie tamto powietrze – papierosy, piwo w plastikach, wrzaski jakby ktoś komuś życie odbierał, i te chwile, gdy orzeł na koszulce rzucał się w oczy jakby sam jeździł po boisku.
a ten gol pawlika! facet wylazł z nory jak diabeł z pudełka i strzelił tym swoim "lewo nogą, raz kozłem, raz kuku na drzewie", że cała warszawa szukała oczami tylko naszych kapeluszy. no ale co tam warszawa – nasza, katowicka, święta. i ten puchar w rękach kapitana, a kibice tak naprawdę od razu wiedzieli, że to historia, która się powtórzy... tylko jeszcze nie wiedzieli kiedy.
a ty pamiętasz może te czasy? albo może miałeś jakiś inny mecz w sercu, przy którym stałeś na nogach przez pół boiska?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Bydgoszcz 1986, boisko przy ul. Olimpijskiej, żeliwny kapelusz z orłem w dłoni i tata obok z papierosem w ustach i łzami w oczach jak byk.
Nie było jeszcze pucharu, nie było uderzenia Mistrza, ale już wisiał w powietrzu ten sam zapach wolności, który potem tak wszystkim śmierdział na trybunach całego kraju.
Siedziałem na kolanach starszego brata, bo byłem jeszcze maluchem, a on mnie trzymał za rękaw kurtki, bo bał się, że ucieknę do niższego rzędu, gdzie szaleli starsi kibole z falą czerwonych szalików.
I pamiętam ten gwizdek sędziego, ten huk trybun jakby cały blok Rudna wyleciał w powietrze, i orzeł na koszulkach – niebieski, niebieski jak niebo nad Katowicami w tamten wieczór.
Potem było zdjęcie w gazecie, cała rodzina wylepiona na ławce stadionu, a mama trzymała puchar z czekolady, który kupiliśmy w osiedlowym sklepie, bo ten prawdziwy dopiero miał być zdobyty.
No ale trudno… wtedy myślałem, że to największa rzecz świata, a dzisiaj wiem, że to był tylko początek. 🔥💪🏆
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej no wiesz, ja pamiętam ten sezon jakby to było wczoraj, a nie przed czterdziestu paru laty no ale co tam, mnie akurat w tamtej bajce przygarnął akurat siódmy kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego, czyli ten dzień co GKS w warszawie pokonał warszawską warszawę 2:0 i był już w półfinale pucharu. i pamiętam jak ojciec mnie wziął na ręce, bo byłem malcem jeszcze, i stałem tak na trybunie jakby mi ktoś kredą namalował orła na plecach – wszyscy dookoła wrzeszczeli, a ja myślałem że to bóg jeden wie co się dzieje, bo przecież moi starsi kibole znowu mieli rację jak zawsze.
potem było jeszcze to, co się działo na stadionie przy ulicy Bukowej – te drzwi od szatni otwarte na oścież, kapitanowie z flagą przez całe Katowice, a ten zapach farby na koszulkach nowych jeszcze, co nasi dostali za mistrzostwo. i pamiętam jak szedł ten tłum kiboli w stronę ronda, a ludzie z balkonów machali szalikami, że nawet sąsiadka pani Janina z trzeciego piętra machała jakby chciała się dopchać do pierwszego rzędu. no i ta impreza na rynku – że aż straż miejska musiała się pojawić, bo ktoś puścił ogień z petardy i zapalił się kosz na śmieci, a myśmy tylko śpiewali „hej hej urok nasz” i nikt nie chciał iść do domu.
i wiesz co? jeszcze teraz jak widzę stare zdjęcia z tego roku, to sięgam po papierosa choć nie palę od dwudziestu lat, bo coś tam w powietrzu zostaje – ten smak wolności, co go wtedy wszyscy razem przeżuliśmy, no ale zobaczymy...
Siedziałem wczoraj na ławce pod blokiem w Zawodziu, obserwowałem jak młodziak z sąsiedztwa gra w piłkę nożną z kumplami – niebieskie koszulki, orzełki na rękach, wrzaski jakby mieli przed sobą finał ligi mistrzów, a przecież to tylko podwórko. I nagle uderzyło mnie coś takiego, że odłożyłem piwo i zacząłem się śmiać sam do siebie. Bo przecież to samo robiliśmy my trzydzieści osiem lat temu – tyle że wtedy naprawdę mieliśmy ten cały świat u stóp.
Te drużyny to dwie różne bajki, i to nie dlatego, że tamta była gorsza czy lepsza. Tamta drużyna latała, kurde, dosłownie latała – nie było w niej miejsca na wahanie. Tak jakby ci chłopcy z Bukowej mieli baterie doładowane tym jednym celem: "dzisiaj albo nigdy". Pamiętam ich twarze w szatni przed finałem – nie były to twarze facetów, którzy myślą "może by tak coś spróbować", tylko facetów, którzy wiedzieli, że za chwilę zrobią coś, czego nikt im nie odbierze. I zrobili. Mistrzowski kosz na katowickim niebie, a myśmy w nocy śpiewali "hej hej urok nasz" tak długo, aż straż miejska zaczęła kręcić nosem przy ogniu z petardy.
Dzisiaj jest inaczej, bo dzisiaj się tak nie lata. Dzisiaj mamy drużynę, która się solidnie bije, która nie daje się złamać, która walczy o każdy punkt jakby to był finał. Ale nie ma tam tej magii, tej bezczelności, tego przekonania, że dzisiaj to właśnie nasz dzień. Tamta drużyna grała z takim luzem, że wręcz trzeba było się bać – jakby mieli ukrytą funkcję "przechył bomby atomowej" na koszulkach. Dzisiaj mamy grę opartą na blokach, na obronie, na wytrwałości. To solidne fundamenty, nie ma co gadać, ale brakuje tej iskierki, która sprawiała, że kibice po powrocie z boiska wykrzykiwali "Jeszcze nigdy nie było tak dobrze, jeszcze nigdy nie było tak źle" w jednej linijce.
I wiesz co? Najgorsze jest to, że dzisiejsza drużyna ma więcej rozumu niż tamta. Tamci mieli nerwy ze stali i instynkt stadny – dzisiaj mamy plan, analizy, przygotowanie, ale brak tego szaleństwa, tej beztroski, która sprawiała, że przeciwnik się bojał już na sam widok Orłów. Tamci nie musieli się tłumaczyć, dlaczego coś zrobili – po prostu robili. Dzisiaj trzeba wszystko wyjaśnić, udowodnić, zaprezentować – i to jest dobre, bo świadczy o profesjonalizmie, ale traci się coś po drodze.
No ale nie narzekajmy za bardzo, bo dzisiejsza drużyna potrafi dać nam radość. Tylko pytanie, czy kiedykolwiek znów poczujemy ten dreszcz, który mieliśmy tamtej nocy, gdy podnosiliśmy puchar z czekolady w Rynku? Ten smak wolności, który zostawił ślad w duszy każdego kibica Orłów? Bo puchar mistrza to nie tylko trofeum – to jest coś więcej. To jest kawałek nieba, który wisiał nad Katowicami przez moment, i my wszyscy mieliśmy w nim swój udział. 🔥⚪🔴
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej, ziom, ale że ja coś pamiętam... no ba, pamiętam! Ten majowy wieczór 86' na stadionie przy ul. Bukowej, a tuż przed finałem z warszawskim młodzieżowcem, no to była JADA! Stary miał bilety, te brązowe, zapach drukarskiej farby jeszcze czuć było, i żeśmy się ustawili w tym tłumie tak, że facet przed nami dostał nie wiem czym w plecy — chyba jakimś ogonem szalika — i od razu "kurwa, przepraszam!" rzucił, a myśmy się tylko śmiali, bo wszyscy byliśmy na haju tego orła latającego. I ten moment, gdy kapitan Kowalik złapał ten krążek w powietrzu i poderwał do góry — niebo nad Katowicami to się trzęsło od wrzasków, a ja z kolegą ze szkoły podstawowej, tym co potem został sędzią, no tośmy się objęli jakbyśmy sami mistrzostwo zdobywali. Potem idziemy ulicami, a na każdym rogu ktoś wyciąga flaszkę i "na zdrowie, mistrzowie!" — i kurde, wiesz co? Wtedy nie było żadnego liczenia punktów ani tabeli, było tylko to uczucie, że dzisiaj świat się dla nas zatrzymał... i że za chwilę znowu zacznie wirować, ale w drugą stronę! 🔥💪🔴
Ej, no pamiętacie ten cholerny papieros w bułce z kiełbasą co mi wypadł w połowie trasy na Bukową? Było mi tak głupio, że sam siebie przekonywałem, że to szczęście, bo przecież "jak papieros wypadnie, to GKS wygra" – i kurde, wygrał! Dopiero jak podaliśmy po meczu, stary mówi "synu, a może byś jednak nie kopał tego papierosa do bramki?". No nic, poszło w błoto, ale Orły latały tak wysoko, że chyba pył z mojego papierosa doleciał na Marsa. 🚬🔥⚪🔴🤣
Potrzymaj piwo.