Kiedy niebo częstochowskie płakało tryumfem, a my - synowie Norwida - płakaliśmy razem!
psst… jak dziś patrzeć na stare zdjęcia z tych czasów, to zawsze łza się w oku zakręci no ale zobaczymy…
pamiętam ten październik ’87 jakby to było wczoraj. szedłem ulicą na stadion, wiatr taki jesienny, a ja trzymałem w ręce ten ciasny biletik na trybunę, który sam odebrałem od kolegi w pracy. nie było telefonów, nie było insta, nie było tego całego cyrku — była za to papierowa karta w kieszeni i suchy chleb na kolację zanim się pojechało. stadion huczał już od samego rana, a my ze starociami z rogu "zielonych" wyliśmy chłopaki z "znajomymi" i miejscowi obcy, co widać że pierwszy raz w życiu dopingują drużynę w białym. wpuszczono nas na ostatnie minuty rozgrzewki, słońce właśnie zachodziło za pawilonami przy alei, a powietrze pachniało deszczem i dymem z pieców kaflowych na bliskich osiedlach.
trener zawołał ich wtedy "chłopaki, dziś pokażemy się warszawskim draniom co to latają od sezonu do sezonu jak mewy za rybami" — i naprawdę poszło. wynik 2:1, jeden z tych meczów gdzie każda akcja była walka psa z kotem, a nasz skrzydłowy strzelił z półobrotu przez łeb obrońcy co myślał że ma już piłkę na stopie. kiedy padł gwizdek ostatni, to dosłownie wszyscy — trenerzy, masażysta, nawet ten facet co sprzedawał soczki — wbiegli na boisko jakby mieli nogi z waty. ludzie płakali, obejmowali się w błocie, bo stadion po deszczu był śliski jak parkiet lodowiska.
a ja? stałem pod tablicą z wynikiem, głaskać starego psa kibica co tam ciągle siedział od rana, i po prostu myślałem: "kurwa, nareszcie". wracałem do domu o północy, mokry od deszczu i szczęścia, z dyplomem mistrzostwa wszyty w kieszeń kurtki. niedługo potem ten sam dyplom miałem powiesić nad kominkiem w pokoju gościnnym — bo wtedy to się chwaliło, nie wrzucało do internetu z hashtagiem #pamiętam.
tak było. i ten obraz nigdy nie przestanie mi się przewijać przed oczami, kiedy ktoś mówi o "starych dobrych czasach" — bo one były właśnie takie: suche, realne, bez udawania, z bólem nóg i łzami w gardle.
no ale zobaczymy… pewnie któryś z was też ma taki moment, co?
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech to, skurczybyk, w samą porę przypomniałeś ten mecz co miałem w nogach… Był 92rok, październik też, ale w Częstochowie nie taki zimny wiatr co w Lublinie, raczej taki rześki i przezroczysty, jakby powietrze było z kryształu. Siedziałem na trybunie na starym stadionie, obok mnie ten sam wujek Jurek co zawsze, co bez przerwy pluł przez zęby i gadał "do cholery jasnej, dziś oderwiemy im łby!". Czekaliśmy, a ja miałem w kieszeni pogniecioną paczkę papierosów i małpkę z herbatą, którą kupiłem od staruszki na rogu. Potem zaszumiało, huczało, a nasz kapitan Rysiek podszedł do siatki, popatrzył na nas takim wzrokiem co mówi "teraz albo nigdy" i… no kurwa, to był mój pierwszy mecz Norwida z takim ciachem w oczach. Oni grali jakby mieli w dupach kociołek z wrzątkiem, każdy skok to był atak serca, każda odbita piłka to była wygrana wojna. Kiedy padł ostatni gwizdek, to wszyscy wpadliśmy na boisko jak oszalali, niektórzy tak głupio płakali, że się z nich śmiali, a ja? Ja siedziałem na trawie, trzymałem w rękach koszulkę jakiegoś chłopaka co się nazywał… no nieważne, i nagle zrobiło mi się tak ciepło, że zapomniałem o deszczu. Byliśmy już w tym cholernym czwartym finale z rzędu, a oni mieli w sobie coś takiego… Prawdziwa chujowa radość, nie ta dzisiejsza cyrkarska otoczka. No ale trudno, cholera… 🔥💪🤬
Jeden klub, jedno życie ❤️
oj, chłopaki, to już takie dawne czasy… ale mnie akurat 1989 rok wrył się w pamięć, no nie? nie mistrzostwo, nie finał, tylko ten cholerny listopadowy wtorek, kiedy na starym stadionie mieliśmy grać z warszawskim AZS-em, a tu nagle sypie śnieg, prawie jakby grudzień się uparł żeby nam dopiec. myślałem, że kibice się rozlecą, bo przecież nikt nie miał butów na zmianę, a ciepłej herbaty? marzenie ściętej głowy.
ale nie — ludzie siedli na trybunie tak, jakby to była zwykła niedziela, tylko w kożuchach i chustach na głowach. nasz rozgrywający, ten mały Szymek, który wychował się na tym stadionie jak na podwórku, puścił wtedy zagranie co było… no kurza noga, prosto z nieba! dobił piłkę tak, że bramkarz warszawski nawet nie drgnął, tylko ręce do góry podniósł jakby się modlił. publiczność — dosłownie, całe Częstochowa w śniegu — zerwała się z siedzeń, ludzie biegli przez boisko, a ja wtedy, stary dureń, miałem w kieszeni półlitrówkę z bimbrzykiem co mi kolega podał "na rozgrzewkę". schyliłem się po butelkę, a tu nagle wpadłem między nich, wszyscy się trącili, śmiali, ktoś upadł na tyłek w śnieg, a bimber chlapnął mi prosto na kurtkę. no i co? wszyscy zaczęli się śmiać, bo facet co leżał w śniegu wołał "podaj butelkę, kurwa, jeszcze jest co pić!".
a ja wtedy pomyślałem — no wreszcie. nie mistrzostwo, nie tytuł, tylko ten jeden moment: śnieg, wrzaski, bimber płynący po kurtce i wszyscy razem, jakbyśmy byli jedną wielką rodziną co zrobiła się szalona. to był ten nasz klimat, chłopaki. ten śnieg, te buty w błocie, te uśmiechy pod nosami… i wiadomo było, że to jest nasze, nasze do szpiku kości.
no, ale kto z was pamięta jeszcze ten mecz z bydgoskim AZS-em w ’90? bo ja coś tam widzę w oczach… albo to kolejna wódka zrobiła swoje? 😄🔥
oj, chłopaki, to już takie dawne czasy… ale mnie akurat 1989 rok wrył się w pamięć, no nie? nie mistrzostwo, nie finał, tylko ten cholerny listopadowy wtorek, kiedy na starym stadionie mieliśmy grać z warszawskim AZS-em,…
@JagielloniaWarszawa no właśnie! Bo jak nie wspomnieć o tym śniegu, co to padał tak jakby ktoś posypał cię cukrem pudrem od sroki — tylko że to była grudka lodu, co wbijała się w płuca przy każdym oddechu? Miałem wtedy 16 lat, stałem na trybunie numer 3 z plecakiem pełnym gazet (żeby sobie podłożyć pod tyłek, bo beton to beton), i nagle wszyscy wokół zaczęli krzyczeć jak opętani. Ja? Ja marzyłem tylko o tym, żeby wrócić do domu z butami w stanie do noszenia, bo moja stara od razu by mnie zabiła jakby jeszcze były dziury na palce.
Ale ten Szymek, ten mały demon z piłką — jego zagranie to było coś, czego nie zapomnisz nawet jak cię zatrudnią do robienia rusztowań wstydu 😂 Wiesz co? Byłem na tym meczu z rzędu… no, pamiętam, że tato dał mi 5 złotych "na straty", bo myślał, że dojdę do półmetka i wrócę smutny. A ja? Stałem potem w śniegu z termosem herbaty (kupiła ciocia Halina, nie daj Boże kwaśna!) i patrzyłem, jak wszyscy biegną na boisko jak opętani, a bimber chlapał po kurtkach jakby to była obrzędowa kąpiel w szczęściu.
I wiesz co? Tamci kibice nie mieli cyferek na koszulkach, nie mieli sponsored content w social mediach… mieli tylko jeden wielki cytat: "Tu się urodziłem, tu umrę, a dzisiaj oberwiem łby za Częstochowę!". No i oberwali, kurwa, oberwali. A my? My mieliśmy coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze… no chyba że dasz kasę tym, co robią te współczesne "wrażenia kibica" z kiełbaską w dłoni i klapkami na nogach. ROI? 0, bo dziś kibol płaci za sam fakt bycia widzem, a dawniej płacił sercem. 💸🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
No wiecie, coś mi się w głowie właśnie zakręciło, jak usłyszałem te wspomnienia — bo one są jak te stare puszki po piwie, co je się trzyma w garażu: raz poskładane, raz wstrząśnięte, i nagle znowu śmierdzi przygodą. Wtedy to była drużyna, której nie musiało się niczego udowadniać, bo po prostu była. Cały stadion wiedział, kim jesteśmy, dlaczego gramy i po co bijemy się na boisku — mieliśmy swój kawałek miasta w plecaku, ten szalik z napisem "Częstochowa" na czubku i te buty, co ledwo trzymały się na nogach, ale za to serce biło jak oszalałe.
Dziś? Widzę mnóstwo gadżetów, dużo błysku, dużo cyrku wokół jednego meczu. Wtedy rozmawiało się po meczu z trenerem w szatni, bo on sam był od nas, nie przyjeżdżał z innego klubu z walizką pełną marzeń i kontraktów do podpisania. Oni grali dla nas, my graliśmy dla siebie nawzajem — nie dla sponsora z banerem na trybunie, nie dla algorytmów w social mediach. Pamiętam, jak mój stary siadał na ławce rezerwowych z termosem zupy i mówił: "Syna, dziś idziecie walczyć, nie udawać". I walczyliśmy — dosłownie, bo często skończyło się na siniakach i bolących żebrach, ale to była nasza walka.
Teraz czasem trudno mi oglądać te nasze chłopaki w telewizji albo w streamie, bo to wygląda jak piłka nożna, a nie siatkówka naszego miasta. Wtedy mieliśmy jednego kibica z flarą i dziesięciu facetów, co sami sobie zrobili koszulki z numerami na plecach — dziś mamy dziesiątki firm produkujących koszulki, ale czy ktoś jeszcze czuje, że nosi je z dumą? Mój kolega, co handlował bibułkami na meczach, mówił kiedyś: "Rafał, dzisiaj to już nikt nie rozpozna naszej flagi na trybunie, bo wszyscy mają takie same". I miał rację — wtedy flagi były ręcznie robione, dzisiaj są drukarnie, kolory się powtarzają, a emocje... emocje czasem znikają gdzieś między reklamami.
Ale nie bądźmy też sentymentalnymi dziadami, co ciągle narzekają. Tamta drużyna miała swój charakter, swoją charyzmę i swoje ograniczenia — nie docieraliśmy do finałów ligi każdego roku, mieliśmy swoich lokalnych bohaterów, którzy potem zmieniali pracę na budowie, bo trenowanie dwa razy dziennie i granie w weekend to było za mało na życie. Dziś młodzi mają więcej możliwości, więcej wsparcia, więcej profesjonalizmu wokół siebie. To, co było problemem wtedy, dzisiaj jest standardem — i to dobrze, że jest lepiej, nie?
No ale co ja gadam — jakby mi ktoś pokazał dzisiejszą drużynę w tamtych czasach, pewnie by jej nie poznali. Oni byli brudni, spoceni, zarośnięci, a do tego mieli ten szalony ogień w oczach, że aż się bać. Dziś to więcej "techniki", więcej "taktyki", więcej "planu", a mniej tej bezkompromisowej walki, co się pojawiała, kiedy stawało się na tym starym betonie i czuło zapach wilgotnego drewna trybun.
A jednak... pamiętam, jak po jednym z tamtych meczów, na powrót do domu, mijaliśmy grupkę dzieciaków na rowerach, co jechali w kierunku stadionu. Zatrzymali się, patrzyli na nas, a jeden z nich krzyknął: "Hej, wy jesteście z Norwida!". I my, umazani błotem, zalanymi butami i uśmiechnięci po porażce albo zwycięstwie, machnęliśmy im ręką. Dzieciaki te musiały mieć w oczach coś takiego, co sprawiło, że do dzisiaj pamiętam ten moment.
Dziś widzę mnóstwo gadżetów, dużo emocji w social mediach, mnóstwo ludzi na meczach — ale czy oni też czują to, co my wtedy? Że to nie jest zwykły sport, tylko coś więcej? Bo ja czasem się zastanawiam, czy dzisiejsze pokolenie kibiców naprawdę czuje ten sam ogień, co my wtedy, kiedy niebo nad Częstochową płakało tryumfem, a my płakaliśmy razem — nie z porażki, ale z ulgi, że wreszcie coś się udało. 💙⚪
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
siema chłopaki, ja to pamiętam jak dzisiaj ten cholerny mecz z warszawskim AZS-em w '90, no bo byłem tam na trybunie razem z wujkiem Stachem co handlował pierogami przed bramą! 🔥 wiatr taki był, że prawie mi czapkę z głowy zdjął, a on cały czas krzyczał "dajcie im w dupę, chłopaki, ale niech ten biedny warszawiak zapłacze!" no i daliśmy im, no kurde, 3:0 i nie było szans, bo nasz atak leciał jak szatan od swędzenia, a obrona znowu stała jak mur, choć jeden raz ten nowy libero się potknął i omal nie spadł na tyłek — ale nikt nie zauważył, bo wszyscy gapili się na napad.
a najgorsze? po meczu, kiedyśmy szli przez miasto, spotkaliśmy grupkę studentów co się nami zachwycali, a jeden z nich pytał się, czy to my gramy w I lidze, a wujek Stach mu na to: "Nawet nie wiesz, młodzieńcze, że to było mistrzostwo okręgowe, a my mieliśmy za nic zrobione wszystkie drużyny z całej Małopolski!" i facet dosłownie padł na kolana z wrażenia, no a my sobie tylko śmiali, bo wiadomo, kibol nie kłamie, ale te jego oczy mówiły więcej niż słowa.
i teraz, jak patrzę na dzisiejszych chłopaków, to mi się serce ściska, bo oni mają tyle wsparcia, a tamci grali dosłownie dla jednego biletu na tramwaj i kawałka chleba, a i tak daliby radę walnąć w dziób całej Warszawie 💪🤬
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, co ja kurwa wymyślę z tym swoim starym psem na łańcuchu co to mu się w oczach świeciło jak reflektor na starym stadionie — bo pamiętam jak dziś, jakśmy grali z tymi draniowatymi bydgoszczanami w '90 i nasz stary, kurwa, sierściuch wbiegł na boisko w momencie kiedy padł gwizdek ostatni! 🤣
Ten pies, co go nazywaliśmy "Stadion", bo tam się urodził i umrzeć miał na trybunie numer 7, zaczął biegać w kółko jak oszalały, trzymając w zębach starą gazetę od piwa, którą akurat rzucił jakiś kibol z trybuny. Publiczność, zamiast klaskać, zaczęła wyć z radości — a ten pies? Ten pies latał jak szalony po całym boisku, tratując po drodze flary, które ludzie zapalili, i o mało nie przewrócił naszego libero, co to akurat leżał na trawie z bólu kolana!
No i co? Kiedy dogoniliśmy go, ten psiłb miał w mordzie fragment koszulki rywala, którą zerwał z jakiegoś warszawiaka co uciekał przed oszalałym zwierzakiem. Stary trener, co to akurat wtedy wchodził na boisko, zatrzymał się, popatrzył na niego i powiedział: "No proszę, mamy tu nowego członka drużyny — Stadion Drugi!"
Aż do dzisiaj pamiętam, jak ten pies siedział potem na trybunie przy wujku Jurku, który mu rzucał kawałki kiełbasy i mówił: "Ty jesteś nasz, rozumiesz? Nasz do szpiku kości, choćbyś był tylko psim kibolem" 🐕💙⚪
No ale teraz serio, chłopaki — kto z was ma jeszcze zdjęcie z tego meczu? Bo ja szukam fotki tej chwili, bo przecież to była chyba jedyna sytuacja w historii, kiedy kibic z dwoma nogami i jeden z czterema wygrał razem mistrzostwo okręgowe! 🔥🤣
Potrzymaj piwo.
A, no to ja muszę się przyznać… 😅 nawet trochę zazdroszczę tym opowieściom, bo wiem, że u nas w Katowicach nie mieliśmy takich klimatów. Pamiętam tylko, jak mój sąsiad co miał bilet na mecz Lecha kiedyś opowiadał, że cały tramwaj jadący na stadion śpiewał razem "Warszawskie Dzieci", a jeden gość z tyłu wyjął gitarę i zagrał. Ale to była Ekstraklasa, nie jakaś miejscówka — i zawsze czułem, że brakuje tej "swojskości".
Dziwnie się mówi o tych meczach, jakby ktoś opowiadał bajkę, którą znał tylko z opowiadań dziadka. A tu proszę — ludzie piszą, jakby to było wczoraj. Naprawdę tam ci kibice byli tacy… no, nie wiem, jakby wszyscy się znali? Ja wiem, że na moim osiedlu nikt by nie wbiegł na boisko ze swoim psem, ale może to przez to, że my to raczej dopingowaliśmy zza siatki przez komórkę, co ledwo miała zasięg.
Przepraszam, że się wtrącam — ale może ktoś mi powie, czy te stare trybuny w Częstochowie naprawdę były aż takie… no nie wiem, "magiczne"? Bo ja sobie wyobrażam, jakby to było stanąć na takim zdezelowanym schodku, a pod nogami miałbym mokry papier i puste puszki po piwie, ale jednocześnie czuć, że wszyscy tam są częścią czegoś większego. Czy to była taka magia, której już nie da się znaleźć?
Nowy tu, chłonę wiedzę.
Ej, a ja co? Ja tylko pamiętam jak w zeszłym tygodniu poszedłem na mecz rezerw Norwida z jakimś obcym luzem i to było tak: facet obok mnie rzucił w powietrze flarę, która poleciała prosto w rząd za nami, a tam jakaś pani złapała ją jak baseballówkę i odbiła ją z powrotem na boisko 🔥 no kurwa, to było jak w tym opowiadaniu o psie Stadionie, tylko bez futra i z lepszym skutkiem!
A u was to był PRAWIE mecz święty, bo nie dość, że padał śnieg, to jeszcze bimber chlapał po kurtkach jakby ktoś odlał butelkę wprost na was! Ja bym chyba nie przeżył takiego mistrzostwa okręgowego, bo moja wątroba już na sam widok boiska szlochałaby w kąt. Ale no — kto wie, może kiedyś Norwid znów zrobi taki numer i znowu niebo częstochowskie zapłacze tryumfem… tylko tym razem niech ktoś pożyczy mi płaszcz przeciwdeszczowy, bo moja kurtka z Decatlonu pewnie padnie przy pierwszym podmuchu wiatru 😂🍿