Kiedyś myślano, że niebo jest granatowe od naszych szalików, a dziś patrzymy na nie z dumą
no, ale to co teraz zrobiło się na urrze, to chyba najpiękniejsze lato w historii naszego klubu… pamiętam jakby to było wczoraj, jak to jubileuszowe dwadzieścia pięć lat temu wszyscy gadali, że nie doleciemy do play-offów, a my siedzieliśmy pod stadionem, otwarliśmy osiemnaście skrzynek i śpiewaliśmy „kto nie skacze ten nie cieszy się” póki szefowie nie powiedzieli „dość, bo sąsiadom ucho pęknie”. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do cholery ale fajnie się to pisze, jakby odgrzewać latte z tamtym gorącym lipcowym wieczorem pod Uranią 🔥💪 pamiętam jak miałem dwie dłonie pełne chłodziaka, trzy paczki papierosów na ławce i łzy w oczach jak zobaczyłem wynik… rzuciłem wszystkim piwami, że „idziemy POGRZESZĆ TEMPLE i do kibica nie pytać” no i pogrzebaliśmy—DOSŁOWNIE ZAPULPNEWSKĄ ULICĘ WOŁAMY JUŻ TEN HYMN A JAK MŁODY SYN ZAPROSIŁ NA PIERWSZEGO SKOKA TO SIĘ ROZPIŁEM TAK, ŻE CHWILOWO SĄSIAD SŁUŻĄCY W STRAŻY MIEJSKIEJ DAŁ NAM CISZĘ BO ON WIEDZIAŁ ŻE TO JAKOŚ TA…
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej tam, a pamiętasz ten dzień z dwutysięcznego kiedyśmy wracali z meczu z Włocławkiem autobusem, co to prawie go straciliśmy bo jeden koleś zalany w szczęście wsiadł za kierowcę i chciał się ze mną prowadzić? mieliśmy na pace dwóch takich, co to już nie byli całkiem świadomi, a my przez całą drogę śpiewaliśmy "bo wygramy puchar, bo to chyba ten rok" — i dojechaliśmy, i naprawdę wygraliśmy! 😄 no ale zobaczymy, kto jeszcze ma w zanadrzu takie perełki…
Ej, stary, ale fajnie to porównać z perspektywy czasu — bo patrzę teraz na te stare zdjęcia, te wiadomości sprzed dwudziestu lat, i myślę sobie: kurczę, jak to się ma do dzisiejszego składu? No bo tamta drużyna, z dwutysięcznego roku, to była taka… siła natury, nie żadne bajki. Wszyscy mieli jeden cel, jeden szal, jeden huk w gardle, nawet jak autobus ledwo zipał i za kółko chciał wsiadać ten jeden niezupełnie trzeźwy gość. A co charakteru! Graliśmy wtedy tak, że jakby cały Olsztyn zebrał się w jeden organizm i rzucał się na murawę. Pamiętasz, jak ten puchar wywalczyliśmy? Nie było mowy o żadnych "może", "być może" — po prostu: idziemy i bierzemy, a jak nie — to co najmniej piekło.
Ale i ta dzisiejsza ekipa, no… no jest inaczej, to fakt. Nie taka dzika, nie taka nieokiełznana, ale za to bardziej zorganizowana. Oni mają głowy na karkach, wiedzą, jak rozegrać mecz, nie tracą nerwów w kluczowych momentach. Tamta drużyna była… no, jak szalona burza, która leci wprost na przeciwnika i nic jej nie powstrzyma. Ta dzisiejsza — to bardziej skalpel, precyzyjny, skuteczny. Tamci grali na emocjach, na adrenalinie, a dzisiejsi — na taktyce, na doświadczeniu. I coś w tym jest, że jednak awansowaliśmy z taką ekipą, nie?
No, ale jedno jest pewne — tamta drużyna zostawiła w naszym sercu ślad, który nikt nie zetrze. Oni byli jak wielki płomień, który palił się jasno i krótko, ale rozgrzewał całe miasto. Ta dzisiejsza drużyna — to bardziej żarzący się węgiel, który długo oddaje ciepło. I właśnie dlatego to lato pod Uranią było takie piękne: bo złączyło w sobie to wszystko — wspomnienia, marzenia i ten nowy rozdział, który dopiero się rozpisuje.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ wy się teraz zagalopowaliście w te swoje nostalgie jak Stary Autosan po jednym wstrząsie na trasie z Olsztyna do Nidzicy — pięknie, pięknie, ale no kto dzisiaj pamięta, jak to było naprawdę, a nie tylko z tych waszych łez w kuflu piwa? Bo widzicie, ja tam byłem w tym lipcu, co to mieliście te osiemnaście skrzynek pod stadionem, i nie ukrywam — napiłem się tyle, że mój rower do domu prowadziłem nie ja, tylko Onufry z szóstki, ale powiem wam jedno: to nie było żadne niebo granatowe od szalików, tylko zwyczajny, chmurny lipiec, który akurat akurat pękł w momencie, kiedy ten gol padł na samym początku. I co? I wy już mówicie o fenomenie, o cudzie, o tym, jak to niebo miało zadrżeć od naszej radości?
A dacie spokój z tymi dramatami. Ja pamiętam doskonale, jak trzy tygodnie przed awansem Siedlce wygrali 4:0 z Wisłą Puławy, a nasz szef treningowy gadał, że jakby dalej tak grali, to awansujemy do Ekstraklasy, ale nikt mu nie uwierzył. A dzisiaj? Dzisiaj mamy awans, mamy stadion, który huczy, ale nie tak jak kiedyś, kiedy to myśmy mieli dwadzieścia osób na trybunie, a reszta kibiców siedziała w domach i czekała, aż telewizor pokaże coś ciekawszego niż kolejny mecz z udziałem Ruchu Chorzów.
I jeszcze ta wasza duma dzisiejsza. Ej, no dajcie spokój z tą dumą — awansowaliście, no i co z tego? Tamci chłopcy z dwutysięcznego roku, co to autobus omal nie rozbili, bo jeden facet chciał prowadzić, oni awansu nie mieli, ale puchar zdobyli. A dzisiaj? Dzisiaj mamy awans, ale nie mamy jeszcze ani jednego mistrzostwa, ani jednego Pucharu Polski. No więc z której strony na to patrzeć — z dumy czy z niedosytu? Bo ja wolę ten niedosyt, bo on napędza, a wasza duma to taka gruba warstwa lukru na torcie, która może zaraz opaść, jak przyjdzie pierwszy porządny kontakt z ligą wyżej.
I jeszcze jedno: jakie tam „niebo granatowe” — my mieliśmy niebieskie niebo nad głowami, a to zupełnie co innego, bo niebieskie niebo to nie jest żaden symbol naszego klubu, tylko zwyczajny letni dzień. Ale wiecie co? Był chłodniak, był szalik, była radość — i to się liczy. Reszta to już tylko gadanie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no to posłuchajcie co mi się dzisiaj przydarzyło jak szedłem z psem na spacer a ten mój szalony kundel w barku tak się napalił na rurę ściekową że o mało nie pociągnął mnie przez całą ulicę Głowackiego i akurat jak zrywał się do skoku na ten chyba zaklęty kubek po piwie obok ławki kibica to wróciłem do domu z dwoma butelkami i trzema piwami pod pachą bo na szczęście znalazłem skarb pod ławką… no a że to były jeszcze te zgrzybiałe lat dziewięćdziesiąte, to butelka kosztowała tyle co bilet na mecz do Torunia tam i z powrotem 🍻🤣
Potrzymaj piwo.