Kiedy Lechia Gdańsk była królową, a my jej najwierniejszymi poddanymi!
no kurczę, to by mnie znowu stare czasy targnęło... pamiętam jakby to było wczoraj, ten wrześniowy wieczór 1983, lato się kończyło a myśmy nie mogli doczekać na Lechię-Gdańsk. parę razy w tygodniu wchodziłem pod bramy Ergo Areny, bo kibiców było tyle co szpilka w stogu siana, ale za to serca mieliśmy ogromne. ten mecz z Legią... cholera, dopiero co byłem na trybunie i widziałem jak nasi strzelają jak szaleni, pięć bramek w połowie meczu, a potem te nerwy kiedy Legia dopiero co dorwała kolejne gole.
i co? zremisowaliśmy 5:5, a ja potem jeszcze razem z kumplami znowu szliśmy pod stadion, a tam niektórzy już śpiewali "na błoniach", inni pili piwo z butelek w papierowych torebkach, a ja akurat miałem w kieszeni kiełbasę z bułką i czułem się jak król. przez całą noc byliśmy razem, śmialiśmy się, poklepywaliśmy po plecach, nawet obcy ludzie się do nas przytulali, jakbyśmy byli jedną wielką rodziną.
no ale zobaczymy
A mój dziadek to akurat miał ten bilet na tamten mecz w kieszeni od tygodnia, bo facet był typowy zafiksowany na Lechii i mówił "a niech to, jakieś tam Losy, to i tak będę tam walczył o bilet". Siedziałem z nim na trybunie w szaliku z lat 70. z napisem "GDAŃSK DO GÓRY", a on cały czas mamrotał "kurde, Lechu, nie zawiedź" jakby to była modlitwa. I kiedy padła ta piąta bramka naszych, to on wstał jak opętany i krzyczał "TO JUŻ NASZE, CHŁOPAKI!". Potem biegliśmy przez całe Miasto na ulicę Długą, gdzie już ktoś rozłożył radio na ulicy i mówili komentatorzy coś tam o remisie, ale nam było wszystko jedno — byliśmy na szczycie świata! 🔥💪 Pamiętam zapach kiełbasy zrobionej na miejscu, bo sąsiad się uparł i robił ją na ogniu z wózka, a my staliśmy w kółku jak w świątyni. Rano bolało gardło od śpiewania, ale uśmiech nie schodził z twarzy przez tydzień... szczera prawda! 😱
Swoich się nie zostawia.
a te cholerne bilety na 1983 to akurat miałem kupione w tym samym tygodniu co kolega OdMalego_lata90, tylko że ja się dowiedziałem na mieście od starego lotka w knajpie "pod czarnym orłem", który gadał, że będą wpuszczać kibiców na stadion dosłownie na dziko — i tak też było, bo tłumy napierały na wejście za stadionem przy ulicy Walecznych, a policja ledwo zipała.
wpadłem tam z kumpelami z chóru "bieda lechia" i mieliśmy ze sobą ten mały magnetofon na baterie, który miał nagrane nasze piosenki na okrągło — no i zagraliśmy sobie "na błoniach" jeszcze przed meczem, jakbyśmy chcieli dopingować samych siebie.
a kiedy padła ta pierwsza bramka, to jeden facet obok mnie — miał koszulkę z zielonymi pasami — tak mnie objął, że omal nie wylałem piwa z butelki, i powiedział "no wreszcie, cholerny rudy, dobra robota!"... i to była ta chwila, kiedy się zorientowałem, że tej nocy zapamiętam na całe życie, bo nagle wszyscy byliśmy po prostu rodziną, choć niektórzy się ledwo znali.
a rano, kiedy szliśmy w stronę długiej z takim ciężkim uczuciem w klatce, bo nikt nie umiał uwierzyć, że skończyło się 5:5, to jeszcze ktoś krzyknął "heja, chłopaki, jutro znowu tu będziemy!"... i ja pomyślałem, że może właśnie o to chodzi w tym całym kibicowaniu — że to nie tylko o wynik idzie, ale o te chwile, które zostają na zawsze.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Co tam dzisiaj porównywać — jakby ktoś pytał mnie o starego, dobrego kompota w słoiku po ogórkach obok tej nowej "zdrowej" wersji w kartonie z Tesco. Ta Lechia z 1983 to był wręcz fizyczny smak: wilgotny beton stadionu Ergo, papierosowy dym wciągnięty razem z powietrzem, ciepło setek głosów śpiewających równocześnie, a dookoła ludzie z twarzami tak zapalonymi, że można było dotknąć emocji ręką.
Obecna drużyna? To jakby kompot wciśnięty w rurkę ze słomką — wszystko jest tam, wiadomo, że owocowe, ale brakuje tej dawki domowego chaosu, tej przypadkowej nuty spalenizny od ogniska koło trybun, tego uczucia, że naprawdę stoisz w środku czegoś większego od siebie. Wtedy mieliśmy w składzie facetów, którzy grali jakby mieli do oddania długi rodzinie, nie jak zawodowcy w kolorowych strojach do prania. Tamten mecz z Legią to nie był zwykły remis — to była pieczęć na życiu kibica, taka, którą potem całuje się przez dekady.
Dziś kibice na trybunach są wprawdzie bardziej zorganizowani, fajerwerki fajniejsze, a transmisja w 4K nie mruga, ale gdzie się podział ten konkretny rodzaj szaleństwa, gdy za cenę biletu kupowało się nie tylko dostęp, ale i możliwość wsadzenia nosa w każdą sprawę klubu? Gdzie ten smak kiełbasy zrobionej na miejscu, którą jadło się między innymi z gazetą na kolanach, bo nikt nie myślał o elegancji — ważne, że trzymała się w ręku?
Zostaliśmy piłkarskim fanklubem z marketingu, a oni — wtedy — byli normalnymi chłopakami z ulicy, którzy biegli na mecz prosto z huty albo stoczni. I to właśnie tamtego wieczoru czuło się, że nie liczą się podania ani pressing, tylko to jedno: że Lechia Gdańsk to my, wszyscy razem, a nie jakaś marka do sprzedania w sklepie internetowym.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Kurde, Zosia, ale mnie dzisiaj rozwaliło — a co tam dzisiaj porównywać, jakby ktoś pytał mnie o starego, dobrego kompota w słoiku po ogórkach obok tej nowej "zdrowej" wersji w kartonie z Tesco. Ta Lechia z 1983 to był wręcz fizyczny smak: wilgotny beton stadionu Ergo, papierosowy dym wciągnięty razem z powietrzem, ciepło setek głosów śpiewających równocześnie...
Ale kurde, no właśnie — skąd ty wiesz, że tamtego wieczoru nie było nikogo, kto jednak kiblował ten mecz na śmierć i życie, a potem podzielił się z kimś butelką taniego "/std" tak, że do rana obaj waliliśmy zieloną taśmę w ryzach? Ten "kompot w słoiku" to fajna metafora, ale pamiętasz, jak ostatnim razem byłem na tym nowym meczu z Wiślą, gdzie wszyscy mieli kurtki z logo i gadali o "doświadczeniu kibica" jak o zakupie przez Allegro? Aż mi się w żołądku skręciło, bo tam na trybunie byli faceci, którzy naprawdę wiedzieli, co to znaczy "Lechia Gdańsk" — nie z reklamy, tylko z ulicy.
I jeszcze coś: mówisz, że brakowało tej przypadkowej nuty spalenizny od ogniska koło trybun... no ale pamiętasz, jak przed tym remisu z Legią mieliśmy to ognisko nie przy stadionie, tylko na Placu Wolności, bo ktoś przywiózł drewno z budowy? I wszyscy gapiliśmy się na transmisję w radiu jak na wyrok boski, a jak padła kolejna bramka, to ktoś rzucił na ognisko całą paczkę kiełbasek, żeby "leciał dym na niebo i nasi widzieli, że jesteśmy z nimi"?
Nie mówię, że teraz to złe — fajne rzeczy się dzieją, a te flagi są teraz takiej wielkości, że można je używać jako płachtę ratunkową — ale tamtego wieczoru mieliśmy coś, czego dziś brakuje: nieporadność. Teraz to wszystko jest jak dobrze zaplanowany show, a wtedy mieliśmy chaos, który miał w sobie tyle samo radości co bólu gardła następnego dnia. I właśnie o tę nieporadność chodzi — że nikt nie wiedział, co będzie, a i tak wszyscy byli szczęśliwi, bo byli razem.
A tak w ogóle... to który z was pamięta, jak po tym meczu jeden z naszych strzelców, tamten chudy chłopak z Żabianki, poszedł z nami do "Pod Ratuszem" i przez pół godziny opowiadał nam o tym, jak jego ojciec dostał bilet od jakiegoś pana, który akurat pracował w biurze rezerwacji, bo ojciec był gościem, co to naprawiał mu lodówkę? Prawdziwy kibic to nie taki, co zna statystyki, tylko ten, co zna historię — nawet tę głupią, z kiełbasą i zieloną taśmą. 😂
xG > emocje.
A jak mnie jutro nie ma na trybunie, to przecież wiecie, że to przez tego jednego faceta, co to pił swoją flaszkę z "zielonej broni" akurat pod moimi nogami, a potem mnie oblał, bo "żeby ciepło odczuło mi serce na ten mecz".
Ale serio — byłem tamtego wieczoru z kumplami w "Ratuszowej" jakieś pół godziny przed meczem, bo akurat mieliśmy z sobą swojego "eksperta od ogni" — starego Józkę, który twierdził, że znał ogniwo od Piłsudskiego i potrafi rozpalić ognisko tak, żeby dym szedł prosto w kierunku Legii, żeby im "zakręciło w nosach".
No i oczywiście: rozpalił je tak, że w połowie meczu pożar alarmowy był, a my się gapiliśmy na dym, który unosił się nad stadionem, i jeden z naszych facetów krzyczał "no wreszcie, kurde, teraz Legia będzie musiała grać w tej chmurze!"
Potem jeszcze skoczyliśmy do baru po kiełbasę, a ja akurat zapłaciłem dziesięć złotych, bo kelnerka powiedziała, że "to za dym i emocje", a ja myślałem, że to żart... do dzisiaj nie wiem, czy to była prawda, czy nie. 🤣🔥🍿
Memy to też analiza.