Kiedy granatowy kurz osiadał, a tłum wrzeszczał: "Stal, Stal, Nysa to twój dom!
pamiętam ten finał jakby to było wczoraj – miałem 27 lat i nigdy nie czułem się tak dumny jak wtedy, kiedy staliśmy razem na trybunach i śpiewaliśmy, że nysa to nasz dom. mój brat z bratanicą mieli na sobie granatowe szaliki, a ja raz po raz zaglądałem do kieszeni po kolejnego fajfuna, bo nerwy były tak wielkie, że ledwo się powstrzymywałem przed rzucaniem się w objęcia kumpli jak szalony. potem, kiedy schodziliśmy z trybun na murawę, ten kurz był wszędzie – na butach, w włosach, nawet w oczach, i wszyscy wrzeszczeliśmy „stol nie padnie”, a ja czułem, że w tej chwili jesteśmy jedną wielką rodziną. tamtego dnia nie chodziło o żadne trofeum, tylko o to, że w końcu coś nam się udało, choć świat o tym zapomniał. i do dzisiaj jak ktoś pyta, co pamiętam najbardziej, to mówię: ten kurz, ten wrzask i te uściski na murawie – no ale zobaczymy, może kiedyś znów poczujemy taki dreszcz…
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A KURA NIE BĘDZIE PIŁOWAŁA! 😤🔴 Pojechałem tam z moim kumplem wyskoczykiem z liceum, co to nie raz pamięta ten mecz na miejscu, bo on ze swoimi starymi mieszkał pod samymi murami na stadionie, a ja? Akurat akurat – mój wujek był wtedy w zarządzie, więc dwa bilety mi się upolowały na szczęście. Ale pierdoły! Kiedy ten sygnalizator się zapalił i sędzia gwizdnął na rozpoczęcie… kurwa mać, ten kurz posypał się jakby ktoś na nas wrzucił worek granatowego pyłu, a my od razu wbiegliśmy w te wrzaski „STAL DO GÓRY!” 💪🔥 Widzisz, kiedy weszliśmy na te trybuny to było tak ciasno, że ledwo się dało oddychać, ale nikt nie miał czasu na to – wszyscy rzuciliśmy się do śpiewania, że nysa to nasz dom, a serce tak waliło, że myślałem, że lada moment wyskoczy mi przez koszulkę! A potem jak padł ten gol i wszyscy runęliśmy na murawę… cholera, ten kurz jeszcze bardziej siadł, wszędzie go mieliśmy – włosy, usta, nawet w butach skrzypiało jakbym wszedł w piasek plażowy. I te uściski! Facet obok mnie, którego w życiu nie widziałem, podniósł mnie za nogi, a ja mu potem pomagałem wylizać kurz z oczu. Do dzisiaj jak widzę granatowe szaliki na trybunach, to aż ciarki przechodzą – bo tamtego dnia poczuliśmy, że jesteśmy czymś WIĘCEJ niż kibolami, tylko prawdziwą rodziną pod granatowym sztandarem. PS: Mój wujek aż dzisiaj się z tego śmieje, że jego bratanek z trudem chodził następnego dnia z powodu zakwasów w nogach od tańczenia na trybunach 😂💪
W radości i smutku, do końca z nimi.
no i pamiętam, jak jeszcze zanim tam weszliśmy, staliśmy pod stadionem i kolega z akademika mówi mi: "poczekaj, jeszcze ci dam tę gazetkę lokalną, gdzie na pierwszej stronie wiadomość o naszym meczu". no to ja mu na to: "a co ty, sądzisz że mamy szansę?" a on mi: "nie, nie chodzi o szansę, tylko o to, że jak tam wejdziemy, to pierwszy raz od wieków ten nasz granatowy kurz uniesie się naprawdę głośno". i wiesz co? kiedy już szliśmy tymi betonowymi korytarzami, czułem, że każdy krok to coś więcej niż marzenie – to było jakby całe lata kibicowania, te porażki, te remisy, te piwko po meczu z kumplami, które zawsze kończyło się tak samo: "no, następnym razem"… a tamtego dnia te "następnym razem" w końcu coś znaczyło. jak już stanęliśmy na trybunach i zobaczyłem te wszystkie granatowe punkciki wokół, a potem ten kurz posypał się jakby ktoś odkopał stare wspomnienia, to mnie aż zatkało – bo nagle zrozumiałem, że nie chodzi o żaden puchar, nie chodzi o żadną laurkę, tylko o tę chwilę, w której staliśmy razem i wiedzieliśmy: dziś nikt nas nie zatrzyma. i potem, kiedy padł ten decydujący gol, a my z tej drugiej strony trybuny zobaczyliśmy, jak nasi rzucają się w objęcia… cholera, chyba nikt nie krzyczał tak głośno jak ja, bo miałem w ustach tego fajfuna, który zdążyłem wcisnąć w kieszeń, i ten kurz tak mnie uderzył w twarz, że musiałem go wypluć, ale i tak było warto. do dzisiaj jak jadę przez Nysę i widzę ten stadion z daleka, to aż się uśmiecham – bo tamtego dnia poczuliśmy, że ta granatowa plama na mapie to nie tylko drużyna, tylko coś, co nas wszystkich łączy, nawet jak się rozjeżdżamy po całej Polsce. a mój stary mówi, że od tamtej pory w każdej kolejce na meczu patrzy w niebo i mamrocze: "kurwa, pamiętasz ten kurz?" i ja mu zawsze odpowiadam: "oj tam, tato, pamiętam nawet zapach tych szalików po myciu" 😄🔥
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do licha, a co tu niby porównywać – tamten zespół to była piekielna maszyna do walki, a nie jakaś tam dziś gromadka facetów w granatowych koszulkach. Tamci chłopcy grali jakby mieli w dupach zapałki, a przy tym jeszcze umieli posprzątać po sobie – nie tak, że biegali jak oszalali i nic więcej, tylko naprawdę umieli pomyśleć, zrobić coś skutecznego i potem jeszcze poklepać kumpla po ramieniu. Tamtego dnia nie było żadnego "a nuż się uda", bo oni po prostu WIEDELI, że to ich dzień, i tyle.
Dzisiaj? No cóż… widzę, jak nasi walczą, jak biją się na ryj, ale czy to samo wrażenie? Jakbyśmy mieli drużynę, która gra na emocjach, ale niekoniecznie na mózgu. Pamiętam, jak tamci faceci potrafili wbić gola w 89 minucie, bo po prostu mieli ten luz, że szkoda czasu na kombinowanie – strzelili i koniec. A dzisiaj? Widzę sporo bicia piany, ale czy to rzeczywiście działa? Też lubię, jak ktoś się napoci na boisku, ale nie oszukujmy się – kibicowanie to też trochę wiara, że te wysiłki dadzą efekt.
Tamten finał to była jedna wielka rodzina pod granatowym sztandarem, gdzie każdy wiedział, co robić. Dzisiaj? Fajnie się bije na trybunach, fajnie się śpiewa, ale czy ta drużyna gra już dla nas wszystkich, czy jednak dla paru wybrańców zza biurka? Nie mówię, że obecna drużyna jest beznadziejna – nie, walczą, dają z siebie wszystko, ale tamten zespół miał w sobie coś, co trudno opisać. Może to te lata ciężkiej harówki, może ta świadomość, że skoro nikt inny nie wierzy, to my musieliśmy być lepsi od całego świata.
I jeszcze jedno – tamci chłopcy mieli w sobie taką charyzmę, że ludzie przychodzili nie tylko na mecz, ale na WIELKIE wydarzenie. Dzisiaj kibice przychodzą, dopingują, ale czy to już nie stało się zwyczajką? Chciałbym zobaczyć kiedyś znowu taki kurz, taki wrzask, taką pewność, że dziś albo nigdy. Bo teraz to często jest "może, może, może", a tamtego dnia to było po prostu "DZIŚ JEST NASZ DZIEŃ".
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A ja to sobie do dzisiaj pamiętam jak dziś ten smród smażonych kiełbasek z budy przy stadionie, co to taki jeden gość całymi płucami krzyczał "dajcie temu zwierzakowi kabanosa!" i w międzyczasie machał pomarańczowym kabanosem w stronę trybun 😂🔥 Był jeszcze ten moment, kiedy po golu ten kurz takiego bijaka walnął w oczy, że facet obok mnie klął na całe gardło, a ja mu plułem piwem w twarz ze śmiechu, bo wszyscy waliliśmy się po plecach. A ten jeden stary w granatowej czapce podskakiwał jak oszalały i ciągle powtarzał "już my im pokażemy, jeszcze zobaczą jacy jesteśmy!" - i naprawdę tak było! Potem jak schodziliśmy z trybun to jeszcze śpiewaliśmy na cały regulator, że "Stal nie padnie", aż nam gardła zachrypiały. Do dzisiaj jak idę obok naszego stadionu, to jeszcze czasem czuć ten zapach kiełbasek i słyszę te wrzaski - no i serce mi bije tak samo mocno jak wtedy ❤️🔴💪
Jeden klub, jedno życie ❤️
a co, jeśli komuś się zdaje, że tamtego finału nie było? że to jakaś bajka wymyślona przez starych pierników? no bo patrzcie – ja wtedy miałem w nyskim sklepie sportowym swoje stałe miejsce za ladą, i pamiętam jak wpadł do mnie taki jeden gościu z za miast, pyta: „słuchaj, a w Nysie naprawdę był taki mecz, że wszyscy śpiewali i kurz leciał?”. a ja mu na to: „kurwa, facet, ja w tym kurzu nie widziałem nic prócz czapek naszych kibiców i butów naszych zawodników – i to mi wystarczyło”. ten kurz to nie był zwykły pyłek, to była nasza krew, pot i łzy wyssane z kibicowania przez lata, a on nagle miał się zmienić w czystą logikę? żebyście wiedzieli – tamten finał to była wojna, tylko bez krwi, i myśmy ją wygrali razem, bo nikt nie siedział z założonymi rękami na trybunach. a dzisiaj? no cóż, ludzie przychodzą, dopingują, ale czy który z tych młodych wie, że kiedyś za bilet trzeba było stać w kolejce całą noc, a szalik kupowało się nie na allegro, tylko u cioci Joli na straganie pod stadionem? tamto było coś innego, i nic tego nie zastąpi – ani najgłośniejsze śpiewy dzisiejszych dni, ani nawet ten kurz, który teraz sypie się oszczędnie. bo tamtego dnia granatowy kurz osiadł na naszych sercach, i niech ktoś spróbuje go zdmuchnąć… no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ej ty, a mój stary do dzisiaj żartuje, że tamtego dnia to nie kurz osiadł na trybunach… tylko moja koleżanka ze szkoły podeszła do mnie z kubkiem herbaty i rzuciła „no weź, przecież ty nie pijesz herbaty, tylko fajfuna, idź coś zrób z tymi nerwami” 😂🔥 i puściła mnie samego w tłum z dwoma papierosami w kieszeni i kubkiem gorącego „zielonego” w ręku. po meczu wracałem do domu pociągiem, a jeden starszy pan mnie poznał i mówi: „słuchaj, no, ale ten twój fajfun to chyba jednak na coś się przydał, skoroście wygrali?” i ja na to: „no kurwa, nie tylko fajfun, bo i kubek herbaty się skończył na murawie” – a on na to: „dobra, dobra, następnym razem bądź lepszy i weź kubek na sznurku” 🤣 no i jeszcze ten zapach granatowego pyłu w włosach przez tydzień – moja matka myślała, że wdycham proch z fajerwerków i szukała u mnie śladów narkotyków przez miesiąc!
Potrzymaj piwo.