Kiedy górnik z dumy, a kibic z serca: jak Kędzierzyn-Koźle grał, by Bóg się schylał!
pamiętam te derby jakby to było wczoraj – byłem wtedy na trybunie numer trzy z synem, miał może ze sześć lat, taki maluch, który dopiero co nauczył się liczyć do dziesięciu. cały mecz siedział jak sroka w kość, noga za nogą, nie mógł uwierzyć, że ojciec ma rację, że „dzisiaj wyjdziemy z tego remisu”. a tuż przed końcem, kiedy już naprawdę myślałem, że odbębnimy ten „nie przegramy”, ale i nie wygramy – trach! ten rzut rożny, ten cholerny lift z linii autowej, piłka wlatuje prosto w pierwszy szereg na naszej trybunie. ojciec podniósł gońca w górę, synek krzyknął „tato, gol!” i przez pięć sekund zapomniałem, że jestem dorosłym facetem na trybunie – zrobiłem z dzieciakiem pajacyki jak szalony. wszyscy wokół śmiali się i klaskali, a ten maluch jeszcze przez tydzień powtarzał każdemu, że on „pomógł” strzelić tego gola.
takie chwile to nie są statystyki ani tabele, to jest magia. tak grało się kiedyś – nie po to, by komukolwiek coś udowodnić, tylko żeby wsiąść w ten wagon i jechać razem, razem z kibicami, razem z zespołem, razem z Bożą interwencją tamtego wieczoru. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no do cholery, Mateusz_Gornik176, ty mi teraz te łzy do oka cisniesz jak ten lift w 89. minucie, 😭💙 ja akurat wtedy byłem na trybunie numer JEDEN, tam gdzie zawsze stoi ta cała banda kędzierzańskich z transparentem „GÓRNIK MA GŁOS, MY SIĘ ŚMIEJEMY!”… i akurat ten cholerny rzut rożny, boże, nie wiem jakim cudem ale ja w tej chwili STANĄŁEM prosto w ławce, podskoczyłem tak wysoko że prawie strąciłem z głowy czapkę z logo klubu, i wrzeszczę „JEST!”… a tu nagle cała trybuna JEDEN ROZUM traci rozum i leci w dół schodami bo wszyscy biegli do płotu żeby jeszcze ręką dotknąć piłki… no i ta duma, że mój synek w tym momencie krzyknął „Tato, tata, gol!”, a ja mu na to „No widzisz, synku, to właśnie dzięki tobie!” bo przecież bez kibiców nie byłoby tej magii… 🔥 teraz te chwile to skarby, kurwa, co?
W radości i smutku, do końca z nimi.
a ten cholerny mecz z Prochowiczanami w osiemdziesiątym siódmym, kiedyśmy walczyli o utrzymanie, a oni mieli w składzie tego ich napastnika co to gadał, że „Kędzierzyn-Koźle będzie grał w ekstraklasie tylko na oczach” – no to myśmy mu wtedy wszystkie okna w budynku przy stadionie oblepili hasłami „WIDZĘ WAS NA ZIELonej!”, ale nie było mowy o zwykłym hejcie, bo akurat w tym sezonie piłka była taka krnąbrna, że ledwo przegrywaliśmy z najsłabszymi, a tuż przed końcówką – szalona akcja od strony lewej flanki, podanie do woleja zza pola karnego, ten cholerny lift przelatuje nad ich bramkarzem, a nasz Adamczyk, stary dobry „Żaba”, wybiega z piętnastki jakby go diabli gonili i głową wbija piłkę do siatki… a ja akurat stałem z tyłu trybuny numer dwa, tam gdzie zawsze rozmawiamy z paroma kolegami o piwie i życiu, i nagle cisza, niektórzy z nich nawet rzucają te papierki w powietrze, a ten nasz Adamczyk podbiega do rogu, daje taki gest „wszystko już dobrze”, i ten cały stadion, który przez pół meczu siedział jakby ktoś im nogi poderwał, po prostu wstał i zapytał: „co tam u was, chłopaki?” – a ja w tym momencie pomyślałem, że właśnie w tym jest ta cała magia, nie w słowach, nie w liczeniu punktów, tylko w tym jednym momencie kiedy naprawdę wierzy się, że coś się da uratować… i ten gol wtedy to był taki sygnał, że do samego końca trzeba wierzyć, bo Bóg lub kto tam nad nami ma czasem słabość do górników i ich kibiców 😄 no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, Mateusz_Gornik176, Wujekwie, a ty pamiętasz, jak to kiedyś naprawdę było? Te wszystkie gole, które wygrzebywaliśmy spod nosa faworytom, te chwile, kiedy kibice byli tak naprawdę trzonem drużyny? Dzisiaj to trochę inny świat, przyznaję.
Tamci chłopaki grali z takim... no nie wiem, z takim ogromnym poświęceniem. Każdy mecz to była walka nie tylko na boisku, ale i poza nim – kibice na trybunach, rodziny, całe miasto siedziało jak na szpilkach, bo wiedziało, że każda bramka może przesądzić o wszystkim. Dzisiaj nie ukrywam, że brakuje tej pazerności, tej wściekłości na własną porażkę. Tamci górnicy wchodzili na boisko, jakby mieli w rękach coś do udowodnienia, a nie tylko kontrakt do podpisania.
Z drugiej strony, nie oszukujmy się – dzisiejsze zespoły mają większe zaplecze, lepszych trenerów, młodych, którzy naprawdę umieją grać. Tamci musieli sięgać po tricki, po te wszystkie liftingi z rzutów rożnych, po dramatyczne finisze w 89. minucie, bo po prostu nie było innej opcji. Dzisiaj te tricki to już rzadkość, bo drużyny są bardziej zorganizowane, a taktyka czasem ważniejsza od serca.
Ale właśnie w tym sercu było coś, co dzisiaj się gdzieś zgubiło. Tamci kibice byli tak naprawdę szóstym zawodnikiem, a dzisiejsi... no cóż, bywa, że wrzucają pieniądze na trybuny, liczą, że to wystarczy. Tamci nie potrzebowali statystyk ani planów B – po prostu grali, kibicowali, wierzyli i nie odpuszczali. A my dzisiaj? Czasem zapominamy, że kibic to nie klient, tylko część drużyny.
Pamiętam, jak mój stary opowiadał mi, że kiedyś kibice przychodzili na stadion nie po to, żeby oglądać piłkarzy, tylko żeby być razem, żeby dać drużynie sił. Dzisiaj to częściej show, reklama, merchandising... A my? My przecież nie zmieniliśmy się tak bardzo, prawda? Nadal jesteśmy tym samym Kędziorem, który dusi w garści bilety na derby, nadal bijemy się z tymi samymi facetami po meczu, nadal śpiewamy te same piosenki. Tylko ta piłka czasem nie pamięta, że powinna się nami przejmować.
No ale dobra, nie bądźmy zbyt smutni – przynajmniej mamy co wspominać. I może kiedyś znów coś takiego się zdarzy, że stadion zatrzyma oddech, a my wszyscy razem krzykniemy „Jest!”. Bo w tym całym szumie, w tych wszystkich nowoczesnościach, jedno się nie zmienia – prawdziwi kibice zawsze będą kimś więcej niż tylko widownią. Wystarczy, że raz staniesz w tłumie i poczujesz tę energię, a od razu wiesz, dlaczego to wszystko jest warte zachodu.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no a ja pamiętam ten cholerny mecz z Resovią w 97 jak dziś... tamte kibice byli tak napaleni że na trybunie numer cztery dosłownie wisieli nad płotem, a jeden facet w średnim wieku cały czas dmuchał w te swoją tubę z obu rur, że hej, już na rozgrzewkę miałem ochotę dołączyć! i jak ten rzut rożny w ostatniej minucie, no totalne szaleństwo... trafił się ten nasz Lewandowski, który akurat wyskoczył jak szaleniec na aut, złapał piłkę zanim odleciała poza boisko i od razu wślizgnął się na rzut wolny... a ten ich bramkarz tak spanikował że nawet nie wiedział gdzie ma stawać! i ta piłka prosto w pierwszy słupek, a my wszyscy na trybunie numer cztery podskoczyliśmy tak wysoko że chyba to słychać było na drugim końcu stadionu... i ten facet z tubą darł się „TO JEST NASZE MIASTO!” aż mu cebula w oku pękła 😂💛🖤... a potem idziemy wszyscy do środka i nagle wiatr wieje tak mocno że transparenty latają jak szalone, no ale nikt nie zwracał na to uwagi bo mieliśmy przecież ten gol w kieszeni i ratował nas przed spadkiem... taka siła to się nie powtarza, serio, dziś takie emocje to już rarytasz
Akurat w tym meczu, kiedy to ten cholerny lift z rzutu rożnego w 89. minucie leciał akurat nad moją głową – akurat stałem tam z piwem w jednej ręce i papierosem w drugiej, bo przecież kto by się spieszył do picia przed takim spektaklem – no i ta piłka trafia prosto w moją czapkę z napisem „GÓRNIK DO GRABIA”, a ja jeszcze zdążyłem krzyknąć „ej, ja tu jestem z fajką, nie z siatką!” 🤣 ale cóż, rozumiem, że na trybunie numer pięć nie ma co liczyć na elegancję, liczy się efekt. A jak ten gol padł, to nawet papieros wypadł mi z zębów, bo skoczyłem tak wysoko, że nogawka od spodni oderwała się od buta... ale w sumie, kto by się przejmował ubraniami, kiedy ratuje się czwartą ligę? Teraz moja żona ciągle mówi, że powinienem był chociaż tę czapkę jako pamiątkę przechować, ale no... szkoda gadać, wtedy wszyscy byliśmy zbyt zajęci świętowaniem, żeby myśleć o jakichś gablotach! Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby ten lift poleciał akurat nad trybunę gości – oni by pewnie myśleli, że to jakaś kara za ich kibicowanie! 😂💙🔥
Potrzymaj piwo.