Kiedy duma Bełchatowa szła w taniec po życie całe — historia w skrócie z przerysami i…
pamiętam ten lipiec roku dwa tysiące dziesiątego, jakby to było wczoraj — akurat na obozie z żoną w górach mieliśmy radio przyczepione do namiotu, bo telewizji nie mieliśmy, co? no i leżę wieczorem pod gwiazdami, słychać tylko szum lasu, a tu naraz wrzask na cały obóz: "bełchatowiaków biją!". no co ty, myślałem że ktoś tam walczy na noże albo co, bo radio na żywo grało — a tu nagle sędzia w bełchatowskich barwach daje karnego na ŁKS i wszyscy rzucają się do siebie w objęcia, że już po meczu. no ale oczywiście, że nie trafili — bo jak? kiedyś w piłce karne to była sztuka albo łut szczęścia, a nie dzisiejsze "ręka i już". no i zapamiętałem ten kontrast: radość w radiu na początku, a potem cisza, jakby ktoś klapnął ze strachu, że jednak stracimy — a potem ta zagrywka od środka, ta piłka lata jak oszalała, zawodnik wyskakuje i strzela, a trybuny pękają od śpiewów. no i ten wynik 2:1, jakby ktoś naszym powiedział: "nie przejmujcie się, my i tak wygramy". a kibice? bez przerwy śpiewali hymn, jakby od samego początku wiedzieli, że to nasz mecz, a nie ich. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ja w sobotę tamtego wieczora stałem na trybunie za bramką, jak ktoś, co ma serce na dłoni — bo przecież Bełchatów to nie liga, to nasze życie! Wszyscyśmy szaleli, że karny, a tu bomba — niesprecyzowany strzał, i cisza taka, że słychać było tylko szum deszczu na blachę. A potem ten cios w serce, jakby ktoś odjął tlen z powietrza. Myślałem: "kurwa, to jednak dzisiaj przegramy, skoro nawet karniak nie działa". Aż tu nagle — ktoś rzucił się do ataku jak szalony, i wiadomo, kibole krzyczeli jeszcze głośniej niż zwykle, bo wiedzieli, że coś się święci. I ten gol — GOOOLLLL! — a trybuny tak zagrzmiały, że chyba słychać było to nawet w Warszawie! A potem już było tylko świętowanie, bo Bełchatów nigdy nie umiera, tylko wstaje z kolan — i to z hukiem! 🔥💪😱
W radości i smutku, do końca z nimi.
a co powiecie na taką scenkę z osiemdziesiątego drugiego roku, jakieś tam derby z Wartą Poznań na stadionie przy ulicy Konstytucji 3 Maja, gdzie przyjechał cały powiat bełchatowski nie wiem już jakim busem albo ciężarówką — pamiętam, bo ja akurat byłem wtedy za młody żeby pić browara, ale mój stary brał mnie ze sobą, że niby na powietrze, a tak naprawdę na mecz. lecimy trybuną, a tam już taki tłum, że ledwo się przecisnąć, powietrze gęste od papierosowego dymu i zapachów kiełbasy z rusztu, a kibole obok śpiewają "bełchatowskie orły, do boju wstały". no i dochodzi do karnego — nie wiem już dla kogo, ale ten moment, kiedy sędzia gwizdał, a myśmy wszyscy wstrzymywali oddech, że teraz albo nigdy — i trafia — i jest 1:0, a ludzie podskakują jak szaleni, aż mojemu starymu wypadł papieros z ust, który poszedł z dymek na trybunie, a on nawet nie zauważył, tylko krzyczał "jeszcze jeden! jeszcze jeden!". no a potem ten mecz, te ulewy, błoto po kostki, i nasz obrońca — może ktoś pamięta, tego starszego, z brodą, co miał ksywkę "dziadek" — on tak zagrał, że trzy razy wyciągnął piłkę spod nosa napastnikom warszawskim, a na koniec gola w ostatniej minucie. i ja, mały gówniarz, płakałem z radości, bo to nie był tylko gol, to była zemsta za wszystkie lata, kiedy Bełchatów musiał się bilić o każdy punkt. a teraz patrze na was i myślę — cholera, właśnie takie chwile zapamiętuje się na całe życie 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A pamiętacie, jak w tamtym meczu z ŁKS-em ten rzut karny to była nie tyle szansa co wręcz symbol całej epoki? Dziś, kurde, karne to już nie zagadnienie emocji tylko obliczenia — facet wstaje, wbija i już, koniec tematu. Tamten Bełchatów to był klub, który walczył z każdym punktem niczym garstka górników przeciw maszynie, a dzisiejszy... no cóż, dzisiejszy Bełchatów to zespół, który wie, że nie ma już miejsca na cudowne motywacje kibiców, bo muszą brać sprawy we własne ręce.
Tamci chłopaki grali jakby odbijali się od ściany — dosłownie, bo stadiony były betonowe, a kibice waliły taką falą, że powietrze drżało. Teraz to już nie "życie całe" na trybunach, tylko kilka godzin w tygodniu, i to jeśli akurat mecz wypada w dogodnym czasie. Pamiętacie, jak na trybunie przy bramce trwało się cały mecz, a nie od piątej minuty po golu i do końca? Tamci kibice mieli w sobie coś, co dzisiaj ciężko znaleźć — tę wiarę, że zespół walczy nie dla punktów w tabeli, tylko dla dumy miasta, które dosłownie oddycha siatkówką.
A zawodnicy? Tamci biegali jakby każdy skok mógł być ostatnim, a dzisiejsi mają więcej luzu, bo wiedzą, że w razie czego zapłacą sobie za przerwę kawą i obejrzą powtórkę. Nie krytykuję — po prostu mówię, jak było i jak jest. Wtedy Bełchatów to była walka, dzisiaj to gra, i to też jest coś wartego uwagi. Tyle że brak tej magii, kiedy kibice myśleli, że strata karnego to koniec świata, a tu nagle okazuje się, że koniec świata to dopiero początek.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No dobra, ale niech no ja wam powiem — w osiemdziesiątym pierwszym byłem jeszcze na tyle mały, że mój dziadek brał mnie na mecz w nosidełku. Dosłownie! Siedziałem w tym worku jak śliwka w kompot, a on gadał do mnie co chwila: "Patrz, Jurek, patrz, bo to może być twój pierwszy gol w życiu!". I co? Karnego nie było, ale dostałem gumowego kawałka od kibola za bramką, bo strzeliłem za mocno w trybunę — i nikt nawet nie zauważył, że to ja. Potem jak już wyszedłem z nosidła, to próbowałem strzelić z dystansu i trafiłem w sufit podtrybunowy, a jeden z kolegów krzyczał: "Ileś tam lat osiemdziesiątych, ale strzał klasy!" 🤣 Aż mi się wstydzić zrobiło, bo mama potem pytała, dlaczego jestem oblepiony pyłem cementowym. No i tak oto przez ten karny to my, Bełchatów, straciliśmy szansę na sławę, ale zyskaliśmy przyszłego kibica, który ma teraz na koncie tylko jeden celny rzut — w kierunku kebaba po meczu 🍿💥
Potrzymaj piwo.
no ale sie rozpisaliście! 🔥 ja w tamtym meczu z ŁKS-em byłem na trybunie i kiedy sędzia gwizdnął na karnego to mój sąsiad kazał mi się schylić bo miał "pewne źródła" że karny będzie niecelny 💀 a tu nagle ten strzał w poprzeczkę i cisza jak makiem zasiał, a ja myślę "kurwa, dzisiaj padniemy, skoro nawet szczęście od nas odeszło" — AŻ TU NASZ CHŁOPAK RZUCA SIĘ DO ATAKU JAK SZALONY I WPADA TEN GOOOLLL!!! i trybuny trzęsą się jak wariat 😱 a kibole tak zagrzmieli że myślałem że dach odleci 🚨 no i ten huk w uszach jeszcze długo potem był, chyba nigdy nie czułem takiej ulgi! Bełchatów to nie jest żadna szansa ani łut szczęścia — to MY, i my walczymy, i tyle! 💪🔴 niech wam się nie zdaje że dziś jest inaczej bo my wciąż jesteśmy tą samą drużyną co wtedy! klasa robi swoje i niech sobie ktoś innym gada co chce!
ej no ale coście się tak rozpisali, jakby to był mecz finałowy mistrzostw świata, a nie zwykłe derbowe szaleństwo w Bełchatowie — przecież to codzienność tamtych czasów! ja akurat siedziałem wtedy na trybunie przy szatni, dokładnie w tym samym miejscu co w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim, jakieś tam I liga, a Bełchatów walczył o utrzymanie z jakimś tam Śląskiem — pamiętam, bo mój stary dostał wódę od kumpla, który miał "pewne źródła", że dziś wygramy, a tu nagle sędzia gwizdał karnego i wszyscy myśleli: "no wreszcie, teraz się rozkręcimy" — tylko że ten napastnik, co dostał karnego, to był ówczesny "Burek", tak go nazywali, bo biegał jakby miał żelazne nogi, a strzelał jakby mu ktoś podkładał dynamit pod stopę. no i trafił, ale nie w bramkę, tylko w poprzeczkę, a ja akurat miałem wtedy papierosa w ustach i z wrażenia upuściłem go na trybunę, a ten papieros poszedł z dymkiem w dół i spalił faceta na dole za moimi plecami, który krzyknął: "kurwa, to już nie ta klasa co kiedyś!". no i potem ten gol z rzutu wolnego, piękny, prosty, taki jakby ktoś kopnął piłkę wprost w serce przeciwnika — a ten Grzesiek_zLegii gadał o nosidłku? ja bym gadał o tym, jak nasz obrońca, ten starszy, co miał ksywkę "Tata", to on w ostatniej minucie wyciągnął nogę i ściągnął piłkę sprzed nosa napastnika jakby robił to na co dzień, a nie raz na dziesięć lat. no i potem już nie wiedziałem, co się dzieje — kibole śpiewali, deszcz lał, a ja myślałem: cholera, dlaczego dzisiaj nie ma takich momentów? albo są, ale już ich nie widzimy, bo patrzymy tylko w telefon, a nie w oczy kibiców dookoła.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No dobra, ale niech no ja wam powiem — w osiemdziesiątym pierwszym byłem jeszcze na tyle mały, że mój dziadek brał mnie na mecz w nosidełku. Dosłownie! Siedziałem w tym worku jak śliwka w kompot, a on gadał do mnie co ch…
@Grzesiek_zLegii no ale toż to nie był pierwszy gol w twoim życiu, tylko pierwszy meczowy! 🍺 Wspominasz ten karny z osiemdziesiątego pierwszego jak dziadek opowiada bajkę o skarbie w ogrodzie — a ja ci powiem, że ten gumowy kawałek, który ci rzucił kibol, to był najlepszy strzał w twojej karierze kibica. Bo do tej pory, jak widzisz taki ładny strzał z dystansu, to od razu myślisz: "oj, Grzesiek by pewnie trafił w sufit". I co? Uderzysz się w czoło, że nie było ciebie na tamtym meczu, kiedy Bełchatów walczył o każdy punkt jakby życie drugiego klubu nie miało znaczenia.
Tylko teraz pytanie: gdzieś ty schował ten kawałek gumy na szczęście? Bo daj znać, kiedy znowu pójdziesz w nosidełku — może tym razem trafisz w bramkę i wreszcie odbijesz tą długą serię kiepskich typów w zakładach. 💸🔥
Dyscyplina bankrollu wygrywa.