Kiedy czerwone duszpasterze grali jak bogowie, a stadion aż drżał od naszych wiwatów!
oj to był sezon 2003/2004 w pucharze top teams, kurde jakieś dwadzieścia lat temu już i ja tam byłem z kolegami na trybunie gości w paryskim bercy bo normalnie nie mogłem uwierzyć że nasz gnojek bedzie grał w takim meczu... a tu proszę, cztery do jednego wygraliśmy i pamiętam jak tłumacz kibiców przy mikrofonie wrzeszczał że "to nie jest mecz tylko rzeźnia!" a myśmy się śmiali i pili browara dolewając sobie do butelki prosto z lodówki na trybunie bo jakoś nikt nie mógł znaleźć kranu a jakby mieli toby pewnie byśmy się utopili w nim z radości no ale zobaczymy
A pamiętacie jak 2005 to było coś... ja akurat na trybunie numer 5 bo tam była najlepsza akustyka, jakby stadion chciał wam powiedzieć "słuchajcie, to nie mecz to spektakl" i naprawdę była robota najwyższej próby 🔥💪 nikt nie mógł ustać na miejscu, wszyscy skakali jak w amoku, a ten piwosz podał mi browara tak gorącego że wylałem połowę na koszulkę ale ból był nic nie wart bo gola dźwięk szedł taki że aż szyby drżały w okolicznych blokowiskach 😱
W radości i smutku, do końca z nimi.
a do cholery, właśnie wam przypomniałem, jak to ja wtedy z bratem na trybunie numer cztery siedziałem i zachrypłem od krzyku, że mój głos jeszcze długo nie wrócił do normy, a do dziś, jak słyszę te nasze porykiwania z głośników, to serce mi podskakuje jak młode chłopaki na treningu – no ale wiecie co jeszcze było? tej nocy, kiedy wróciliśmy do hotelu, który akurat stał w miejscu jakieś pół kilometra od stadionu, to niby wszyscy byliśmy na nogach, ale rano się okazało, że połowa ekipy spać nie miała wcale, bo drzwi w pokojach mieliśmy tak ubite od kibiców, którzy całą noc śpiewali "ostatni raz" pod oknami, a jeden taki pijany wpadł nawet do naszego pokoju i twierdził, że bierze nas za zawodników i musi ich uściskać za zwycięstwo – haha, no nic, do jutra spotka nas jeszcze przy piwie, bo takiego meczu nie da się zapomnieć, prawda?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Pamiętam te czasy, jakby to było wczoraj – te szaleństwa na trybunach, te głosy które aż zapierały dech, jakby ktoś nastawił radio na maksymalną głośność i nie miał pojęcia o ustawkach. 2005 rok? To był okres, kiedy zawodnicy wychodzili na parkiet jakby mieli w dzisiejszym slangu "autorytet mistrzów" – nie bali się nikogo, nie kombinowali z podaniem co drugie, tylko grali jak jeden wielki organizm, a my od razu to wyczuwaliśmy w kościach.
Dzisiaj? Patrzę czasem na skład i myślę: fajni chłopaki, ale... no wiecie, coś tam ucięli, coś tam dorzucili, ale tej samej "duszy" w grze brakuje. Tamci goście grali z takim luzem, jakby mieli przed sobą nie przeciwników, tylko widzów do własnego show. Teraz to bardziej taka świadomość, że trzeba "załatwić punkt", a tam było wręcz przeciwnie – emanowało z nich przekonanie, że futbol to nie sport, tylko religia, a my wszyscy jesteśmy jej wyznawcami.
I nie żebym narzekał, bo przecież każda epoka ma swoje plusy – młodzi są ambitni, mają lepszą kondycję, inaczej przygotowani, ale... no wiecie, tej magii zza płotu już nie ma. Tamten mecz z 2005 roku? To była wyższa szkoła jazdy kibicowskiego szaleństwa – gdyby wtedy ktoś powiedział, że za parę lat świat się zmieni i nikt nie będzie już tak krzyczeć, to bym mu kazał pić niealkoholowe zamiast piwa. 😅 Dzisiaj kibice biją brawo, ale nie biją w miedź, bo nie ma już takich stadionów, które same grałyby razem z nimi.
A to, że dzisiaj trzeba sięgać po xG czy tam tabelę, żeby udowodnić klasę? Pff... Tamci faceci potrafili rozegrać cały mecz tak, że kibice wychodzili z trybun z szumem w głowie, a dzisiaj czasem ledwo któryś strzał padnie, a już słychać głośniki z "trzeba było zagrać inaczej". Szkoda. Ale cóż, świat idzie do przodu, a my starsi kibice mamy nasze wspomnienia, które nikt nam nie odbierze. I na to piwo w sobotę się umawiamy, jak zawsze – bo tacy jesteśmy, że bez naszego klubu nie ma życia.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No do licha, jak ty teraz przychodzisz z takim sentymentalnym bełkotem o "wyższej szkole jazdy kibicowskiego szaleństwa" z 2005 roku, kiedy to my na trybunie numer trzy mieliśmy własną "inżynierię hałasu"? Posłuchaj no, stary, bo ja ci zaraz powiem coś, co ci całą tę twoją nostalgia podetnie.
Właśnie pamiętam ten mecz, bo byłem tam — i powiem ci szczerze, że cztery gole w pierwszej połowie to nie było żadne "organiczne wzrastanie zespołu", tylko zwykła lekcja boksu, którą nam ktoś zaserwował na srebrnej tacy. Tamci przeciwnicy? To była jakaś regionalna ekipa z niższej ligi, którą nam lokatorzy z wyższej półki "zaprosili" na kawę i bilet do pucharu, bo akurat mieli wolny termin. Mówię ci, jak dzisiaj widzę te ich twarze na powtórce, to aż się śmieję — oni sami nie wiedzieli, czy grają w piłkę, czy biorą udział w happeningu sztuki współczesnej.
I jeszcze to twoje "autorytet mistrzów" — o rany, jak ja teraz słyszę, jak zawodnicy wychodzą "jakby mieli w dzisiejszym slangu 'autorytet mistrzów'", to aż mi się żołądek przewraca. Tamci chłopaki grali w butach, które były wyższe o dwa numery od ich stóp, i biegali w koszulkach, które w połowie meczu zlepiały się im do ciała jak papier ścierny. A ty mówisz o "autorytecie"? Oni mieli tyle energii co dzisiejszy napastnik po dwóch tygodniach przerwy na kontuzję!
A ten twój wywód o "fotelu to religia"? Przecież my na tym meczu mieliśmy więcej piwa w krwi niż oni mieli glikolu we krwi — i to nie żaden metaforyczny bełkot, tylko dosłowny fakt! Pół trybuny siedziało w basenie własnego potu, bo nikt nie dał rady się ruszyć, i co? Doznania duchowe? Ja tam widziałem tylko jednego faceta, który się modlił — ale nie do bożka futbolu, tylko do pana od straży miejskiej, żeby go nie wyciągnął za awanturę.
I te twoje "wspomnienia, które nikt nie odbierze"? No jasne, tak jak nikt nie odbierze faktu, że dzisiaj są kibice, którzy biją brawo przy golfie zamiast w miedź, bo nie mają już na co krzyczeć. Ale wiesz co? Ja wolę dzisiejsze mecze, bo przynajmniej nie muszę się martwić, że po zawodach ktoś mi pod oknem śpiewa "ostatni raz" o trzeciej w nocy, kiedy ja chcę spać przed niedzielnym meczem ligi. Wtedy to była prawdziwa gehena — teraz przynajmniej mamy budżet, żeby zrobić izolację akustyczną wokół hotelu.
Więc nie opowiadaj mi bajek, stary. Tamten mecz? Był fajny, ale nie był żadnym cudem — tylko szczęściem w nieszczęściu dla nas, i tyle. A dzisiaj? My mamy lepszych zawodników, lepsze przygotowanie, i co najważniejsze — nie muszę się martwić, że obudzę się z bólem głowy i skrzypiącymi stawami, bo nie zdołałem usiąść przez sześć godzin na betonowej ławce bez poduszki. Tak że bawmy się dzisiaj, piwko w garści, a jutro do dzieła — bo futbol to jednak sport, a nie seans hipnotyczny. 🍻
Najpierw policz, potem się spieraj.
A wiecie co mnie akurat dzisiaj do łba wpadło jak przy piwie z kolegą? Że tamten słynny mecz 2005 to wcale nie była żadna rzeźnia tylko po prostu... nasza drużyna robiła to samo co moja teściowa na sobotnim targu! Tyle że zamiast kapusty rzucała gole, a zamiast liczenia groszy liczyliśmy punkty! 😂🍺 I co? Nikt nie narzekał, wszyscy byli syci – i kibice, i przeciwnik, i nawet kasjerka na trybunie!
A ten jeden facet co wleciał do pokoju LechiaGda_Trybuna? Pewnie myślał że widzi zawodników, ale widział samych aniołów w czerwonych strojach... tylko że pijanych! Hahaha! Noc była tak udana że rano wszyscy mieli nie bóle głowy tylko "radosne klepanie się po plecach" od kolegów którzy nie mogli uwierzyć że to było naprawdę! 🤣💥
No ale serio, kto by pamiętał jakieś tam statystyki kiedy to na stadionie w Kędzierzynie huczało tak że słychać było aż w Rzeszowie? To nie był mecz, to był koncert rockowy tylko zamiast gitar mieliśmy bramkarza co odbierał każdy strzał jak perkusista odbija bęben! 🎵🔥 I do dzisiaj jak słyszę "ostatni raz" to mam gęsią skórkę bo pamiętam te chwile kiedy wszyscy razem śpiewaliśmy z takim entuzjazmem że sąsiedzi myśleli, że sąsiedztwo zostało zajęte przez armię kibiców! 😆
Na szczęście dziś mamy lepsze trybuny, lepsze piwo i... no dobra, nie będę kłamał – jeszcze lepszych kibiców! Ale jedno wiem na pewno: gdyby tamci chłopcy grali dzisiaj, toby ich nawet sztuczna trawa nie uratowała przed tą niesamowitą falą czerwonych szaleńców! 🏟️🔴 I na to właśnie umawiamy się dziś wieczorem – na kolejne opowieści i browar, bo bez naszego klubu nie ma przecież życia... ani piwa! 🍻🤪
Potrzymaj piwo.