Kiedy biało-niebieskie serce Kędzierzyna biło na stadionie niżej niż dzisiaj
a niech to, bo naprawdę coś dźgnęło mnie w serce jak pamiętam te lata w rondzie na stadionie miejskim... było tak, że statuetka z ogromną skocznią wyglądała na trybunach jakby ktoś zapomniał ściągnąć tło z kina plenerowego no ale hej
pamiętam jeden konkretny niedzielny popołudniu — chłopaki na trybunie tak solidnie stali, że nogi odgięte w kolanach niczym stalowe wsporniki — i weszli na boisko tacy młodzieńcy w granatowych strojach, a myśmy wrzeszczeli jak opętani bo tamci to byli nasi goście z Legnicy, no i nikt nie wierzył, że naprawdę gramy przeciwko pierwszej lidze... no ale oni się potknęli, i myśmy im zaserwowali na tacy komplet punktu jakby na talerzu, a potem wszyscy biegliśmy z młodym duchem w środku za bramkarzem, co złapał jeden strzał prosto w nos — krwawizna była, a myśmy się śmiali jak szaleni no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Całe moje życie kibica to właśnie te chwile jak z filmu... 🔥💪 pamiętam jak dziś, szedłem z taczką po rusztowaniach koło Hali Widowiskowo-Sportowej, bo akurat był remont trybun — no i widzę grupę dzieciaków z transparentem "Jeszcze raz ta piłka!", a obok starszy pan z fajką co się przyglądał i mówi "synu, pamiętasz mecz z Prokomem w 96? Tam ta cała gmina stanęła jak jeden mąż, bo wiemy że albo zwyciężymy, albo na kolanach będziemy klęczeć... a wygrać musieliśmy, bo za tydzień mieliśmy na celownik warszawską Legię"... no i oczywiście, padł na cztery litery, ale kto by tam liczył, jak trybuny drżały od naszych głosów?! 😱🔴 teraz to dopiero mi w sercu zaswędziało jak pomyślę, jak tamci chłopcy biegali po boisku z ogolonymi głowami i nazwiskami na koszulkach jakby pisane farbą wiadrem... ale właśnie te chwile, gdy serce Kędzierzyna biło najszybciej, są tym czym żyjemy! jazda z nami ❤️
a niech mnie, jak przychodzi ten moment w niedzielne popołudnie i myślisz sobie — no właśnie, ten konkretny mecz przeciwko AZSowi Warszawa, te zęby mi teraz szczękają jak stary traktor na mrozie... bo tamci goście przyjechali z tym swoim wielkim szyldem "warszawscy arystokraci" i naszym facetom, no niechcący, przygrzali do serca tak mocno, że aż ciarki chodziły po plecach. pamiętam, jak obrońca nasz, ten Grzegorz z rudymi wąsami, podszedł do siatki przed autem i splunął na boisko — a to nie był żaden gest, tylko takie nasze "wiem co robię", bo on wtedy walczył w trzeciej lidze i miał w kieszeni tyle blizn co wielu w pierwszej. i nagle — bum! — nasz rozgrywający, ten Maurycy z brodą, podał tak, że leciało to jak pocisk z moździerza, a czarny balon wylądował tuż przy linijce, zanim sędzia zdążył cokolwiek krzyknąć. trybuny zamilkły na sekundę, a potem — cholera wie jakim cudem — huknęło tyle głosów naraz, że sąsiednie bloki aż drgnęły. i ten facet z fajką, co dziś pewnie już nie żyje, zawołał tylko "taki jeden raz w życiu trafia się raz, chłopaki, ale jemu się trafił!"... a myśmy biegli potem przez miasto z tymi aktówkami na punkty — nie było ani jednego trzeźwego, to fakt, ale kto by tam liczył, jak serce biło jak młot w kuźni. no ale zobaczymy, czy kiedyś znów poczujemy taką moc we własnych nogach, co?
No, ale pamiętam, jakby to było wczoraj — wchodziłem do hali i czułem ten zapach: pot, lakier, stare drewno trybun… A teraz? Teraz wejście na trybunę to jakby wchodzić do galerii handlowej z klimatyzacją, gdzie nikt nie krzyczy, nikt nie trzyma flagi w ręku, tylko ludzie stukają w telefon i komentują na tiktoku. Tamtym chłopakom z lat 90. nie trzeba było opowiadać, że jesteśmy z Kędzierzyna — oni to czuli w kościach, bo byli z nami w boju dosłownie. Ten Grzegorz z rudymi wąsami, co splunął na boisko przed meczem, albo ten Maurycy z brodą, co podawał jak z armaty — oni grali tak, jakby to była ostatnia szansa w życiu, a nie zwykły listopadowy mecz w trzeciej lidze.
Dzisiaj też są fajni zawodnicy, nie powiem, ale… gdybym miał porównać, to tamci mieli w sobie coś takiego, że jak wchodziłeś na trybunę, to od razu czułeś, że masz do czynienia z ludźmi, którzy albo wyjdą zwycięzcami, albo padną na kolana. Nie było gadania o "budowaniu drużyny" czy "procesie" — było po prostu: *wbijamy albo się nie liczymy*. I to się udawało, bo trybuny były pełne nie dlatego, że ktoś kazał przyjść, tylko dlatego, że każdy chciał być częścią czegoś większego. A dziś? Dziś trybuny puste, a kibice, co przychodzą, to albo nastolatki z selfie stickami, albo faceci, co przyjechali za półdarmo autobusem z Opola i nie wiedzą nawet, jak się nazywa nasz rozgrywający.
Tamci mieli coś, co trudno opisać — może to był ten brak lęku, może wiara, że jak się stanie obok siebie, to nic nie da się przeciwstawić. Dzisiaj też są fajne chwile, ale to jak porównanie nieba w mieście do tego na wsi. Jedno i drugie niebo, ale… no cóż. Nie tęsknię za złą przeszłością, ale fakt jest fakt — kiedyś serce biło tu jak młot pneumatyczny, a teraz… szumi klimatyzacja.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a niech mnie, jak patrzę na wasze opowieści, to mi się zaraz starzy numer telefonu przypomni — ten długi, z tymi cyferkami w kółeczko, co to wisiał na ścianie w barze przy ulicy Wojewódzkiej, bo akurat mieliśmy remont stadionu i nikt nie wiedział, czy w ogóle wrócimy na trybuny... pamiętam, jak stałem tam z papierosem w garści i słuchałem radia — to był jeden z tych wieczorów, co to miał przyjechać zespół gości z Warszawy, no i wszyscy gadali, że to jakieś nieziemskie siatkarze, a u nas to same chłopaki z okolicy, co to albo pomagają tacie w stodole, albo na hali wyrabiają normę. no i ten moment, kiedy sędzia dmuchnął w gwizdek, a myśmy dopiero co ustawili się w szeregu i nagle — huk! — nasz środkowy, ten Zygmunt co miał ręce jak łopaty do kopania kartofli, poderwał się jakby go ktoś kopnął w dupę i zatrzymał piłkę prosto w twarz przeciwnikowi. nie było żadnej taktyki, nie było żadnego planu — była tylko jebana chęć, żeby tym warszawiakom pokazać, że w Kędzierzynie się nie umiera, tylko się walczy. i wiesz co? wyszliśmy stamtąd z plusem w tabeli, a ci goście pojechali z ogonami między nogami, bo zapomnieli, że u nas nie liczy się nazwa drużyny, tylko to, kto pierwszy padnie na kolana — i zwykle to byli oni.
teraz też mamy fajnych chłopaków, nie powiem, ale jak widzę, jak nasi wychodzą na boisko dzisiaj i próbują robić te "piękne zagrania", to mi się od razu przypomina, jak Grzegorz ten z rudymi wąsami rzucał piłkę tak, żeby aż kurz się podniósł — nie było tam żadnej finezji, była tylko siła i jebany strach, żeby nie przegrać. i to właśnie jest w tym klubie najważniejsze: albo grasz z duszą na ramieniu, albo nie warto w ogóle schodzić na dół.
no i jeszcze coś — tamte lata to były takie czasy, że jak ktoś przegrał, to szedł do knajpy i płacił piwem za wszystkich, bo przegrana była jak rodzaj ślubu: raz się należy, a potem już się nie zapomina. dzisiaj to jakby ktoś przegrał, to idzie do domu i ogląda mecz na youtube, a rano pisze na forum "no ale co tam, następnym razem" — i tyle. szkoda gadać, ale jakby w naszych żyłach płynęło trochę więcej tej starej krwi, to może trybuny znowu by drżały jak za dawnych czasów. 😤🔴
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, zapomniałem powiedzieć — jak raz wchodziłem do Hali Widowiskowo-Sportowej w latach 90., to myślałem, że to jakaś pomyłka, bo zapach dochodził taki… no nie wiem, jakby ktoś usmażył stado kurczaków prosto na trybunie i jeszcze polał benzyną dla aromatu. Ale co tam, wszyscy byliśmy wniebowzięci, bo akurat mieliśmy remizę na meczu z tymi z Gliwic, co to przyjechali z takimi koszulkami w paski, jakby ktoś nimi wycierał nogi przed wejściem. No i co? No i nic — nasz libero, ten Zenek, co miał łysinę świecącą jak lampa w latarni morskiej, wyskoczył tak wysoko, że uderzył głową w siatkę tak mocno, że ta aż się zatrzęsła, a przeciwnik myślał, że to jakiś nowy sposób na zagranie — i puścił piłkę prosto w aut. Sędzia nawet nie zdążył gwizdnąć, bo wszyscy na trybunie zaczęli śpiewać "sto lat" Zenkowi, a on stał jak posąg i trzymał się za głowę, bo myślał, że jednak trafili go obcasy od buta. A ten facet z fajką znowu tylko cmoknął i powiedział: "synku, to nie jest ranny, to jest strategia — uderzysz raz, a oni będą się bać następnym razem". I wiecie co? Prawda była taka, że od tamtej pory przeciwnicy naprawdę bali się Zenka — bo jak sięgał po piłkę, to nie wiadomo było, czy uderzy ją ręką, czy swoją łysiną! 🤣🍿 Teraz to by pewnie dostał kartkę za niebezpieczną grę, ale wtedy? Wtedy to był nasz bohater, który walczył tak, jakby to była ostatnia bitwa o honor Kędzierzyna. A my? Myśmy mieli tylko jeden cel: wygrać albo umrzeć z hukiem — i zwykle wychodziło to drugie, ale nikt nie narzekał, bo jak się było w środku tego szaleństwa, to nawet jak przegrywaliśmy, to było fajnie. Bo wiadomo było, że w następnym meczu znowu wlecą ci sami goście z fajkami, papierosami i chęcią życia, a my znowu będziemy krzyczeć, że nasz zespół to Armia Generała Grot-Roweckiego, tylko że zamiast broni mamy siatkę i ogoloną głowę Zenka 😂🔥
Memy to też analiza.
Boże, jak ja to czytałam i mi się na serio serce ścisnęło! 😭 Jestem z Szczecina i u nas też są fajne trybuny, ale nic nie bije tej magii, jaką czuć, kiedy się wchodzi na stadion w Kędzierzynie — nawet jak pamiętam tylko zdjęcia albo stare reportaże... no ale te opowieści o Zenku z łysiną jak latarnia morska albo Grzegorzu, co splunął na boisko i trafił prosto w rzut piłki — to jest coś, co chyba już nigdzie indziej nie ma...
Przepraszam, że się zagalopowałam, może się mylę, ale... czy Wy tam, kibice KKS-u, czasem nie tęsknicie za tymi chwilami? Bo ja słuchając tych historii to sobie wyobrażam, jak by to było wejść na trybunę, gdy powietrze drży od krzyków, a nie od szumu klimatyzacji... 🥲 Czy to tylko bajka, którą opowiadają weterani, czy jednak da się jeszcze tam coś poczuć?
Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
No i ten Zenek z łysiną jak żarówka to mnie rozbawił 😂🔥 Ten gość musiałby dostać w dzisiejszych czasach kartkę za każdy mecz, a w tamtym czasie to była gloryfikacja siły nad finezją. W sumie fajnie by było zobaczyć takiego zawodnika dzisiaj, nie? Bo jak teraz widzę te mecze drugoligowe, to aż chce się krzyknąć "kurwa, zagrajcie normalnie!" — niechcący. Ale co tam, raz się żyje, a stare dobre czasy to jednak nie powrót.
Ja tam zawsze patrzę na kursy na ten klub, bo interesuje mnie nie tylko doping, ale też ewentualny bet. Dzisiaj, jak sprawdzałem, to KKS miał 1.85 na wygraną w meczu ligowym — nie powiem, że jestem zaskoczony, ale na takie typy wolę patrzeć jak na historię niż na szansę na hajs. Wszedłoby? No raczej nie, bo albo masz szczęście po swojej stronie, albo nie — a historia Kędzierzyna to jednak więcej porażek niż triumfów. A szkoda, bo jak czyta się te opowieści, to aż chciałoby się postawić na emocje, a nie na statystyki. Ale kto wie, może kiedyś znów trybuny będą trzęsły się od krzyków, a nie od klimatyzacji? Trzymajmy kciuki!
Linia się rusza — łap.