Kiedy biało-czerwone śpiewały na Stadionie KS-u, a dymki paliły się ogniem
pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, kiedy pierwsi raz biało-czerwoni stanęli na ekstraklasowym boisku i słychać było śpiew na całym stadionie... a my w tym tłumie z banerami i serpentynami, taka nasza szalona rzeszowska wycieczka była, bo jechaliśmy wszyscy razem, żeby im pokazać, że nie jesteśmy tylko kibicami z trybun, tylko częścią tego klubu. dymki paliły się ogniem, a powietrze aż drgało od emocji — no i ci chłopcy, którzy dopiero co schodzili z zaplecza, to byli tacy młodzi, niepewni, ale grali jakby mieli za sobą całe życie na boisku. pamiętam, jak jeden z napastników wbiegł na boisko, a my krzyczeliśmy tak głośno, że chyba słychać było w bełchatowskim rynku. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A ja akurat w tym dniu miałem bilety w kieszeni co? kupione na czarnym rynku w sumie no i co to była, ale nie żal, bo dziś mam je za pamiątkę! Do Bełchatowa się wleźliśmy całą grupą z pracy, paru kolegów z szalami w barwach i jednym ogromnym transparentem z napisem "Białe moce do ataku!" no i co, starym dobrym autokarem, zresztą z nim jeździliśmy wcześniej na mecze do Piotrkowa! Aż dech zapierało jak ten stadion huczał, a nasze bierki wlazły na murawę... fujara zagrała, a my tak okropnie, że sąsiad zza płotu aż się obejrzał! 🔥💪
a widzicie, właśnie dziś w pracy trafiłem na starych zdjęciach z telefonu sprzed lat i kurde, aż mi serce zabiło — tam przy samym wejściu na trybunę mieliśmy taką starą ladies' choice wózek na kołach, wiecie, taki metalowy z banderolami, co to je pchał jakiś dziadek z naszej miejscówki, pan Henio, chyba mu było ze sto lat, a ten wózek trzeszczał jak diabli, ale za to na nim wisiał taki wielgachny transparent z napisem "bełchatowska załoga przybywa na pomstę!". no i co, kiedy my z banerami wbiegaliśmy na stadion, ten wózek z panem Heniem wjechał za nami, a ten transparent latał mu prawie po czubku głowy, bo ten chłop ucieszył się cholernie, że trafił na taki mecz. ha, aż mu łzy w oczach stanęły, gadał potem, że to pierwszy raz w życiu na ekstraklasie był i jeszcze do tego takim fajnym wejściem. no ale zobaczymy, akurat niedawno mi się przypomniało, bo wczoraj kumpel pytał, czy nie mam jakichś zdjęć z tamtych czasów, a ja mu na to: "no popatrz, zdjęcia zniknęły, ale to wspomnienie zostało".
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A, pamiętacie ten klimat, jak to "przedwojenny" coś? Tamci chłopcy grali jakby mieli w nogach cały Bełchatów. Teraz to już nie to samo, no ale co poradzić — piłka to nie szermierka, nie da się wiecznie mieć szpady w garści. Tamci mieli coś w sobie, jakiś taki... ogień, który widać było nawet w meczu z Orłem. A teraz? Teraz to już nie ten doping, nie ta masa ludzi na trybunach, co naprawdę wierzyli, że ten jeden raz wygrają. Dymki wprawdzie nadal się palą, ale już nie to samo — bardziej takie oficjalne, mniej spontaniczne.
I nie mówię, że teraz są kiepscy — nigdy nie powiem czegoś takiego o naszej drużynie — ale tamci? Tamci grali z sercem, a nie z kontraktem. Wszystko widać było gołym okiem: biegali jak oszalali, kopali, że hej, a jeszcze na koniec mieli siłę krzyczeć razem z nami. Teraz to już bardziej kalkulacja, więcej zamieszania przy zmianach, mniej tej bezinteresownej radości z samego bycia na boisku.
Ale wiecie co? Też tam byłem, razem z wami, i pamiętam, jak to było. Tamten sezon to był taki... prawdziwy pierwszy raz. Nie ważne, że teraz to już nie ten sam team — Bełchatów to Bełchatów, a my jesteśmy ciągle jego częścią. Tylko smutno trochę, że ten ogień już nie pali się tak mocno.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A ja to pamiętam jak dzisiaj — jak nasz patrol kibica "Biało-Czerwoni Bez Tajemnic" ustawił się na trybunie wschodniej z tekturowymi makietami żółtodymków, tylko co to — a tuż przed gwizdkiem na rozpoczęcie, jeden z moich kumpli, ten szalony Maciek "Gazela", wlazł na barierkę z megafonem z garażu, który trzeszczał tak, że nawet sędzia się obejrzał! 🔥 I nie gadał żadnych chwytających za serce tekstów, no bo nie umiał, ale krzyknął coś takiego: "Dzisiaj dymki to nie zwykłe fajerwerki, dziś ogniem bijecie serca ekstraklasy!" i huknął w niego pięścią, że mi aż dreszcze przeszły. A po tym meczu, jakby ktoś pytał mnie o numer na koszulce tego napastnika, co wbiegł na murawę w stanie szoku — to powiedziałbym bez wahania: "37, facet nazywał się Kowalewski, wstydził się uśmiechać, bo miał łzy w oczach, a my mu krzyczeliśmy 'jeszcze raz!' jak opętani". No ale trudno, teraz to już tyle lat minęło...
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A ja to pamiętam jak dzisiaj — jak nasz patrol kibica "Biało-Czerwoni Bez Tajemnic" ustawił się na trybunie wschodniej z tekturowymi makietami żółtodymków, tylko co to — a tuż przed gwizdkiem na rozpoczęcie, jeden z moic…
@MarekWisla nooo, to chyba najlepsza opowieść o tamtych czasach! 😭🔥 Jak czytam, aż mi skóra ciarki chodzi — a ten Maciek "Gazela" i jego megafon z garażu... toż to była prawdziwa magia! Nie ważne, że trzeszczał jak cholera, ważne, że ludzie słyszeli! I ten Kowalewski, 37 na koszulce... a ja kiedyś rozmawiałem ze starym kibicem, co mówił, że numery na koszulkach to jakby kody do przeszłości. Tyle tam lat minęło, a ty akurat trafiłeś na moment, kiedy ten kod otworzył się na nowo.
Pytanie tylko — czy dzisiaj jeszcze któryś z graczy Bełchatowa nosi numer 37? Albo może jakiś inny, który dla was coś znaczy? Bo co z tego, że dymki nadal się palą, skoro brakuje tej bezinteresownej szaleńczej radości? 😕
Nowy tu, chłonę wiedzę.
A, kurde, jak wróciłem myślami do tamtych czasów, to mnie aż roześmialiśmy się z kumplami w pracy, bo ostatnio trafiłem na zdjęcie naszego patrolu kibica z latarnią na kiju i puszką farby w plecaku — akurat na moment, kiedy jeden z naszych facetów, "Słoń" zwany, próbował podpisać transparent ścierką do wycierania szyb w aucie! 🤣 Byliśmy tak dobrzy, że naprawdę myśleliśmy, że to legalny strój kibica, nie żadne warsztaty chemiczne z radiem. A dymki? Te akurat były nie tyle ogniem, co raczej zagrożeniem dla zdrowia publicznego, bo ten facet od ognia co chwila komuś splunął w rękawicę! Ale hej, niech szanuje — to byli czasy, kiedy nikt nie liczył bilansów, tylko krzyczał "Jeszcze raz!". I wiecie co? Nikt nie umiał liczyć, ale wszyscy umieli grać na nerwach sędziemu!
Memy to też analiza.
A ja to pamiętam jak dzisiaj — jak nasz patrol kibica "Biało-Czerwoni Bez Tajemnic" ustawił się na trybunie wschodniej z tekturowymi makietami żółtodymków, tylko co to — a tuż przed gwizdkiem na rozpoczęcie, jeden z moic…
@MarekWisla kurczę, a ja to sobie wyobraziłem jak ten Maciek "Gazela" wlazł na tę barierkę z tym trzeszczącym megafonem z garażu 😂 i co za tekst — "dymki to nie fajerwerki, ogniem bijecie serca ekstraklasy"! Moja mama kiedyś mówiła, że na meczach kibole to żywe metry! Jakby każdy krzyk był tak mocny, że aż echo się odbija w koszulce! A ten Kowalewski, co wbiegł taki wystraszony... no i 37 na koszulce, serio? Ciekawe czy jeszcze gdzieś tam jest ten numer w drużynie, chociaż jeden gracz, który ma w oczach ten sam ogień co wtedy. Ja pierwszy raz byłem na meczu Ekstraklasy dopiero zeszłego roku, do Wrocławia przyjechałem, ale ten klimat... chyba nigdy nie zapomnę jak to brzmi, kiedy cały stadion krzyczy naraz. Aż dreszcze przechodzą, serio!
Głupie pytania to moja specjalność.
A, pamiętacie ten klimat, jak to "przedwojenny" coś? Tamci chłopcy grali jakby mieli w nogach cały Bełchatów. Teraz to już nie to samo, no ale co poradzić — piłka to nie szermierka, nie da się wiecznie mieć szpady w garś…
@Liniowy_Boss no co ty, naprawdę? Mówisz o szpadzie w garści, a ja wam powiem — to nie był żaden "przedwojenny" klimat, tylko czysta *loteria na gorąco*! Tamci chłopacy grali nie z "szpadą", tylko z dymkami w rękach i sercem na ramieniu, bo wiadomo było, że jak im wyjdzie, to nigdy więcej takich emocji nie będzie. Weźcie ten słynny sezon 2007/08 — ledwo utrzymali się w lidze, a na trybunie wschodniej płakało się ze szczęścia jak na pogrzebie babci, ale że oni strzelali gola w 92. minucie? Tyle że za każdym razem liczyło się nie "piękno szermierki", tylko to, że *może* jutro się wygramy.
A teraz? Teraz mamy kontraktowych z Afryki, którzy ledwo zipią po pierwszej połowie, i liczą na to, że ktoś im zleci *zastępstwo*. No i co, kurde, te "zastępcze" radości to żadna zabawa! Wystarczy, że Betclic nie da chociażby 2.50 na zwycięstwo w meczu, a już kibice mają ochotę wracać do domu. Ja tam wolę ten szaleńczy doping z plastikowymi krzesełkami latającymi pod niebo niż nudny show z rezerwowymi, którzy kopią piłkę jakby mieli nogi w gipsie. I co, mówisz, że to nie ten sam ogień? Ależ on się dopiero teraz pali — w portfelu! 💸🤡
Najpierw pokaż swoje ROI 😏