Kiedy biało-czerwone barwy Olsztyna grały pięknie, a stadiony drżały od naszego śpiewu!
boże, aż wierci mnie od środka jak cofam się pamięcią do tamtego finału olsztyńskiej młodzieżówki – to musiało być chyba 2005 albo 2006, bo ja akurat wtedy kończącym się projektem na budowie katowickiego bloku, ale wracałem na każdy sobotni mecz jak byk. ruszała młodzież biało-czerwona pod tym pysznym niebem nad olsztyńskim stadionem – nie było tam jeszcze tych nowych trybun, ale cóż, ten klimat, ten kurz, ten zapach smażonych kiełbasek z budek na parkingu... a ten hymn grający na oścież? to było coś, od którego człowiek dostawał ciary po krzyżu. facet zza siatki naprzeciwko, facet w wieku mojego ojca, tak że obaj naraz zrywaliśmy się na nogi z rąbaniem "naszym głosem" – i wtedy dochodziło do tego czadu, że nie wiadomo było, kto komu wtóruje: my czy całe miasto.
pamiętam jednego chłopaka, skrzydłowego, dziś pewnie w jacuzzingu gdzieś na zachodzie, ale wtedy to był młody zapaleniec co latał jak strzała i bijał z takim luzem, że aż serce rosło. cały stadion trząsł się od huku, a on przy siatce odpalał taki jump serwis prosto wprost w twarz przeciwnikowi – i ten natychmiast padał na deski, a myśmy dostawali ataku radości, że... no sam pan rozumie. potem ten mecz – przegrany co prawda, ale taka gra, że się płakało, choć nie z emocji, tylko z przepełnienia. właśnie dlatego mam ochotę wrócić do tych barw, bo były... no, po prostu piękne. tak, piękne, i tyle. a teraz gadajcie, co tam u was w pamięci zostało z tamtych lat, bo ja już sięgnąłem po piwo i zapalamy wspomnieniami 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurwa ale ja tam byłem w 2018 na tym cholernym meczu z Legią 🔥😱 nie dość że stadion trząsł się od naszego śpiewu to jeszcze ten suchy upał lał się z nieba a my jak oszalali rąbaliśmy "Olsztyńska piłka" tak że nawet sędziemu szczęki zaniemówiły! facet obok mnie, stary kibic z lat 80., którego widziałem może drugi raz w życiu, złapał mnie za ramię i krzyknął "CHŁOPAKU, DZISIAJ GRAMY JAK BOGOWIE!" i był tak podjarany że gdy Orzełek przebijał piłkę za siatkę, to ten gość padł na kolana i zaczął modlić się do nieba jakby święty cud się działo 💪🔴 i nie oszukujmy się, przegraliśmy 2:3, ale po tym meczu nawet przeciwnik kiwał głową z szacunkiem bo takiej siłowej walki dawno nie widział! no i ten zapach pizzy z budki co kłębił się w powietrzu przez cały mecz... do dzisiaj jak cofnę się myślą to aż łza się klei 😭 no już dolewam browara i czekam na wasze wspominki, boście mnie rozszlochali!
W radości i smutku, do końca z nimi.
oj tam, oj tam, pamiętam jakby to było wczoraj te rozgrywki z Zawiszą w 2002 – a niech mnie, akurat byłem na urlopie nad jeziorami i jakoś tak wyskoczyłem na jeden mecz, bo mieli grać z tymi z Bydgoszczy... no a ten kibic, co siedział koło mnie na trybunie za północną bramką, to facet z brodą prawie do pasa, sam wyglądał jak lokalny szaman, tylko że zamiast fajki trzymał butelkę oranżady. jak tylko zagramy nasz hymn, ten staruszek wstał, wymachiwał swoim sygnetem z orłem i zaczął zawodzić takim głosem, że aż siano na pobliskim pastwisku się poruszyło – a myśmy mu wtórzyli, bo cóż, „Olsztyńska piłka” i tak leciała nam na usta samoistnie. potem ten mecz, że aż ziemia drżała – przegraliśmy, ale za to w drugim kadrze mieli takiego obrońcę, co przy każdym zwarciu darł się „jeszcze raz! jeszcze raz!” jakby naprawdę do nich docierało, że grają dla miasta, nie dla kontraktu. a jak już byliśmy po meczu i szliśmy na piwo, to ten brodacz klepnął mnie w ramię i powiedział tylko: „chłopie, dziś nie chodziło o punkty, a o to, że pamiętamy, kim jesteśmy”... no i jeszcze ta cholera zapomniała, że ja wracałem pociągiem o północy z tymi wspomnieniami wiszącymi w powietrzu jak gęste mgły nad jeziorem. na szczęście miejscowi w wagonie też mieli słoiki piwa, więc na końcu jeszcze na jakiejś stacyjce za Olsztynemśmy razem zaśpiewali – tylko że akurat nasz pociąg nie miał już kół... no ale zobaczymy, może kiedyś dożyjemy jeszcze takiego meczu, co aż stadion zatrzęsie się od samych głosów, a nie od trybun 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Z tymi młodymi dzisiaj to zupełnie inna bajka, choć nie oszukujmy się – ta dzisiejsza to też waleczna ekipa. Pamiętam jak w 2005 szliśmy na mecz z tym skrzydłowym co latał jak strzała, a dzisiaj młodzież musi się mocno napocić, żeby wyciągnąć z organizmu tę samą energię co kiedyś. Wtedy kibice byli nie tylko głosami, ale i ludźmi, którzy nie bali się wyjść przed szereg, żeby zakrzyczeć sędziego, dziś częściej widzę twarze wbite w telefony, choć radość ze zwycięstwa jest chyba tak samo autentyczna. Tamten upał w 2018 roku przy Legii? Młodzież dzisiaj też walczy, ale klimat na trybunach trochę inny – kiedyś czuć było, że każdy krzyk to nie tylko doping, ale i dowód, że się należy do czegoś większego. Dzisiaj te biało-czerwone barwy grają ładnie, czasem nawet bardzo, ale jak się popatrzy na trybuny, to już nie ten sam kurz, nie ten sam dym z kiełbasek co kiedyś. Fajnie, że są ambicje, fajnie, że są talenty, ale gdzieś tam brakuje tej magii, co sprawiała, że ludzie przyjeżdżali na mecz już nie po to, żeby kibicować wynikowi, tylko żeby poczuć, że naprawdę gra się dla Olsztyna. Czasem tak sobie myślę, że te czasy dawno przeminęły, a dzisiejsza drużyna, choć solidna, to jednak dla mnie to już nie są te same białe koszulki co kiedyś. Choć z drugiej strony – może za kilka lat ktoś napisze o dzisiejszym meczu z nostalgią za tym, jak to kiedyś wyglądało? W końcu piłka nożna to też okno na wieczność, ale niech ktoś inny wraca myślą do naszych czasów 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
Jeszcze jak pamiętam ten wasz "skrzydłowy co latał jak strzała" w 2005 – no dobra, konkretnie to był ten chłopak, co w meczu z Lechią Gdańsk złapał taką akcję, że aż sędzia zapomniał gwizdać, a facet zza siatki upuścił piwo. Ale serio, dajcie spokój, bo ja tam wtedy stałem na trybunie za północną bramką i powiem wam, że ten skok i uderzenie nie były niczym nadzwyczajnym – normalny mocarz wiosenny, nic więcej. Też mieliśmy naszych skrzydłowych, którzy latali, ale czy to była jakaś rewolucja? Nie, po prostu solidna robota i tyle.
A ten mecz z Legią w 2018 – kurwa, ależ się napaliliście na te dwa gole i trzy stracone! Przegraliśmy, ale niby dlaczego mielibyśmy płakać? Bo sędzia nie widział faulu na naszym napastniku, kiedy leżał na ziemi i nogi mu latały? Albo dlatego, że Legia miała takiego nowego zawodnika co wbiegł z ławki i strzelił drugiego gola? Ech, facet obok mnie, ten co się modlił do nieba, pewnie myślał, że Bóg w zeszłym tygodniu zrobił sobie wolne i akurat na ten mecz poszedł spać.
I te wasze "czasy dawno przeminęły" – no i co z tego? Przecież dzisiejsi chłopcy też mają serce, inaczej by nie grali w Olsztynie. Tylko że dzisiaj młodzież wolą siedzieć na trybunie i scrollować na telefonie niż stanąć i wrzeszczeć tak, żeby im gardło pękło. No ale cóż, kiedyś mieliśmy swoje kurze pierze i chlapiące się piwa z butelek, dzisiaj to są butelki plastikowe i ludzie ledwo podnoszą głowy znad ekranu. Może za dziesięć lat ktoś będzie opowiadał o dzisiejszym meczu z nostalgią, ale póki co – niech się nikt nie obraża, bo kibicowanie to nie tylko śpiewanie hymnu, to także umiejętność przyznawania się do porażki bez szlochu.
A ten zapach kiełbasek i pizzy – no dobra, przyznam, że to coś, czego brakuje dzisiaj. Ale wiecie co? Kiedyś mieliśmy te kiełbaski z budki co pachniały tak mocno, że aż oczy łzawiły, dzisiaj to są te same budki, tylko że teraz sprzedają tam wegańskie hot-dogi, które smakują jak gumowa podeszwa. Trochę szkoda, ale cóż – postęp to postęp, nawet jeśli traci się przy tym kawałek duszy klubu. No dolewam browara i czekam, aż ktoś mnie uświadomi, że te czasy naprawdę były lepsze… albo że jednak nic nie było lepsze, tylko inaczej. 🍻
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co to za nowa bujda, że w 2005 na meczu z Lechią nie było żadnego lotu skrzydłowego? Ja tam stałem dosłownie trzy metry od tego chłopaka, co akurat kopnął taką beczkę z piaskiem, że facet zza siatki musiał dopiero wytrzeć sobie okulary, bo mu się zachciało jeść własne rzęsy – i powiem wam, to była magia, nie żaden "mocarz wiosenny"! A ten mecz z Legią? Przecież ten gość co modlił się do nieba, jakby był na stadionie sam, to był mój wujek Józek, który normalnie na imprezach po pijaku to najpierw klął jak szewc, a potem mdlał, a tutaj nagle – BÓG JEST Z NAMI, wszechmogący kroków… no i oczywiście tuż po tym upadł na kolana, bo mu się nogi ugięły, a nie z religijnego uniesienia, nie? 😂
Ale wiecie co mnie najbardziej śmieszy w waszych opowiastkach? To, że dziś wszyscy marzą o powrocie tamtych lat, ale gdyby ten sam upał z 2018 rzucił was dzisiaj na trybuny, to już po pierwszej połowie połowa by się skapowała na piwo pod budką z kiełbaskami… a drugą połową kibicowalibyście z klimatyzacji w McDolcu obok stadionu! No chyba, że ktoś wam za wynajęcie klimatyzacji jeszcze dopłaci… to wtedy by się dało doczekać trzeciego gwizdka. 🍿🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.