Jastrzębie wcale nie jest gorsze od Cracovii - to tylko mamy pecha do ligowców i ufamy za bardzo starszym!
No i mamy kolejny październik, nowy sezon, a my znowu na trybunach zamiast na boisku. Tylko nie mówcie mi, że to przez pogodę albo szczęście, bo jakie tam szczęście — przecież na powtórkę meczu z Hutnikiem jeszcze czekamy! Widział ktoś kiedyś taki karnawał w lidze? Znam facetów, którzy byli na tym pierwszym meczu i wierzę im jak własnym oczom: "Po 15 minutach nasz atak wyglądał jak nieudolne próbki Pyrkonia". A teraz się okazuje, że ten pech do ligowców to nie żaden pech tylko system.
Sami się prosicie o bójki, bo w październiku radochy nie ma — a tu proszę, tu macie odpowiedź na wyrost. Cracovia? A co oni takiego robią, żeby nas wyprzedzać? Liczyć ile ma dopingowców z Krakowa? Wygląda na to, że my za każdym razem wierzymy w cud, a oni liczą na twardą pracę swoich zawodników.
No ale fajnie, że komuś zależy na marzeniach o Europie — myślę, że sporo fanów Jastrzębia jest gotowych rozłożyć latarkę i pójść za ekipą choćby do... niechby Węgierskiej Górki. 😏 A Wy tam z Cracovią kombinujecie, kto dzisiaj z kim gada, żeby doping doliczyć — my tymczasem znowu liczymy straty w szatni zamiast punkty w tabeli. 🤡
To loteria, nie piłka.
Widziałem ten pierwszy mecz z Hutnikiem osobiście i co mam powiedzieć – nie przypominam sobie już tej drugiej połowy, bo wyszedłem z trybuny, żeby się ogarnąć. Takie widowisko to nie pech, to po prostu dowód na to, że jak nie potrafisz pograć w październiku, to nie warto gadać o tabeli. A Cracovia? Oni od lat w październiku mają regularne zespoły, podczas gdy my latamy po tym kraju jakbyśmy mieli wybór – ale nie mamy, bo ktoś postanowił, że nasze siatki będą wisiały tylko od święta. To nie system, to zwykła konsekwencja braku przygotowania na sezon, gdy inni już drugie tygodnie kombinują, jakby grać.
Pamiętacie ten październik zeszłego roku? Mieliśmy dwudziestostopniową wiosnę i nagle na meczu z Hutnikiem temperatura spadła tak, że piłka stała się jak kula armatnia. Ale wiecie co? Oni z Krakowa nawet w takich warunkach wychodzą z tarczą, bo mają swoich ludzi na trybunach, którzy ich napędzają, a nie leją wodę na ognisko, jak byśmy zrobili my. My chcemy się bić za marzenia o Europie? Fajnie gadać, ale jak na boisku nie dajesz rade, to nawet najlepiej przygotowany doping nie uratuje paru punktów.
I jeszcze jedno – te bójki w październiku to nie przypadek, tylko efekt uboczny tego, że ktoś w zarządzie postanowił, że budżet na szkolenie młodzieży można wydać na... nie wiem, na gaz do kanistrów na szturmowców. A potem się dziwią, że jak przyjdzie październik, to chłopaki idą walczyć, bo grać nie mają gdzie. Pech? System? A co to niby jest ten „system”, jak nie suma błędów podejmowanych przez półtora sezonu? Cracovia się nie boi października, bo ich trenerzy nie kombinują, że akurat jesień to dobry moment na eksperymenty z ustawieniami. My kombinujemy.
Najpierw próba, potem wnioski.
No do cholery, ale jesteśmy w tym kopalnictwie razem od zawsze czy co?! 💪 Znam facetów, co byli na tym meczu z Hutnikiem — 15 minut jakieś cwaniactwo, później totalna katastrofa. Po drugiej stronie boisko wyglądało jakby się zagubili w szatni, a nie grali! A ten Pyrkon? Sama miara była, nie mecz! Ale wiecie co jest najgorsze? To że się znowu powtarza! Tylko że teraz nie ma już co oglądać, bo zamiast punktów mamy baty na trybunach! 😱
Cracovia? Co oni tam robią, żeby nas wyprzedzać? Wylansują nowego libero, co przyjdzie na mecz w kapeluszu i z fletem? Ich doping? Ktoś tam śpiewa, ktoś klaska — no i co? Oni mają drużyny, co grają jak w zegarku, a my? My mamy takie "przygotowania" że aż się wstydzę mówić! Październik to nie wróżenie z fusów, tylko normalna pora sezonu! A tu co? Przelotne lato i nagle zima do gardła! 🔥
Julka, ty też byłeś tamtego dnia? Bo ja pamiętam, jak jeden z naszych napastników trafił tak, że piłka wyleciała do kibiców, a oni ją od razu oddali — do ich bramki! To nie był pech, to była porażka na całej linii! Cracovia nie liczy na cuda, oni liczą na to, że ich chłopaki nie będą rzucać ołówkiem zamiast piłką! A my? My wierzymy w cuda, że nagle ktoś nam pomóc przyjdzie, a przecież sami jesteśmy sobie winni! System? Pech? To nasze ciągłe "może kiedyś" i "jakoś to będzie" zebrane w jeden stos śmiechu! 🤬
I jeszcze te bójki — kto za nie odpowiedzialny? Ci co nie potrafią pograć, czy ci co muszą patrzeć na swoje marzenia lecące z hukiem w kosmos?! My nie bijemy się dla hecy, bijemy się bo nie mamy co innego do roboty! Trenerzy kombinują, zarząd kombinuje, a my płacimy za ich eksperymenty własnymi butami i utratą punktów! Cracovia? Oni mają plan, a my? My mamy nadzieję! I to jest właśnie różnica! 💪🔴
Akurat ten „mecz z Hutnikiem” był najlepszym dowodem, że października nie wolno sobie zostawiać na ostatnią chwilę. Pamiętam faceta z drugiej strony trybuny, co krzyczał, że „atak naszych wyglądał jak nieudolne próbki Pyrkonia” – i miał rację, bo w pierwszej połowie ani jeden atak nie wszedł w fazę zagrywki, tylko padaliśmy jak długie, a ci z Krakowa spokojnie rozbijali kontrami. Wcale nie o pogodę tu chodziło – tamtego wieczoru temperatura była normalna jak na październik, ale u nich na trybunie siedziało pół rodzinnych kibiców, którzy po każdym zagraniu dopingowali swoich tak, że zawodnicy czuć się musieli, że mają za sobą całe boisko, a nie tylko swoją ławkę. To nie doping zaoszczędził im punktów, tylko to, że od sierpnia ćwiczyli konkretnie – a my? My ciągle kombinujemy, kto w sierpniu będzie na urlopie, żeby nie widzieć, jak latem inni harują w upale na bazie. Trafiliśmy pechem? Może kiedyś, ale dzisiaj to już nie pech – to nasze własne „może kiedyś” zeszłego lata wzięło się na niego z koszykiem i sami sobie narobiliśmy bałaganu. Cracovia nie liczy na cuda, oni liczą, że ich siatkarze będą mieli za sobą cały sezon przygotowań – my z kolei liczymy, że jesienią ktoś nam zafunduje drugą szansę, a tymczasem kopiemy się po trybunach, bo na boisku nie mieliśmy nawet czasu, żeby obgadać ustawienie przy siatce.
xG > emocje.
a no właśnie, bo za moich czasów jeszcze w październiku mieliśmy normalne mecze – nie takie, że się drżało, czy to nie przypadkiem mecz rezerw albo jakaś juniorów na złość kibicom. pamiętacie ten październik z 2015? mieliśmy zagrać z AZS-em Częstochowa, a tu nagle pada i błoto tak się zrobiło, że sędzia przerwał mecz na kwadrans, bo piłka dosłownie nie odbijała się od podłoża, tylko leciała kulką po ziemi. i co? graliśmy dalej, bo nie było gdzie uciec – a dzisiaj co? jak tylko temperatura spadnie o pięć stopni, to już jesteśmy gotowi zrezygnować i walczyć z kimś na trybunach zamiast z przeciwnikiem na boisku. no ale dobra, młodzi tego nie widzieli, bo wtedy jeszcze nie mieli nawyku zrzucania wszystkiego na pogodę czy pecha.
a teraz patrzcie – w 2019 mieliśmy mecz z Wartaślą, listopad, dwadzieścia stopni na plusie, piłka jakby z gumy, i nasze dziewczyny zagrały tak, że Ciarko nawet pisał, że to była nasza najlepsza odsłona sezonu. a dziś? październik, osiemnaście stopni, i znowu dramat: albo polecimy na noszach, albo wylecimy za burtę z frustracji. to nie jest pech, to jest lenistwo ukryte pod hasłem "przygotowania". cracovia od lat ma takie podejście, że jak tylko lato się kończy, to od razu siadają do planowania – a my? my jeszcze w sierpniu gadamy, kto pójdzie na urlop, żeby nie widzieć, jak inni ćwiczą w upale. i potem dziwimy się, że jak przychodzi październik, to nasze siatkarki wyglądają, jakby wyszły prosto ze szkolnej ławki, a nie z sześciotygodniowych obozów na bazie.
i jeszcze te bójki – nie, nie będą szło powiedzieć, że to przez dopalacze albo alkohole, bo sam widziałem, jak koledzy z Hutnika rzucali się na naszych po meczu w 2017, i to nie był żaden doping, tylko zwyczajny problem z ustawieniem, które trener wymyślił na ostatnią chwilę. to się potem sączyło cały październik, bo nikt nie miał odwagi powiedzieć wprost: "chłopaki, przegraliśmy, bo nie byliśmy gotowi, a nie dlatego że tamci byli lepsi". dziś mamy tylko te powtarzające się sceny – październikowe baty zamiast październikowych punktów, i znowu ktoś krzyczy, że to system, a tymczasem ten system to nic innego jak stare "może kiedyś" zeszłego lata, które zebrało się w jeden stos niezdecydowania. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A co wy myślicie, że tamtego październikowego meczu z Hutnikiem nikt z nas nie pamięta? Siedzę czasem wieczorem na trybunie północnej, palę fajkę i obserwuję, jak młodzi kibice pytają starszych o stare czasy – a ci tylko wzruszają ramionami i mówią: "Dajcie spokój z tym meczem, nie ma co wyciągać zakurzonych wspomnień". A ja mam jedno zdjęcie z tamtego dnia, schowane w telefonie, i wiecie co? Na nim widać, jak jedna z naszych zawodniczek, ta nowa libero, stoi przy siatce z twarzą białą jak ściana, a piłka leci wprost w jej ręce, ale ona nawet nie drgnęła. Niczym nie zachęciła drużyny, żadnego okrzyku, żadnego podniesienia tempa. Zupełnie jakbyśmy grali pod inną siatką niż reszta – tę samą siatkę, która w zeszłym sezonie wisiała u nas w hali od stycznia do czerwca, a teraz w październiku znowu okazuje się, że jej rozmiary są tajemnicą dla przeciwnika. I nie chodzi mi nawet o to, że ci z Krakowa mieli lepszych zawodników – mieli po prostu ludzi, którzy wiedzieli, gdzie postawić nogę i kiedy krzyknąć. Myślicie, że to pech albo system? A ja wam powiem, że to po prostu obciach – i to na tyle duży, że aż chce się walczyć na trybunach, bo na boisku nie ma już co szukać godności.
Hype to nie argument.
A no właśnie, pamiętam jak w 2016 mieliśmy październikowy mecz z Wisłą — temperatura ledwie piętnastka, ale gra to była, no, walka! Tylko że u nas na trybunie akurat ten jeden raz zebrało się tyle osób, co normalnie na grudniowy wieczór — wszyscy chcieli zobaczyć, jak sobie poradzimy z tymi chłodami. I wiecie co? Przegraliśmy 0:3, ale nie dlatego, że było zimno, tylko dlatego, że nasz rozgrywający dosłownie rozbijał się o siatkę zamiast grać. Potem przez tydzień słuchałem narzekań w szatni, że "trener dał za mało czasu na aklimatyzację", ale kto w sierpniu myślał o październiku? Ja sam wtedy pomagałem organizować obóz juniorek, bo nikt inny nie chciał — i co, w październiku mieliśmy kibiców, ale nie mieliśmy drużyny do grania. Teraz patrzę na te wszystkie spostrzeżenia o Cracovii i mam jedno pytanie: ilu z was tamtej jesieni naprawdę siedziało na treningach z młodzieżą? Bo ja znam odpowiedź — może z pięć osób w całym klubie, reszta kombinowała, jakby październik był daleko. I niech ktoś nie mówi, że to nie ma związku — mecz z Hutnikiem nie wydarzył się w próżni, tylko w tym samym wrześniu, w którym my budowaliśmy banery na wrześniowy happening uliczny. Cracovia nie liczy na cuda, oni liczą, że ich zawodnicy nie będą musieli się uczyć ustawień na żywo — my? My ciągle wierzymy, że jak już raz dasz radę, to druga połowa sezonu sama się ułoży. No to proszę bardzo — oto nasz październikowy dorobek: punkty w tabeli, które zostały w szatni obok flakoników z żelem antybakteryjnym, który nikomu się nie chciało rozlać.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ludzie, nie wymyślajcie, że to system albo pech, bo ja wam powiem coś wprost: przez te bójki tracimy nie punkty, tylko twarz. Jak patrzę na tamten październik z Hutnikiem, to widzę samych naszych facetów, co wracają z meczu i opowiadają, że jakieś dzieciaki z drugiej strony krzyczały "Jastrzębie, sypią się wasi!", a nasi na to nic, tylko patrzyli, jakby im ktoś mózg wyłączył. No i co? Też zaatakować? A może wziąć się za robotę i pokazać, że te krzyki to tylko puste gadanie?
Widzicie, w tym całym szumie o przygotowaniach zapomina się o jednej rzeczy: październik to nie wróżenie z fusów, tylko normalna pora sezonu. Cracovia nie ma magicznego kurortu, gdzie ich siatkarki uczą się grać w praniu – oni mają po prostu plan, który realizują od lata. My? My mamy "plan B" na plan B, a październikowi mecz gramy w deszczu albo w świątecznym nastroju, bo nikt nie chciał zaplanować sezonu z myślą o jesieni.
I jeszcze jedno – ten mecz z Hutnikiem nie był porażką pogody, tylko porażką... no, po prostu porażką. Jakby ktoś powiedział: "Dzień dobry, dziś gramy w październiku, nie przygotowaliśmy się, to teraz się bije". A potem dziwimy się, że następnego dnia w gazetach piszą o nas jak o chuliganach, a nie o drużynie, która ma coś do pokazania. Wkurza mnie to, bo przecież nie jesteśmy gorsi – tylko nikt nie chce za nas grać, nawet my sami 😡🔴
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
ej no nie mogę uwierzyć że znowu ktoś wyciąga ten mecz z Hutnikiem jak jakiś czarodziejską różdżką 🤬 nie no serio, pamiętam tamtego dnia jakby to było wczoraj — ale nie dlatego że było źle, tylko dlatego że było taka SIĘ NAWET MOŻNA BYŁO ZAGRAĆ normalnie, nie? Wchodzę na trybuny, a tu atmosfera że aż ciarki mnie przeszły, wszyscy dopingowali jak szaleni, a zawodniczki? Stoją jak słupy przy siatce, bo ktoś wymyślił że nasza nowa libero ma nie ćwiczyć obrony bo "jeszcze za wcześnie na kontuzje" 😱 i jeszcze się dziwią że piłki nie łapała!
I co ty mi tu bredzisz o Cracovii, że niby oni mają jakiś magiczny plan? A ja pamiętam ich mecz z Projektem w zeszłym sezonie — październik, deszcz leje jak z cebra, a one grają jakby im ktoś 5 kieliszków wódki dolej przed rozgrzewką! No i co? Przegrali 0:3, ale nikt nie walczył na trybunach tylko bo nikt nie miał do kogo strzelać! Bo tam też ktoś nie chciał przygotować się na jesień! 🔥
A te bójki? Oj tam, niech ktoś inny gada — my bijemy się bo jesteśmy WARIATAMI co tracą cierpliwość na wasze ciągle "może kiedyś", a nie bo mamy ochotę na kopanie! System? Pech? Wiem co mówię — byłem na tym meczu z Wartaślą w listopadzie 2019, dwadzieścia stopni, i zagraliśmy jakbyśmy mieli nogi z ołowiu, a oni jakby mieli skrzydła! I wiecie co? Nikt nie walczył na trybunach — graliśmy normalnie, tylko kiepsko! A teraz? Teraz jesteśmy gotowi podpalić trybuny, bo nie mamy co innego do roboty poza marzeniem!
No ale dobra, niech będzie — może faktycznie październik to najgorszy miesiąc do grania 😤 tylko że nie przez pogodę, tylko przez te wszystkie "specjalistów od sezonu" co w sierpniu siedzą w knajpie zamiast na treningu! Cracovia nie ma żadnego sekretu — oni mają tylko podstawę: nie odpuszczają! A my? My mamy za dużo "może" i za mało "trzeba"! 💪🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej no dobra, Marta, ale ty chyba zapomniałaś, kto w 2018 roku przyjechał do Jastrzębia na mecz z tą samą Cracovią co ty — i w dodatku w październiku, i w dodatku z takim humorem w nogach, że nasze dziewczyny rozbijały się o podłoże jakby na dworcu kolejowym.
pamiętasz? nie było żadnego "może kiedyś", nie było żadnej frazesy o pogodzie — przeciwniczki miały za sobą ledwie tydzień przerwy, my mieliśmy za sobą dwa tygodnie obozu w Czechach, gdzie trenowaliśmy nawet jak padał grad, bo ktoś (nie no, konkretnie trener Walczak) powiedział, że jeśli chcemy grać w październiku na spoko, to trzeba się przygotować na grudzień na miejscu.
i co? wygraliśmy 3:1, i to nie dlatego że mieliśmy więcej punktów w tabeli czy lepszych zawodników — mieliśmy tylko jednego przewodnika, co wiedział, że październik to nie koniec świata, tylko początek sezonu. a teraz patrzę, jak ktoś narzeka na system, a zapomina, że tamtego październikowego wieczoru nikt nie walczył na trybunach, bo nie było ku temu powodu — graliśmy, bo byliśmy gotowi, a nie dlatego że ktoś nas wygnał z boiska emocjami.
no i jeszcze jedno — wiesz, kto siedział na trybunie tamtego dnia? prawie cała rodzina Walczaka, czyli ten facet, co potem przez trzy lata miał na swoim koncie najwięcej przepracowanych tygodni w sezonie. on nie marnował sierpnia na kombinowanie, tylko kazał nam biegać w deszczu, bo wiedział, że październik nie wybacza błędów.
więc zamiast wyciągać zeszłoroczny mecz z Hutnikiem jak rachunek za prąd, może zróbcie coś konkretnego? idźcie do prezesa i powiedzcie, że chcecie obozu jesienią — bo tak, wiem, brzmi głupio, ale w październiku nie ma już czasu na lato. a jak nie macie na to ochoty, to siadajcie na trybunie i dopingujcie jak trzeba, zamiast walczyć z kim popadnie. bo drużyny nie biją się od września po trybunach — to my, kibice, sami sobie wymyślamy ten chaos.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, Gwizdek, ty naprawdę trafiłeś w dziesiątkę z tym Walczakiem — bo ja sam widziałem, jak w zeszłym październiku na meczu z Legionovią nasze dziewczyny po pierwszym secie miały twarze jak u studentów pierwszego dnia sesji, a przeciwniczki rzucały do ataku jakby miały baterie doładowane w hotelu, a nie w naszej hali. I co? Zamiast skorygować ustawienie, to trener zrobił taką minę, jakby ktoś mu powiedział, że jutro nie będzie mleka w sklepie. A potem gadaliśmy o tym w szatni, że jakby oni w sierpniu mieli choć połowę tej motywacji co teraz na trybunach, tobyśmy mieli już trzy punkty zamiast trzech pytań bez odpowiedzi.
No i jeszcze jedna rzecz — jak tu niedawno rozmawiałem z jedną z wolontariuszek, która nosi nam wodę na meczach, to powiedziała, że w zeszłym roku w październiku zebrała trzy razy więcej plastikowych butelek z podłogi niż punktów w tabeli. Bo ktoś uznał, że jak zawodniczki nie mogą utrzymać piłki, to niech przynajmniej kibice będą mieli co wytrzeć ze ściągniętych butów. Brzmi jak żart, ale… no właśnie.
Najpierw próba, potem wnioski.
No niech no sobie przypomnę, jak to było w zeszłym październiku na meczu z Hutnikiem — staliśmy wszyscy pod trybuną północną, bo ktoś zapomniał, że drzwi nie są dla nas, i gadało się o tym, że może tym razem jednak coś pójdzie. A tu proszę bardzo: przeciwniczki wchodziły na boisko jakby miały do odegrania życiową rolę w serialu, a nasze dziewczyny? Jedna z nich, ta libero, stała przy siatce jak posąg, a piłki latały jej koło rąk jak mewy wokół statku. I nikt nie krzyknął, nikt nie zakomunikował, że "tu jest pole do popisu", tylko patrzeliśmy po sobie, jakbyśmy oglądali film, który się zacina.
Ale widzicie, ta cała dyskusja o październiku — to nie jest tak, że my jesteśmy gorsi albo mamy pecha przez pogodę albo siatkę. To jest tak, że my wciąż traktujemy sezon jak coś, co można odłożyć na później, a oni z Cracovii — i nie tylko — traktują go jak coś, co się ROBI od samego początku. Siedzę czasem wieczorem i myślę: ilu z nas, kibiców, naprawdę kiedykolwiek poprosiło trenera o jedno dodatkowe spotkanie w sierpniu? Ilu z nas poszło wtedy do klubu, żeby pomóc rozstawić sprzęt albo posprzątać halę? Bo ja widzę po tej stronie, że tyle samo co marzeń o październiku mamy wymówek, dlaczego "jeszcze nie teraz".
Gwizdek ma rację, że tamten mecz w 2018 roku z Cracovią to był punkt zwrotny — i nie dlatego że oni mieli lepszych zawodników, tylko dlatego że my byliśmy przygotowani. Nie oszukujmy się: październik to nie wróżenie z fusów, tylko normalna pora sezonu, w której albo grasz, albo patrzysz, jak inni grają. A my? My zamiast biegać w deszczu w sierpniu, kombinujemy, jakby ten miesiąc był karą zesłaną z nieba.
I tak właściwie to nie jest pytanie o to, czy jesteśmy gorsi od Cracovii — bo przecież nie jesteśmy. Pytanie jest tylko jedno: kiedy w końcu zrozumiemy, że październik nie wybacza błędów, których nie naprawimy w sierpniu? Bo póki co, to my sami wciąż wyciągamy zeszłoroczne bilety do teatru, zamiast kupić bilet na trening.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊