Jakby to było wrócić do lat, gdy na trybunach zawsze działo się magia
pamiętam jak ten mój pierwszy mecz wiosny 2019 na ul. Conrada, tam przy tym płocie gdzie teraz rosną te brudne brzozy — ludzie naprawdę dopiero co ogarniacze zielonych kontenerów wystawili, bo kibolów to przed budową trybuny nie spodziewali się chyba nikt. i tak staliśmy wciśnięci między tymi szarymi słupami, ja z moim kilkudziesięcioletnim płaszczem przeciwdeszczowym co śmierdział naftaliną, a obok facet w koszulce z lat 90. "warszawiaków" jakimiś dziwnymi metodami namalowaną. i nagle — huk, grają, biją się, kibice wrzeszczą, a ja myślę sobie: dobra, wreszcie nie za cegłami, nie wrem za trzymanie parasola nad własnym łbem — wreszcie jesteśmy wśród swoich.
a potem ten gol od skądś z drugiej strony boiska, nikt nie wiedział kto strzelił tylko że jakiś obrotny chłop z plecami, i cała trybuna runęła jak jeden. niektórzy wyskoczyli na boisko z butelkami, inni płakali, jeden facet wyskoczył do sędziego z krzykiem „ale to nie faul!". no i potem ten doping pod koniec meczu, gdy wynik był już ustalony, i wszyscy razem — „projekt, projekt, projekt" — aż głosy zawodziły. niech ktoś powie, że to był pierwszy raz w lidze — myśmy wtedy cały stadion nosili na plecach.
a ja tam stałem i myślałem: cholera, wreszcie jesteśmy. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A u mnie było na Bemowie, przy tej starej hali sportowej gdzie teraz te baraki są dla budowlańców... stałem z paczką kumpli co wiedziałem od zawsze, że to nasz czas. Byłem taki podekscytowany że butelkę coli wylałem prosto w buty bo wziąłem ją w garść i nie zdążyłem się ruszyć. Pamiętam ten zapach wilgotnego betonu i papierosów co wszyscy puszczali wkoło, aż cały sektor śmierdział jak stary autobus miejski. A jak ten mecz się zaczął to myślałem "kurwa, nie mogę oddychać" bo serce mi waliło tak że słyszałem je przez całe gardło. I ten jeden moment... gdy padł pierwszy gol, a ja zrobiłem taki skok że omal nie walnąłem dziobem w plecy faceta przed sobą... 😱🔥 potem wszyscy się przytulali jakbyśmy byli rodziną co dawno się nie widziała. A jak doping się zaczął to miałem łzy w oczach bo brzmiało jakby 5 tysięcy gardeł było jednym. Cholera, jakie to było szczęście... no ale fajnie że ktoś o tym jeszcze pamięta! Bo dziś nie ma takich chwil... chyba że w knajpie po meczu 🍻💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a my znowu mieliśmy pecha że trafiliśmy na ten cholerny derbowy numer, na stadion na Torwarze jeszcze za czasów gdy trybuna była tak stroma że można było się pokaleczyć przy zejściu — pamiętacie? no ale akurat tamtego wieczora, jakby ktoś zaprogramował, że mamy wejść w magię, bo weszliśmy akurat pod trybunę gości i trafił nas ten powietrze jakby ktoś otworzył okno do lata. facet obok mnie, ten ze szalikiem "projekt warszawa" zwieszającym się do połowy tyłka, złapał mnie za ramię i krzyknął „słyszysz to?!” — a tam, za płotem, nasza szatnia się otworzyła i wyszli chłopaki w tej pierwszej co jakiś czas brudnej, ale boskiej koszulce z numerami od 1 do 18, i od razu zrobiło się głośniej niż na całej ulicy.
i ten jeden moment, gdy jeden z nich, ten mały skrzydłowy co wyglądał jakby miał 12 lat, podbiegł do siatki, machnął ręką do nas i powiedział coś czego nikt nie usłyszał — ale myśmy wszyscy zareagowali jakby to był rozkaz. on po prostu „hej!” krzyknął, my odpowiedzieliśmy „hej!”, i nagle ta cała masa ludzi co stała jakby czekała na znak, zaczęła walić w metalowe barierki jakby to był bęben. a ja stałem tam z tym swoim kubkiem kawy co wylewał mi się na rękaw, i myślałem: dobra, teraz albo nigdy.
potem ten mecz, te 3:1, i ten jeden set gdy nasz libero odbił piłkę prosto na atak naszego środkowego, a ten skoczył tak że praktycznie dotknął siatki ręką — wszyscy wrzeszczeli że to na 100% punkt, a on jeszcze uderzył pięścią w powietrze, i ja z tym kubkiem co kapał mi na buty, też machnąłem pięścią w górę i krzyknąłem coś bez sensu — a facet obok mnie, ten co miał ten dziwny szalik, złapał mnie za kark i powiedział „teraz jesteśmy rodziną, chłopie”. i to było chyba najbardziej prawdziwe zdanie jakie ktokolwiek tam wtedy powiedział.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no dobra, a u mnie to było na Bemowie, ale nie z butelką coli w butach, tylko z butelką piwa w plecak — i oczywiście tak ją ścisnąłem, że wylała się prosto na nerkę mojego kolegi, który jeszcze dzisiaj mnie za to nienawidzi. ale co tam, facet z nerką? chociaż tyle emocji wciąż w nas zostało! pamiętam jak biegłem przez te betonowe schody na trybunę, zaplątałem się w ten szalik kibica który wisiał na płocie — myślałem że już nigdy nie dostanę powietrza, a tuż przed mną jakiś dzieciak wrzeszczał „tato, tato, oni grają w zielonych!” i ten facet w średnim wieku obok niego aż się zaśmiał że mu łzy poleciały. potem ten mecz, ten huk, i nagle wszyscy razem — „PROJEKT WARSZAWA” — a ja, zamiast krzyczeć, walnąłem się w czoło o ramię kolegi i mu powiedziałem „kurwa, zapomniałem wziąć okularów do czytania” — na co on odpowiedział „spokojnie, tu się chodzi na odruchach!”.
i kiedy nasz libero wyskoczył jak spadochroniarz z samolotu, a piłka wylądowała mu dosłownie na nosie — no to ja również omal nie poleciałem na trybuny, bo potknąłem się o swoją własną nogę co dziwnie się zaplątała w czyjś szalik. ale nikt nie zwrócił na to uwagi, bo wszyscy wrzeszczeli jak opętani, a ja po prostu stałem tam z szeroko otwartymi oczami i myślałem: „o cholera, jeszcze raz to samo i umrę tu na miejscu”. i chyba nie umarłem, bo do dziś żyję — chociaż czasem się zastanawiam, czy nie było by lepiej dla wszystkich, gdyby jednak umarłem przy tym golu…
ale co tam, fajnie że ktoś o tym jeszcze pamięta, bo dzisiaj to na trybunach bardziej liczy się selfie niż doping, a ja wolę stare, dobre czasy gdy kibice byli tacy prawdziwi że im z butów śmierdziało i im się nerkę zalewało, a nie to „wow, tu jest tak fajnie!” 😂🍻🔥