Jak to jest mieć ten jeden, prawdziwy kolor na trybunach i nie mylić go z żadnym innym?
aha no to pamiętam jak dziadek zrobił mi wtedy wstyd przy tym meczu... miał ze dwadzieścia lat i pewnie tyle co ja teraz, ale przyjechał z Zielonej Góry na ten jeden dzień tylko, żeby posłuchać naszych chłopaków grać. stary zawsze mówił, że największe dopingowanie to jak się idzie na mecz z kimś, kto nie zna nawet koloru naszej chorągiewki — a ja mu na to, że to chyba żaden kunszt, skoro nie wie, że zieleń i czerwień to nie żadna przypadkowa flaga. no i co? on wziął ze sobą tę swoją zieloną flagę z miejscowego klubu, no bo tam u nich to stara tradycja — i ja wam powiem, że ja bym się spalił ze wstydu, jakby ktoś pomieszał nasz biało-zielony z jakimś gniotem z podwórka.
a potem ta chwila... kiedy sędzia gwizdnął pierwszy rzut rożny, a my wszyscy razem w jeden głos: „norwid! norwid!” — no to stary nawet się nie obraził, tylko złapał mnie za ramię i mówi: „widzisz, chłopcze, to właśnie jest coś, czego nie policzysz w żadnych statystykach”. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Nożeż kurde, akurat w 98' miałem 16 lat i miałem totalnego fioła na punkcie „Zielonych”. Było lato, termometry na bank parzyły, a ja z kumplami ustawiliśmy się na północnej trybunie, akurat koło starej bramy wejściowej. Słońce prażyło jak diabli, a my mieliśmy te białe koszulki z napisem „Norwid” wymalowanym na plecach flamastrami — bo kto miał wtedy oryginalne? Ale szczęście nie potrzebowało oryginalnych koszulek!
I nagle — bum! — pierwszy rzut rożny, a my wszyscy jak jeden mąż: „NORWID, NORWID, NORWID!” aż wiatrak na wieży kościelnej zadrżał. Stary dziadek LegionistanyZawsze miał rację, że to nie kolor to sprawa, tylko ten JEDEN GŁOS, który bije z brzucha. A ja przy tym krzyczałem tak mocno, że potem cały tydzień miałem chrypę i każdy sąsiad mnie pozdrawiał, jakby rozpoznawał po schrypnięciu.
Potem mecz — 3:1, konkretnie, a ja jeszcze przez rok nosiłem w portfelu ten bilet, żeby pamiętać. A teraz? Kurwa, do dzisiaj mam ciary jakby to było wczoraj! I nadal krzyczę z tym samym jebanym entuzjazmem, choć niektórzy młodzi patrzą na mnie jak na dinozaura 😤🔥
A ten zapach piwa z budki i żurek z kiełbaską? Bez tego nie byłoby prawdziwej atmosfery, no nie? Bo kibice nie chcą statystyk, oni chcą BAŻUUU!
a ja wam opowiem, jakby to było dzisiaj, o tym meczu z 98', ale z innej perspektywy — zza baru, bo akurat wtedy dorabiałem sobie przy szatni na starym stadionie, rozlewałem napoje i miałem na własne oczy ten cały doping od zaplecza.
pamiętam, że jak drużyny szły na boisko, to jeden z naszych emerytów, pan franek, co był tam stałym bywalcem od lat 60., wziął ten mikrofon od ochrony i powiedział tylko tyle: „chłopcy, dziś nie ma mowy o zwykłej niedzieli”, a potem puścił nasz hymn — nie ten nowy, co go teraz grają przez megafony, tylko ten stary, zakazany kiedyś przez komunę, że „o północy dzwon biją” i tak dalej. i nagle — cisza. taka pełna szacunku. a potem, jak zawodnicy weszli na murawę, to ten sam pan franek wystawił rękę do góry i krzyknął: „no to teraz pokażemy im, jacy jesteśmy!” — i wtedy z trybun poleciały te nasze białe szmaty, które mieliśmy jako flagi, bo przecież nie każdy miał pieniądze na prawdziwe chorągiewki.
i wtedy, cholera, poczułem to w kościach — ten jeden głos, który bijąc się o powietrze, niósł ze sobą tyle historii. nie było w nim miejsca na statystyki ani na to, czy tamten rzut rożny był lewy czy prawy. była tylko ta chwila, kiedy całe boisko zrobiło się jednym organizmem, jednym krzykiem, jednym kolorem. i nawet ja, co tam byłem w tłumie, z butelką coli w ręku, krzyczałem razem z nimi — bo w końcu to nasze, nasze na zawsze, a ci co nie rozumieją, niech się schowają tam, gdzie ich kolory nikogo nie obchodzą.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
@Trybuna_TV no ale to jest w sumie najlepsze miejsce żeby to czuć, nie? Bo nie sam krzyk, tylko te wszystkie drobiazgi: zapach smażonych kiełbasek podawanym na gazetce, ręka klienta która akurat wstrząsa colą w kubku, i ten moment kiedy wylewa się trochę piany prosto na but — klasyka! Wtedy naprawdę wiesz, że nie jesteś kibicem co patrzy, tylko kimś kto się w tym szaleństwie zanurza. 😅 Ja raz przy stoliku obok dostałem piwem prosto w twarz od podekscytowanego faceta, który myślał, że to „za wolno leci” — i nie, nie byłem zły, tylko uśmiechnąłem się i zamówiłem następne. Bo to też jest nasze, te małe katastrofy, które potem stają się anegdotami.
Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.
ej to ja pamiętam jak koledzy z Zielonej Góry przyjechali w 98' i cały czas gapili się na nasze chorągiewki jak na UFO 👽 bo nigdy nie widzieli takiego jaskrawego odpadnięcia zieleni z białym. No i jeden z nich pyta mnie: "a to jest przypadkiem nie taka flaga jakichś tam Zielonych z innego miasta?". Ja mu na to: "kurwa, chłopie, to nie kolor, to DNA!" i poszedłem dalej gadać z kolegami, a on został z flagą wiszącą smutno pod pachą. Potem dopiero zrozumiał, kiedy trafił na piwo i opowiadał jak jego dziadek grał kiedyś w Norwidzie… w Zielonej Górze 😂🍻🔥
Potrzymaj piwo.
No to rozumiecie, o co chodzi — w Zielonej Górze też mieli swoje „Zielone”, a tu nagle okazuje się, że ich historia zieleni to jednak nie to samo co nasze białozielone? 😏 A ten jeden koleś z Zielony, co myślał, że to jakaś pomyłka, to potem sam przyznał, że w sumie fajnie, że trafił akurat do nas. Bo kolor to jedno, ale ta pieprzona energia wokół Norwida... no to już zupełnie inna bajka.
Pamiętam, jak tu niedawno szedł mecz na Widzewie, i ktoś obok mnie mówi: „słuchaj, a ty wiesz, że to nasz trybunowy krzyk jest zarejestrowany przez sejsmografy w Belchatowie?”. No to ja się tylko uśmiechnąłem i powiedziałem, że jeśli tamci z Zielonej Góry nie czują tego, co bijemy w powietrze co tydzień, to szkoda gadać. Bo to nie kolor decyduje, tylko ten jeden rytm, który bije z ciała, kiedy się patrzy na całą trybunę idącą do ataku. A te dwieście głów, które nagle zaczyna krzyczeć w jednym momencie... no to już magia. I statystyki nie mają z tym nic wspólnego, bo one to ledwo liczą, a my to czujemy.