Jak pióra pod skrzydłami – czyli wzlatywaliśmy ponad ligę!
a kurde, że też akurat mnie to wkurzało, jak na trybunach gadali o tym meczu, bo przecież każdy niby zna, a mało kto tak naprawdę pamięta klimat tamtego wieczora. nie żebym się tam cofał specjalnie, ale pamiętam, jakby to było wczoraj – ja z jakimś kolegą z warsztatu stałem pod samym wejściem dla kibiców gości, tych od katowickiego gniazda, no i mieli już wtedy reputację twardej ekipy, sami nie raz widzieli gorszych rzeczy w tych barwach. było trochę nerwówki, bo każdy wiedział, że to nie będzie spacer, ale kiedyś się jeździło na takie spotkania i wracało z podniesioną głową, czy się wygra, czy nie.
no i zaczęliśmy ten mecz normalnie – niby jakby to miało być typowe sobotnie spotkanie ligi, ale atmosfera była taka, że aż duszno, w sensie nie przyjemnie duszno, tylko taki doping, który czuć w kościach. pamiętam, jak jeden facet z naprzeciwka krzyczał do naszego napastnika, że to dla niego za ciężki orzech, a ten mu wtedy tylko podrzucił piłkę do rąk i strzelił, że ciśnie jakieś cholerne poleca prosto do siatki. bo ja wiem, może to komuś wydawać się trywialne, ale dla nas wtedy to był sygnał, że nieprzypadkiem mówią, że jastrzębie w tym sezonie latają.
potem ta cała historia z rzutami, no cholera... przecież to był koszmar, bo GKS Katowice wyszli na prowadzenie już w pierwszej połowie, i to jeszcze takim trafieniem z dystansu, że wszyscy byliśmy w szoku, jakby im się coś odkręciło. ale pamiętam jednego – nasz bramkarz, ten stary wyga, co zawsze miał ręce jak miś, złapał kilka strzałów, które normalnie latem szłyby w róg, i jeszcze dogadał się z obrońcami, że trzeba przetrzymać, bo coś się szykuje. i faktycznie, w drugiej połowie poszło już po naszej myśli, a potem te karne...
ale no dobra, nie będę się rozwodził, bo jak to się mówi: kto w 1995 nie widział tamtego meczu na żywo, to już nie doczeka się tylu emocji na raz. pamiętam, jakśmy potem szli do domu piechotą przez całe miasto, bo transporty miały opóźnienie, i cały czas ktoś nucił tamten hymn albo opowiadał dowcipy, które normalnie by nikogo nie rozbawiły. no ale zobaczymy, kto w tym sezonie dorzuci coś do naszej legendy 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ej, no i mnie się rozpalają uszy, jak tylko ktoś wspomni ten cholerny mecz 95! a wiesz co, ja akurat na trybunie gościowej siedziałem, z tymi z katowiczyskami, bo akurat przyjechałem z kumplem na motorze przez Dąbrowę – pamiętasz, starego jaskółkę mieliśmy, która ledwo zipała, ale jakoś dojechaliśmy na ten grat pożyczony od brata 😂 no i co? facet się rozlatywał na zakrętach, a ja modliłem się, żeby nie puścić steru w ostatniej prostej!
ale jak już stanęliśmy na tym powietrzu i zaczęło się, to pamiętam, jak ten zapach spalenizny z siarkowych rac wleciał mi prosto w nos – taki zapach, który ci na zawsze utkwi, jakby ktoś ci wbijał gwóźdź w serce z nostalgią. no i ten krzyk, jak padł gol GKS do nas, no to ja prawie posadziłem faceta obok mnie na beton – a że byłem pewien, że zaraz dostanie, to mu powiedziałem: "trzymaj się, stary, bo za chwilę twoja babka będzie płakać!"
a potem ta nasza odpowiedź... cholera, ja myślałem, że serce mi wyskoczy, jak tygrys pod wodą, co walczy o ostatnie tchnienie! i te rzuty... no ba, nikt nie wierzył, że 77 do jednego, ale jak pierwszy padł, a potem drugi, to moi koledzy ze statku – bo po meczu pojechaliśmy na piwko w knajpie pod stadionem – to oni zaczęli śpiewać ten stary szlagier o jastrzębiu, który gra z ogniem pod skrzydłami!
i jeszcze teraz, jak się spotykamy co roku na wrześniowym spotkaniu, to ktoś zawsze szepcze "a pamiętasz, jak..." i wszyscy się uśmiechają jak idioci, bo wiadomo o co chodzi 🔥💪 no, to jest coś, czego nikt nam nie odbierze, chociażbyś nie wiem co wymyślili w tych statystykach!
Swoich się nie zostawia.
ej no a mnie się nagle przypomniał taki drobiazg, co to dopiero niedawno mi się obił o uszy – a wiecie, jak się zawsze mówiło na te mecze z GKS-em, że oni to twarda sztuka, że jak się raz wsiądzie im na ogon, to się nie odczepi... no to akurat w tym feralnym 95-tym to im się posypało w kontrze, coś strasznego! pamiętam, jak mój kumaty, ten co prowadził wtedy motorówkę na wodzie, coś tam opowiadał o tym, że widział takiego jednego kibica z katowiczyskiej ekipy, co na trybunie gościowej miał taką bluzę z napisanym na plecach "sąsiedzi z piekła rodem" – i facet ten, jak zobaczył naszego napastnika, co strzelił tamtego gola, to rzucił w jego kierunku puszkę po piwie, a ta akurat trafiła wprost w kolano jednego z naszych zawodników! i co byście nie mówili, ten nasz chłop jakby nic się nie stało – podniósł się, splunął i powiedział tylko: "dobra, to teraz ja wam pokażę, kto tu jest z piekła". no i potem, jak szliśmy do szatni po tym meczu, ten sam facet co oberwał puszką przybiegł do nas i wręczyl nam flaszkę wódki z napisem "na zdrowie, sąsiedzi" – i myśleliśmy, że to jakiś żart, ale facet miał łzy w oczach, no bo ich reputacja była taka, że nikt im nie odpuszczał... ale tego dnia, cholera, byliśmy razem jak bracia! i nawet teraz, jak się spotykamy i ktoś komuś opowiada ten kawałek, to wszyscy wybuchają śmiechem i mówią, że to był moment, w którym zrozumieliśmy, że naprawdę jesteśmy drużyną, co lata jak pióra pod skrzydłami! 😄💛
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ej no i mnie się akurat przypomniał ten jeden raz, jak pamiętam, że jechałem na ten mecz 95 w wagonie B, tym gdzie zawsze bywało albo za gorąco, albo za zimno, nigdy tak jak trzeba 😂 bo ja wiedziałem, że to będzie specjalka, bo koleś z naprzeciwka miał przy sobie całą torbę kiełbasy z grilla, a mój kumpel że niby się niepotrzebnie dowcipkuje i mówi "no to teraz będziemy grać kibicami, a nie piłkarzami!".
no i co? pierwszy rzut karny w naszą stronę – facet obok mnie zaczyna krzyczeć "idź już, skurczybyku, oddychaj!" bo ten typ co miał strzelać był tak zdenerwowany, że aż mu ręce drżały jakby miał w nich nie piłkę, tylko dynamit. a potem ten drugi... cholera, ten drugi już był tak spoko, że podszedł, splunął na trawę i strzelił tak, że sędzia musiał się schylić, bo myślał, że to celowy faul 😂 no a ten typ od GKS-u co miał strzelać pierwszy? w ogóle nie trafił bramki, tylko piłkę kopnął tak, że trafiła w fotel sędziego na trybunie VIP, który akurat jadł lody – i facet miał teraz twarz w śmietanie truskawkowej, a my wszyscy byliśmy w szoku, bo myśleliśmy, że to był celowy atak na arystokrację!
potem ten kibol z kiełbasą podzielił się nią z całym wagonem, bo powiedział, że "jak Bóg dał wygraną, to trzeba celebrować, nawet kosztem własnej prywatności", i wszyscy tak strasznie się śmiali, że jeden facet z tyłu pociągnął za hamulec, a my myśleli, że to już koniec świata... dopiero jak pociąg ruszył, to zorientowaliśmy się, że to ten sam koleś co zawsze robi sobie żarty 🤣
i tak oto, moi drodzy, dowiedliśmy, że najlepsze mecze to te, które się pamięta nie przez tabelę, tylko przez kiełbasę z wagonu B, sędziego oblizanego truskawką i rzuty karne, które poleciały nie tam, gdzie miały, tylko wprost do legendy! teraz tylko czekamy, kiedy następny sezon dostarczy nam nowego materiału do opowiadań – albo przynajmniej nowej kiełbasy do zjedzenia w wagonie 🔥💛
Memy to też analiza.