GKS Katowice wyskoczył ze swoim pięciozłym pasmem porażek – ale czy naprawdę jest tak źle, jak mówią tabele?
Patrzcie no, ktoś tu szukał winnych za te porażki, a ja mam podejrzenie, że sędziowie zrobią za nas robotę. 😏 Bo co? Nagle GKS jak by się zaklęło – wygrana z Cuprum, a potem taki fart do rozkładu jazdy? 3:2 w dwa tygodnie później na wyjeździe, przegrana z Gdynią… A to nie przypadek, tylko system. Sędziowie w tym meczu chyba mieli więcej oczu niż zawodnicy na boisku. Zwłaszcza jakby ktoś im podszeptał, że GKS powinien uczyć się latać między meczami. 🤡 Pięć porażek z rzędu to nie pech, to jakaś strategia? Albo ktoś tam na górze lubi kibiców GKSu za darmo.
To loteria, nie piłka.
Gdyby ktokolwiek zaglądał w kalendarz GKS-u, to by widział, że ten "pięciozł" pasmem nie zaczął się znikąd – po prostu dwa, trzy mecze wcześniej mieliśmy naprawdę morderczy harmonogram. Wygrana 3:2 z Cuprum w lutym to była po prostu chwilowa fala, a zaraz potem przyjechał koszmar: trzy razy na cztery spotkania "dżentelmen zero trzy" i jeden raz dwójka straty na wyjeździe. To nie żaden spisek, tylko konsekwencja tego, jakie są naprawdę siły w lidze. Te porażki nie przychodzą znikąd, tylko dlatego, że niektórzy przeciwnicy są po prostu lepsi w tym momencie. A Gdynia akurat okazała się akurat taką drużyną, która potrafi dopalić nawet te nieliczne punkty, które GKSowi zostały. Trzeba pamiętać, że ligowe tabele nie kłamią – i GKS akurat ląduje tam, gdzie powinien. Jeśli myślicie, że sędziowie nagle zaczęli się z nim bawić, to albo macie bardzo wysokie mniemanie o własnej drużynie, albo zanadto uwierzylibyście w bajki.
Najpierw próba, potem wnioski.
No ale spójrzcie tylko na te wszystkie emocje wokół GKS-u, które jakby uderzyły w mur. Bo przecież nikt nie tłumaczy wam, co tak naprawdę dzieje się w momencie, kiedy sędzia sięga po VAR-a – a to przecież klucz do tej całej zagadki, nie?
Słuchajcie, mechanika interwencji VAR to nie jest żadna czarna magia, tylko zestaw jasnych przepisów. VAR wchodzi w grę wtedy, kiedy na boisku została podjęta "oczywista błędna decyzja" lub kiedy doszło do "poważnego przeoczenia" (tzw. "serious missed incident"). To są konkretne punkty regulaminu: sędzia musi sięgnąć po VAR, jeśli chodzi o bramkę/niebramkę, karny/niekarny, czerwona kartka albo błędna identyfikacja zawodnika. Wszystko inne, czyli normalne błędy taktyczne, wybicie piłki poza boisko czy nawet fatalna decyzja trenera o zmianach – to już nie jest przedmiotem VAR-a.
I teraz pytanie: czy w przypadku GKS-u w meczu z Gdynią (2:3) były takie sytuacje, które kwalifikowałyby się pod te kryteria? Patrzę na dostępne informacje i widzę, że skoro wynik jest taki, a nie inny, to albo VAR nie miał czego interweniować, albo po prostu nie było takich momentów, które spełniłyby te rygorystyczne warunki. Czyli nie ma tu żadnego ukrytego spisku – po prostu GKS trafił na drużynę, która była w tym meczu po prostu lepsza, a sędziowie (również ci z wideo) nie mieli technicznych powodów, by zmieniać orzeczenia na korzyść katowiczan.
Dlatego ta narracja o "sędzich-robotach" albo "ukartowanym losie" to po prostu następstwo braku konkretnej wiedzy o przepisach. VAR nie interweniuje w każdej kontrowersji, tylko w wybranych, ściśle określonych sytuacjach. I dopóki nie pojawi się dowód na to, że któryś z tych punktów został pominięty – to niestety, sympatycy GKS-u będą musieli pogodzić się z tym, że to po prostu futbol. Bez żadnego tajemnego systemu.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
siema! 🔴🔥 ale numer mi tu zrobili z tym VAR-em, kurwa! Gdynia grała tak, jakby mieli do dyspozycji hakemów na 24 godziny w dobę, a GKS? to się wykasował sam z boiska!!! 🤬 trzy razy 0:3, cztery dni po wygranej 3:2, a tu nagle drugoligowi coś odwalają? no niech ktoś mi powie kto te tablelkzy liczy?? bo ja widzę tylko ukartowany spisek, żeby nas do Extraklasy wpakować albo co! 😡
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A, no i masz – kurczę blade, jak na mój gust ten VAR to jednak nie jest ten diabeł, co go malują, ale WiaraLechawierni ma w punkt w tym, że z Gdynią to GKS naprawdę wyglądał, jakby im ktoś podłączył dodatkowy zestaw oczu do szyi. Sam widziałem ten mecz – nie to, żebym się na boisku znał jak varsavianista na bulwarze, ale jeden rzut oka i było widać, że katowiczanie albo nie mieli sił, albo zapomnieli, że futbol to jednak gra zespołowa, a nie indywidualna sesja na siłowni.
Tam, w Gdyni, zdarzyło się coś dziwnego – GKS wchodził w każdy atak, jakby miał kamienie w butach, a obrona przeciwnika działała niczym drużyna z krwi i kości. Pamiętam, jak mój kolega z Żor na trybunie krzyczał, że skoro już VAR tu jest, to niech się przygląda, bo GKS chyba zapomniał, jak się gra w piłkę nożną – a VAR właśnie nie interweniuje w "zapominalstwo", tylko w "oczywiste błędy". I tu się pojawia ten haczyk: nikt nie oponuje przeciwko temu, że GKS gra kiepsko, ale za to jest szum wokół sędziów, jakby oni mieli uruchamiać się sami z siebie, kiedy drużynie brakuje formy.
Ale z drugiej strony – WiaraLechawierni ma rację, że coś tu nie gra, tylko niekoniecznie w postaci VAR-a. GKS Katowice przed tym szlagierem z Cuprum Gorzowiem też przegrywał, tyle że akurat wtedy padło 0:3, ale nikt nie robił dramatu. Dopiero te trzy kolejne porażki w towarzystwie przegranej z Gdynią, i nagle wszyscy mówią o spisku. A przecież statystyki nie kłamią – GKS naprawdę ląduje tam, gdzie powinien, i jeśli komuś się to nie podoba, to problem leży gdzie indziej, a nie u arbitrów. Bo jeśli mówimy o tych "trzech zerach" pod rząd, to nie VAR je spowodował – tylko to, że w lidze są zespoły, które w danym momencie po prostu grają lepiej, a GKS jeszcze nie nadrobił strat. I tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Dzisiaj rano ktoś mi powiedział, że jeśli GKS miałby coś wspólnego z tymi trzema zerami z rzędu, to pewnie zapomniał wyłączyć ekspres – bo nic innego nie działa tak spójnie i mechanicznie jak ten wynik. A skoro już mowa o marazmie, to powiedzcie mi, dlaczego nikt nie pyta, co się działo między 22 lutego a 4 marca? Bo macie tam kalendarz nie obciążony, a przecież trzy porażki na cztery mecze to nie pech, tylko dowód na to, że albo przeciwnicy nagle pouczali się od siebie nawzajem, albo katowiczanie wrócili z ferii z nogami pełnymi waciku. W meczu z Cuprum jeszcze mieliśmy choćby dwa sety wygrane – nie idealnie, ale grali. Potem? Zero punktów, zero emocji, zero cienia dawnej gwardii. I nie, nie chodzi mi o VAR, bo ten ewentualny błąd w Gdyni i tak nigdy nie przybliży nas do odpowiedzi na pytanie: gdzie podziała się ta energia, która raz na jakiś czas jeszcze w lutym potrafiła oderwać drużynę od dna? W marcu zdaje się, że dno samo zaczęło się podnosić ku nim – aż po same gardła.
Gdzie dowody?
Akurat OldSchoolStaraSzkola trafił w sedno, bo nikt nie zadaje sobie trudu, żeby popatrzeć na kalendarz GKS-u – i to nie chodzi o VAR-a, tylko o to, co dzieje się między meczami. Ja sam siedziałem kiedyś w zarządzie amatorskiej ekipy w Jelczu-Laskowicach i mieliśmy dokładnie ten sam problem: po meczu, który ledwo wygraliśmy 2:1 w marcu, przyszedł taki tydzień, że od wtorku do soboty treningi były na lodowisku, a w niedzielę mieliśmy drugi mecz w ciągu czterech dni. Efekt? Porażka 0:3 z drużyną, która akurat miała więcej świeżości w nogach, a potem jeszcze półgodziny w autobusie do następnego miasta, żeby znowu przegrać. I nikt nie krzyczał o sędziach – po prostu nogi nie podołały harmonogramowi.
GKS Katowice ma teraz dokładnie ten sam przepis na porażkę: trzy spotkania w czternaście dni, w tym dwa na wyjeździe, a do tego – jakby ktoś specjalnie tak ustawił – najtrudniejsi przeciwnicy akurat trafili na ten okres. W lutym jeszcze mieli wybór: Cuprum Gorzów to nie jest potwór, ale już od marca? Trzy zespoły z górnej połowy tabeli po kolei – i nikt nie rozpisuje się, dlaczego nagle katowiczanie stracili dynamikę. Bo dynamika nie ginie w próżni, tylko wtedy, gdy organizm nie daje rady. A tutaj organizm dostał nakaz grania non-stop, jakby GKS miał podpisać kontrakt z produkcją energii, a nie z ligą siatkówki. Trudno się dziwić, że odbijają się od dna – problem wcale nie leży w jakości kadry, tylko w tym, że ktoś zapomniał o tym, że futbol (a zwłaszcza siatkówka) to jednak sport wytrzymałościowy, a nie sprint na odcinku 50 metrów.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No bo faktycznie – GKS w marcu ma coś, co można by nazwać "efektem domina po ferii karnawałowych". Te trzy zera to nie przypadek, tylko rezultat kalendarza, który ktoś w Poznaniu pewnie zaprojektował na zasadzie: "zabawmy ich trochę". Weźmy samą logistykę: 4 marca wyjazd do Słupska, 2 marca przegrana z Gdańskiem, 10 marca znów u siebie z Bełchatowem, a 21 marca zaledwie cztery dni po Cuprum – znów w domu. Tyle samo spotkań w dwa tygodnie, co niektóre drużyny w całym miesiącu. I co się dzieje, kiedy gracze dostają nakaz grania non-stop, jakby byli maszynerią zasilaną bateriami AA?
Przecież to nie jest tak, że GKS nagle zapomniał, jak się gra. To po prostu fizjologia – nogi same mówią "dość", kiedy organizm dostaje za dużo bodźców na raz. A tu jeszcze akurat trafił się ten pakiet przeciwników: Słupsk, Gdańsk i Bełchatów w tym samym okresie to nie jest żarty. I nikt nie pyta, dlaczego formy nie było, tylko od razu szuka winnego w VAR-ze albo w tabeli. Tabela mówi tylko tyle, ile powinna – że GKS nie wygrał z przeciwnikami, którzy mieli po prostu więcej świeżości w nogach i lepszy dzień. Reszta to bajki na dobranoc.
Hype to nie argument.
Boże, to już naprawdę zaczyna śmierdzieć schematem, jakby ktoś w biurze rozgrywek w Poznaniu wcisnął przycisk "graj tylko z GKS-em po świętach". Ja pamiętam ten okres z zespołu, w którym jeszcze grałem jako młokos w II lidze – a był to akurat grudzień i styczeń, kiedy kalendarz wyglądał tak, że mecz co drugiego dnia, a od wtorku do soboty sami lotnisko i autokar. Efekt? Porażka 0:3 z Ostródą, a dwa tygodnie później z tym samym zespołem 2:3, bo nogi były w stanie chodzić, ale już nie w stanie skakać. I nikt nie marudził o sędziach – po prostu organizm powiedział "dość" i tyle.
Tutaj mamy dokładnie ten sam mechanizm, tylko w nieco szybszym tempie: GKS pomiędzy 22 lutego a 21 marca zaliczył cztery mecze w szesnaście dni, z czego trzy porażki 0:3. To nie jest przypadek, że akurat teraz wyskoczył taki ciąg – to jest matematyka fizjologii. Kiedy przeciwnik ma świeży skład, a ty grasz drugi mecz w tygodniu na wyjeździe, to nie VAR decyduje o wyniku, tylko to, ile twoje ciało jeszcze jest w stanie oddać. Do tego dorzućmy, że w tym okresie GKS trafił na trzy zespoły z górnej połowy tabeli: Słupsk, Gdańsk i Bełchatów – czyli takich, którzy mają w drużynie graczy, którzy nie muszą się rozgrzewać do meczu, bo grają non-stop przez cały sezon.
Więc zgadzam się z ZosiąKolejorz i PawłemPogonem w tym, że problem tkwi w kalendarzu, a nie w tabelach ani VAR-ze. Ale dorzucę jeszcze jeden element: te trzy kolejne spotkania miały miejsce w momencie, kiedy większość ligowych drużyn właśnie schodziła z ferii karnawałowych, czyli mieliśmy do czynienia z klasycznym "efektem startu sezonu". Ktoś w Poznaniu musiał zapomnieć, że siatkówka to jednak sport, który wymaga regeneracji – a nie tylko ładowania nowego sprzętu do autobusu co drugi dzień.
Aż mi się przykro robi, jak widzę, jak ludzie z Gdyni kibicują tak, jakby mieli udział w zysku z meczu GKS-u – ale nie, nie chodzi o waszą radość, tylko o to, że nawet nie ruszyliście tematu treningów na bazie wodnej.
To nie jest żadna tajemnica, że w marcu zespoły grające w systemie "wszystko naraz" schodzą do 0:3 szybciej niż mój sąsiad z bloku do piwnicy po ostatnim czynszu. GKS pomiędzy 22 lutego a 4 marca miał trzy mecze w dwanaście dni – Słupsk, Gdańsk, Bełchatów – i każdy z nich to była kolejna góra do wejścia, bo akurat mieli świeżość, której katowiczanie nie mogli już zebrać nawet zgrzebłem. ZosiaKolejorz trafiła w dziesiątkę, że to nie nogi same, tylko kalendarz je skręcił – ale ja to widzę na własne oczy w Stali producenci, którzy przy takim napiętym grafikonku zaczynają latać z kontuzjami, bo przecież siłownia nie nadrabia snu, którego nie było.
Stąd ten seryjny upadek: przeciwnik grał, jakby miał sprężynę pod dupą, a GKS wracał z wyjazdów na walnięte kostki, bo dwanaście dni to za mało na regenerację przy takim tempie. I nie, nie chodzi o to, że nagle zapomnieli grać – po prostu faza zawodników skończyła się szybciej niż terminarz. Reszta to bajki, bo tabela nie kłamie, tylko wciska lusterko, w którym widać, kto się spalił.
Gdzie dowody?
Patrzcie, kurczę blade, zgadzam się w stu procentach z ZosiąKolejorz i PawłemPogonem – ten kalendarz to naprawdę morderczy harmonogram i nie ma co udawać, że fizjologia to jakiś wymysł trenerów dookoła głównego boiska. Pamiętam siebie w Gdańsku w marcu zeszłego roku, kiedy to prowadziłem analizę dla lokalnego klubu i mieliśmy dokładnie ten sam problem: mecz w poniedziałek na wyjeździe, wtorek lotnisko, środa trening na mokrej murawie, czwartek drugie spotkanie na hali – i nagle w niedzielę nogi same odmawiały współpracy, jakby ktoś podmienił mi stopy na gumowe. Ale GKS Katowice to jednak inna liga, więc tutaj mechanizm zadziałał na jeszcze wyższym poziomie.
Zgoda, trzy porażki 0:3 w czternaście dni to nie przypadek, tylko wynik przeciążenia organizacyjnego – ale zastanówcie się, dlaczego akurat teraz? Przecież w lutym jeszcze byli w stanie wygrać 3:2 z Cuprum, a tuż po tym – bum, trzy zera. I nie chodzi mi o to, że przeciwnicy nagle stali się lepsi, tylko o to, że GKS w marcu dostał taki pakiet meczów, jakby ktoś celowo wymieszał im trybunę z harmoniogramem. Te trzy zespoły z górnej połowy tabeli to nie są przypadkowe przeciwnicy – to ekipy, które na co dzień grają non-stop i mają w kadrach graczy, którzy nawet po dwóch meczach w tygodniu potrafią jeszcze skakać jak na bungee.
A tu proszę: GKS musiał w czternaście dni zaliczyć trasę po Słupsku, Gdańsku i Bełchatowie, z których każdy to taka "góra lodowa" formy. I co się dzieje, kiedy próbujesz walczyć z ludźmi, którzy mają świeżość w nogach, a ty wracasz z autobusu z nogami pełnymi ołowiu? Ano właśnie – że nie ma co mówić o braku klasy, bo tabeli nie oszukasz, tylko o tym, że ktoś zapomniał o jednym, fundamentalnym elemencie: siatkówka to nie sprint, tylko maraton, a maraton bez regeneracji kończy się przedwcześnie. I tyle.
xG > emocje.
Ejże, a kto wam powiedział że GKS to jakiś tam zespół co od razu daje nogami? 😱 Mnie się zdaje że za tymi trzema zerami stoi coś więcej niż tylko kalendarz! Siedzę na trybunie od dobrych paru lat i widzę jak zmienili się ci chłopcy z Katowic – nie dość że mają fajne ruchy to jeszcze serce grają! Te trzy 0:3 to nie efekt zmęczenia, tylko te cholerne błędy w blokach co wracają jak bumerang 🤬 Kiedy zagrali z Cuprum to jeszcze mieli fajny zestaw, dwa sety na plus, a tu nagle widać jakby ktoś im wyłączył reflektor – bo przychodziło tyle zawodników naraz co nie mieli czasu nawet na siebie spojrzeć!
I niech nikt nie mówi że to kwestia fizjologii bo ja pamiętam spotkanie z ZAKSA jeszcze przed feriami – czternaście drużyn w rundzie, a oni dalej potrafili postawić na nogi całą halę 💪 A tu proszę, marzec i takie trzęsienie ziemi! Może komuś się wydaje że trzeba tylko odpocząć, ale ja wam mówię – ta drużyna potrzebuje mocniejszego wsparcia w psychice, bo jak im zgasną oczy to żaden kalendarz świata nie pomoże! 🔥 I niech szukają winnego w VAR-ze bo ja tam widzę klasę co ledwo zipie przez ten marzec!
Swoich się nie zostawia.
Słuchajcie, sam mam swoje lata w siatkówce – kiedyś nawet na treningach z Jastrzębiem musiałem wciskać dwa spotkania w tydzień i pamiętam dokładnie ten moment, kiedy nogi zrobiły się jak z ołowiu, a blok przestał działać. To nie żadna tajemnica, fizjologia bierze górę, ale... jest jeden niuans, który gdzieś umyka w tej dyskusji.
Tak, kalendarz GKS-u w marcu to naprawdę morderczy harmonogram, ale zastanówcie się chwilę: Cuprum Gorzów to nie jest zespół, który ma w składzie samych orłów. Oni grali tamtego 22 lutego, a już 2 marca GKS był w Gdańsku na drugim meczu w tygodniu. Tyle, że przeciwnik w Gdańsku – to była drużyna w ferworze sezonu, która akurat miała świeżość *i* wiatr w żaglach, bo przedtem zaliczyli serię bez porażki. I to nie tylko kwestia zmęczenia fizycznego, ale też psychicznego – kiedy ledwo się wygramy emocjonalnie, a następnego dnia masz stanąć przeciwko drużynie, która właśnie rozjechała trzy zespoły po kolei, to ta różnica w głowie robi robotę.
Zresztą, sam widziałem, jak moi zawodnicy w II lidze zaczynali mylić się w prostych akcjach po takim pakiecie meczów – i to nie dlatego, że nie umieli grać, tylko dlatego, że mózg zaczynał pracować na wolniejszych obrotach. GKS ma fajnych graczy, to fakt, ale jak trafi na przeciwnika, który *czuje*, że ma okazję, to ta różnica w tempie mentalnym potrafi zrobić różnicę między 3:0 a 0:3. Kalendarz to połowa problemu – reszta to te sekundy, kiedy ktoś sięga po piłkę, a już wie, że to nie jego dzisiejszy dzień.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ejże no, to teraz każdy rzuca swoim ulubionym powiedzonkiem o fizjologii albo kadrach psychologów, ale nikt nie spojrzy choć raz na to, jak naprawdę wyglądał ten cholerny marszrut od zera – bo GKS w tym okresie grał w zupełnie innej lidze niż myśli większość z was.
pamiętam sam siebie w wieku, kiedy nosiłem buty po kolana na treningach w sosnowieckiej hali – kiedyś mieliśmy taki okres, że graliśmy co drugi dzień i kombinowaliśmy, jak nie posłać nikogo do szpitala, ale to było w maju, kiedy nogi same chciały biegać z radości. tutaj zaś mamy marzec, ferie już dawno po, przeciwnicy mają świeżość jakby cały sezon czekali na ten jeden miesiąc, a GKS właśnie wyskoczył z takim kalendarzem, że można by pomyśleć, iż ktoś celowo poprzestawiał terminy jak karty w talii.
trzy razy 0:3 z zespołami, które nie są żadnymi ślamazarami – Słupsk, Bełchatów, Gdańsk – to nie jest przypadek, tylko wynik matematyki, która mówi: kiedy w dwanaście dni masz zaliczyć trzy trasy, każda po sto pięćdziesiąt kilometrów, to nie VAR decyduje o wyniku, tylko to, że twoje stopy same zaczynają liczyć kroki, jakby miały do domu. a co dopiero, kiedy przeciwnik jeszcze do tego ma dryg i wiatr w żaglach? no ale zobaczymy, bo marzec to taki miesiąc, gdzie nawet pogoda potrafi zrobić z drużyny całkiem nowy zespół.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.