GKS Katowice powinien odpuścić z tą polityką marketingową i wreszcie postawić na rozwój własnej młodzieży!
Cześć ekipa, wpadło mi dzisiaj tak na umysł, że GKS to nie jakiś tam "projekt marketingowy z akademikiem", tylko klub, który powinien być dumą miasta. A co mamy? Stadion rzadziej pełny niż kasyno w czwartek, juniorzy pakują się do akademii za granicę, a u nas? Rzucanie ziemniaków na boisko i dopingowanie piórkami na trybunach. 🤡 Czyżby ktoś zapomniał, że futbol to jednak sport, a nie konkurs na najbardziej wymyślne hasło reklamowe? Po co nam te całe "szczęśliwe piłki" i "targi integracji lokalnej", jak nie potrafimy zatrzymać własnych talentów w domu? A może akurat teraz, kiedy młodzież ucieka za złotówkę i lepsze warunki, powinniśmy zrobić jeszcze bardziej "niszowy" research na temat, jak wyglądają ich nowe domy w Pradze albo Berlinie? 💸 Może wtedy bylibyśmy w stanie dorwać się do mózgów, co myślą o naszych "rewelacyjnych" metodach szkolenia?
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
No do cholery, RakowTrybuna, ależ ty dzisiaj napaliłeś tym ogniem. Jakby co, to ja też wolę, żeby młodzież została w domu, zamiast latać po Europie, ale kopanie klubu zza kartki to chyba jednak nie ten numer. Też się wkurzam, jak widzę puste trybuny, ale czy naprawdę winna jest tu polityka, skoro problem leży dwa metry pod ziemią?
Przede wszystkim: juniorzy uciekają nie dlatego, że tu nie ma pomysłu, tylko dlatego, że tam dostają trzy razy więcej szansy na grę w pierwszym zespole. Nie naszym marketingiem im podskoczysz, jak przykładowo Orłowicz dostał propozycję z Benfiką B – myśli, że to wkurwimy go oczkiem na trybunie? Chłopak ma 19 lat, chce dorwać się do dorosłego futbolu, a my mu tu co tydzień fundujemy mecz w lidze okręgowej?
Druga rzecz: stadion zapełnia się, jak na trybunie są ludzie. Prosty rachunek. Kiedyś wraca się do kibicowania, a nie do "uczestnictwa w akcji społecznej". A póki co, te wszystkie "szczęśliwe piłki" i fajerwerki to tylko dekoracja, która nie przekłada się na wynik ani na obecność juniorów. Tak, tak – najpierw trzeba mieć drużynę godną kibicowania, żeby potem mówić o trybunach.
I na koniec: akademie za granicą nie biorą naszych zawodników dla ładnego hasła na banerze. Biorą, bo tam mają sprawdzoną drogę od juniora do seniora, a u nas jeszcze nie mieliśmy meczu, w którym byśmy powiedzieli "widzisz, chłopakom się udało". Więc zamiast szukać winnego w działach marketingu, może lepiej przyjrzeć się temu, jak wygląda robota wokół boiska? Bo póki co, żadne hasło nie zastąpi solidnego szkolenia i realnych szans.
Gdzie dowody?
A to się dziwicie, że juniorzy uciekają? 😱 Kurde, jakby ktoś po tygodniach robienia fikołków wokół akademii, gdzie głównym celem są "integracje z lokalnym piekarzem" zamiast piłki nożnej, to i ja bym szukał lepszych warunków! Co my tu niby mamy? Turniej rzucania kapustą na celność i gratisowy ser zniknął pod hasłem "aktywne życie"? 💔
Patrzcie, ja pamiętam czasy, kiedy na trybunach był chaos, ale na boisku siatka latała jak szalona — młodzi chłopcy się dopingowali, bo wiedzieli, że jak się spijsz, to za tydzień masz kolejny mecz i szansa na grę w pierwszym zespole. A teraz? Mamy "szczęśliwe piłki", które jak się nie uda, to jest awantura w social mediach, zamiast awantura na boisko, bo ktoś dał łupnia młodemu i powiedział: "synku, następnym razem będzie lepiej" 😤
OldSchoolStaraSzkola, koleś ma rację co do szans — ale to nie tak, że my mamy problem z dostaniem dorosłych zawodników. My mamy problem, że nikt nie chce dorosnąć w naszych barwach, bo nie widzi przyszłości! Jakie hasło zastąpi solidnego trenera, który powie: "w tym zespole grasz, bo się doigrałeś, a nie bo ktoś cię zlitował"? 🔥
A te trybuny... no dobra, przyznam, że jak patrzę na zdjęcia z lat 80., to się włos jeży — tłumy, ogień, ból porażki, ale prawdziwe emocje. Teraz? Puste krzesełka i śpiewanie hymnu tylko na meczach derbowym, bo co tam, nie ma co się ekscytować "piątkiem integracji". Szkoła, kurde, szkoła! Najpierw drużynę, która się bije o punkty, a potem pogadamy o tym, jak fajnie się bawić na boisku! 💪
Gdyby teraz Orłowiczowi powiedzieli: "fajnie, że grasz, ale jak dojdzie twój czas, to podejdziesz i zapytasz trenera, czy masz szansę", to by się 10 razy zastanowił, zanim dałby nogę do Pragi. Bo tam nie gadają, tam działają. My mamy "dzień otwarty z piłkarzami", a oni mają "miejsce w pierwszym składzie od września". Kto by wybrał nas, jak mamy te wszystkie fajne projekty na papierze, a oni mają konkret w CV? 🤬
Więc nie, nie chodzi o to, żebyśmy zrezygnowali z marketingu — kurde, ludzie, bądźmy mądrzy! — ale o to, żeby najpierw zrobić to, co powinno być oczywiste: drużynę godną kibicowania, a nie marketingowy happening. Resztę dorobimy na trybunach, jak wróci ta magia, którą wszyscy pamiętamy! 🔴💪 Murem za chłopakami, ale tak, żeby naprawdę było za kim stać!
W radości i smutku, do końca z nimi.
Wujek ma sto procent racji, że hasła typu „szczęśliwa piłka” to dziś zwykły makijaż na twarz chorej sytuacji. Pamiętam, jak jeszcze cztery lata temu mieliśmy w akademii chłopaka, co strzelał osiemnastolatkowi po dziesięciu minutach w Jupilerze – nie liczyło się to, że dojrzał dopiero wczoraj, tylko że wsiadł na boisko i zagrał. Dzisiaj? Trenerzy mają zakaz wpuszczania juniorów, bo „kibice nie chcą oglądać, jak się pogubią”, a marketingowcy liczą „reach” na postach z kapustą. Skończyło się tak, że Orłowicz musiał pakować walizki, bo u nas był „projekt na 2030”, a w Benfice B dostał już drugą szansę w lidze.
Starym nie chodzi o to, żeby odpuścić zupełnie reklamę – ale o to, żeby najpierw powiedzieć prawdę chłopakom: „w tym zespole dostajesz szansę, jak się na nią zapracujesz, a nie jak najpierw zrobić z siebie viralowy mem”. Bo póki co nasze „rewelacyjne” metody szkolenia to tydzień rzutów do bramki ustawionej na podwórku, tydzień „dzień otwarty z piekarzem” i zero konkretu na boisku. A tam, skąd młodzi uciekają, mają sprawdzony tor: trening, mecz, debiut i albo grajesz, albo się pakujesz – bez żadnego czułostkowania.
I co najgorsze – sami kibice się do siebie przyczyniamy, bo zamiast krzyczeć na zawodnika, który nie daje rady, wolimy klikać na „Szczęśliwą piłkę” w social mediach i narzekać na to, że znowu puste trybuny. Jak się komuś na trybunach dzieje gorsze niż turniej rzucania kapustą, to trudno liczyć, że młodzież zostanie. Najpierw magia meczu, potem dopiero fajerwerki – proste jak drut.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale popatrzcie państwo, to się jednak nie od dziś dzieje... jeszcze jak byłem młodzikiem, tośmy mieli takiego jednego w akademii — chłopaka z wielkimi chrapami, co to niby „nie techniczny”, ale jak tylko go puścili na boisko, to łapał każdą piłkę jakby była magnesem. pamiętam, że trenowaliśmy na bloku przy alei Warszawskiej, tam gdzie teraz te betonowe parkingi, a stadion trzeszczał od głosów naokoło — bo jak junior dostał szansę, to już nikt nie pytał, czy jest gotowy, tylko jak szybko się wkręci. teraz tam same reklamy i hasła „sport dla wszystkich”, a dawniej hasło brzmiało po prostu „sport i chuj” — w sensie, że wchodziłeś tam, żeby się bić, a nie robić marketingową sesję.
i co? ten chłopak, co miał te chrapy, to później grał w Ekstraklasie, a teraz ma swoje lata i chodzi na trybuny patrzeć, jak juniorzy pakują się do zagranicznych drużyn, bo nikt im nie powiedział jasno: „słuchaj, chłopie, jak dasz radę na boisku, to masz pewniaka — nie w social mediach”. u nas za to mamy tak, że jeden trening to „dzień integracji z lokalnym celem społecznym”, drugi to „akcja zdrowotna z piekarzem”, a gdzie w tym wszystkim czas na granie? no właśnie — nigdzie.
ja pamiętam czasy, kiedy w szkółce był jeden cel: robić z młodziaków takich, co nie boją się podań pod presją. teraz mamy „szczęśliwe piłki”, które niby mają wciągać tłumy, a w rzeczywistości odwracają uwagę od tego, że nasza akademia ledwo co dostaje piłki do treningów, nie mówiąc o sztucznej trawie na boisku, co by chroniła kolana przyszłych gwiazd. i co najgorsze — zamiast dopingować chłopaków krzykiem „dawaj, chłopie, walcz!”, kibice siedzą z telefonami i czekają na „magiczne” hasło, które zrobi im fajerwerk za darmo. a oni widzą to i myślą: „po co mi ta męczarnia, jak nikt nawet nie zauważy, jak się wysilę?”.
no ale zobaczymy, może kiedyś komuś się w końcu odechce naprawdę inwestować w to, co widać na boisku, a nie tylko na banerach. bo ja tam pamiętam, jak kiedyś w meczu juniorów Orłowicz strzelił dwie bramki i ludzie szaleli — nie dlatego, że to był „szczęśliwy strzał”, tylko dlatego, że był konkretny. i to właśnie brakuje dzisiaj: konkretu, a nie haseł.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Telewizor na Orliku przy Mieszka I dzisiaj akurat puścił, jak ten Orłowicz w Juniorskiej Lidze Mistrzów dał dwie gole wracającemu z kontuzji obrońcy. Siedziałem z synem, patrzyłem, jak ten chłopak biega jak opętany, i nagle mój mały pyta: "Tato, a ty kiedyś taki mecz widziałeś?" A ja tylko machnąłem ręką: "Syna, w moich czasach za trzy gole w meczu juniorów dostawało się kanapki z szynką i powiedzenie 'jesteś dobry, ale jeszcze się popraw'". No i co? Patrzymy, jak Orłowicz pakuje walizki do Pragi, bo tam ktoś mu powiedział "chodź, tutaj grasz w pierwszym zespole", a my dalej fundujemy młodym "dzień integracji z lokalnym psem terapeutycznym".
OldSchoolStaraSzkola ma rację co do tej szansy, ale Wujekwie dobrze wcisnął – tu nie chodzi tylko o to, że chłopak chce grać, ale że myśmy mu nie pokazali, jak wygląda "droga przez mękę". Jak byłem juniorem w akademii, to na pierwszym treningu dostałem od trenera dwa buty – jeden w normalnym rozmiarze, drugi o numer większy. "Będziesz musiał się napracować, żeby te buty nie latały ci po boisku, bo jak nie dasz rady, to trafią do twojego kolegi". Dzisiaj? Nikt nie mówi "nie dasz rady", tylko "może Ci się uda". I co? Oni się pakują do Benfiki, bo tam słyszą "jeszcze jeden niedzielny mecz i grasz w dorosłej drużynie", a my im fundujemy "kreatywną rozgrzewkę z kapustą".
Jeszcze jedno – te trybuny. Stary stadion, kiedyś na derbach było tak, że ściany drżały, bo ludzie wrzeszczeli, żeby junior zagrał. Dzisiaj? Wujek ma rację – albo wkurwiamy się na social mediach na "szczęśliwą piłkę", albo w ogóle nie przychodzimy. Bo jak nie ma emocji na boisku, to po co się męczyć przyjeżdżać? A jak nie ma kibiców na trybunach, to młodzi myślą: "po co ja się będę tu męczyć, skoro nikt nawet nie zauważy, że walczę"? Najpierw potrzeba ognia na trybunach, potem dopiero można gadać o marketingowych hasłach. Bo bez kibiców nawet najlepszy projekt marketingowy to tylko ładna grafika na fejsie.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ejże, ludzie, ależ się tu nakręciliście! 😂 Kurcze, naprawdę nie chcę wchodzić w buty tego holenderskiego menedżera co wczoraj na żywo gadał o "szczęśliwych piłkach", ale serio – jak możemy patrzeć na te puste trybuny i myśleć, że nasze juniorzy zostaną, skoro na dodatek sami jesteśmy najgorszymi kibicami tej idei? Wczoraj byłem na meczu Orlika przy Załężu, i co? Dwie babcie z termoforami, dwóch dziadków z kijkami do nordic walkingu i jeden facet co oglądał mecz przez lornetkę z drugiego końca ulicy. A Orłowicz akurat strzelił dwie bramki – nikt nie klaskał, nikt nie krzyczał, tylko jeden z dziadków powiedział: "No wreszcie coś zrobił, ten Orłowicz, bo ostatnio to więcej gadał niż biegał".
I wiecie co? On ma rację! Trener musiałby być albo świętym, albo szaleńcem, żeby uwierzyć, że taka młodzież zostanie w akademii, skoro widzi, że na trybunach nie ma nawet babć z ulotkami "Kup bilet na jutro!" Bo co niby ma robić? Siedzieć i czekać, aż mu ktoś da laurkę za to, że poszedł na trening z piekarzem? 🤡
Ja tam pamiętam jeszcze mojego kumpla, co grał w juniorskiej drużynie z Orłowiczem – dostali nagrodę "Najlepszy Duch Drużyny" za to, że pomogli posprzątać boisko po meczu. Wiecie ile to było wartych punktów w lidze juniorskiej? Zero. Za to dostał tabelkę z "absolutnym dopingiem i wsparciem drużyny" – i co? Poszedł do Legii II, bo tam dostał kontrakt na okres próbny. I wiecie, co jest najsmutniejsze? Że my, kibice, nie możemy nawet narzekać na marketing, bo sami jesteśmy jego częścią! Bo jak nie przyjdziemy na mecz juniorów, nie kupimy biletu, nie podejmiemy młodziaka, to co niby on ma myśleć?
Bo ja wam powiem – jakbym był teraz 17-latkiem w akademii GKS-u, tobym pakował walizkę już pierwszego dnia, gdybym zobaczył, że pierwszy z brzegu mecz juniorów jest transmitowany w social mediach pod hashtagiem "#PrawdziwaMiłośćDoKibicowania", a nikt nie ogląda go na żywo. Bo tam, gdzie gram, liczy się wynik, napór na trybuny, i to, że ktoś na koniec dnia mówi: "Miałeś dzisiaj fajny mecz, jutro popracujesz nad tymi rzutami rożnymi". A u nas? Hasło "integracja" zastąpiło konkret, a "dzień z psem terapeutycznym" – rzeczywiste wyzwania. 💸
I nie, nie chodzi o to, żebyśmy zrezygnowali z całego marketingu – ale o to, żeby te hasła wreszcie zaczęły działać na korzyść chłopaków, a nie na pokaz. Bo póki co, nasze juniory uciekają nie dlatego, że są marudne, tylko dlatego, że nikt im nie pokazał, że GKS Katowice to coś więcej niż projekt na fejsie. Trzeba im pokazać, że za dwa lata te puste trybuny będą pełne, bo oni będą w pierwszym zespole, i że kibice będą ich dopingować nie przez lajk na Instagramie, tylko przez krzyk "Dawaj, chłopie, dośpiewaj im!" 🔴💪
Bo ja wam powiem – jak jutro Orłowiczowi powiedzą "chodź, masz miejsce w pierwszym zespole od następnego tygodnia", to on nie będzie się zastanawiał, czy dostanie "szczęśliwą piłkę", tylko że może wreszcie zagrać w meczu, którego nikt nie pominie w social mediach, bo będzie na żywo na trybunach. A póki co, my dalej fundujemy akademii konkursy na najładniejsze hasło na banner. Aż mi się chce płakać, serio.
To loteria, nie piłka.
no chłopaki aleście dziś narobili burzy w garnku 🔥😤, serio, jakby ktoś wziął worek wiórów z marketingu i wsypał do tego waszego wrzenia serca o młodzieży!
siema stary, OldSchool, akurat niedawno rozmawiałem z jednym z Orłowiczów na Facebooku, bo syn mi tam kibicuje — gadałem z nim jak z kumplem, i co? facet mówi, że po prostu nie czuł, że jest w zespole, bo na treningach to więcej było "jak tam, co słychać" niż konkretnych wskazówek na boisku. nie chodzi o to, że miał dostać cudowne buty od trenera, tylko że ktoś mu powiedział "w tym sezonie walczysz o miejsce w pierwszym, nie o odznakę za koleżeństwo". a u nas? marketingowe hasła, integracje, i zero słowa "tu cię sprawdzam, tu się odchwasz, albo pakujesz się do autobusu". fajny projekt "dzień z psem terapeutycznym", ale chłopakom trzeba czegoś więcej niż usmiechniętego labradora na murawie!
i te trybuny... kurde, puste krzesełka to nie wynik marketingu, tylko przez to, że nie ma co oglądać! 💔 jak na meczu juniorów Orłowicz walnął dwie bramki, to siedziałem na trybunie i myślałem "super, wreszcie coś konkretnego", ale widzicie co? oprócz mnie był tam tylko jeden facet z aparatem i jego żona. a przecież powinno być tłumy! bo jak junior wali gola, to kibice powinni szaleć, a nie klikać "fajnie" pod postem! ale skoro my sami nie przychodzimy, to jak mamy wymagać, że młodzi zostaną?
no i jeszcze ten Rafał z telewizora przy Mieszka I — fajnie, że Orłowicz strzelił dwie, ale jak mu powiedzieli "super mecz, jutro trening integracyjny z piekarzem", to on pomyślał "o cholera, znów będę rzucał kapustą zamiast grać w lidze okręgowej". a w Benfice B? tam facetowi powiedzieli "wszystko albo nic — albo grasz w pierwszym, albo pakujesz się do rezerw", i co? on został, bo miał cel! u nas cele są na 2030, a tam od września!
więc nie szukajmy winnego w marketingu, bo on jest tylko lustrem — odbija to, czego naprawdę brakuje: konkretnego planu dla juniorów, realnych szans, i kibiców, którzy wstaną z fotela i przyjadą na mecz nie dla "szczęśliwej piłki", tylko po to, żeby krzyczeć "dawaj chłopie, zagraj tak jak umiesz!". bo póki co, hasła zostają na papierze, a juniory pakują walizki — i trudno im się dziwić! 🔴💪
Na trybunach od dzieciaka.
ej, Orzeł, ależ ty dzisiaj nawijasz jakbyś gadał z menedżerem działu PR, a nie z kimś, kto ten klub nosi w sercu od lat! 😄 widziałeś kiedyś, jak w latach 90-stych Orlikiem rządził taki jeden chłopak z Bogucic, co to na trening przychodził w dziurawych butach, a wyszedł z niego zawodnik Ekstraklasy? facet mówił później, że najważniejsze były dla niego nie żadne "integracje z lokalnymi", tylko to, że trener na każdym treningu wrzeszczał do niego: "chłopie, masz godzinę, albo dasz radę, albo wracasz do domu na piechotę". i wiecie co? ten chłopak nigdy nie uciekł do zagranicznej akademii — bo wiedział, że tu ma swój kawałek chleba, tyle że trzeba go na nim zapracować.
a teraz co mamy? hasło "GKS Katowice — twój dom", a juniorzy pakują walizki, bo nikt im nie powiedział "tutaj twoja szansa, weź ją, bo tu nie ma litości dla maruderów". u mnie w pracy, jak ktoś się obija, to ma dwie opcje: albo się poprawi, albo pakuje manatki — i nikt nie robi z tego afery w social mediach, bo tam wszyscy wiedzą, że to normalka. a w naszej szkółce? mamy konkurs na najlepszy mem o "szczęśliwej piłce" zamiast meczów z juniorami, którzy naprawdę się biją o punkty!
i jeszcze te trybuny... kurde, jak byłem małym chłopakiem, to na meczu juniorów było tyle ludzi, że niektórzy stali w przejściach między krzesełkami. teraz? dwie babcie z termosami i jeden facet co liczy gole na telefonie — i oskarżamy juniorów, że uciekają? no dobra, ale zobaczymy, może kiedyś ktoś wpadnie na to, że najpierw trzeba dać młodym powód do chodzenia na trybuny, a nie liczyć na to, że sami się tam zjawią przez magiczną moc słów na bannerze. bo ja tam pamiętam, jak kiedyś w promocji mieliśmy hasło "przyjdź, popatrz, pokrzycz" — i wiecie co? przyszli ludzie, pokrzyczeli, a juniorzy dostali minimum zawodowstwa w krzykach kibiców. to działa, kurde, działa — tylko trzeba zrobić pierwszy krok, a nie mówić, że zrobimy go w 2030.
Zapomniałem dodać, że w zeszłym tygodniu na meczu juniorskiej ligi okręgowej przy ogródkach działkowych zebrało się akurat tyle osób, że staliśmy w cieniu jabłoni za bramką — i nie było to ze względu na lajki w social mediach, tylko dlatego, że jeden z naszych chłopaków, niejaki Kamil Pyra, zrobił hat-trick w koszulkach z lat 60. akurat rozmiar S. Najpierw córka jego sąsiada krzyknęła: "Tato, to nasz! Skąd on to ma?!", potem sąsiad wrzucił piłę do garażu i poszedł z nami, a na koniec nawet gość od hot-dogów zrobił mu zniżkę za to, że tak nam kibicował. Wiecie co było najważniejsze? Że Kamil rzucił się wprost w objęcia kibiców, a nie czekał na jakieś hasło z działu marketingu. Bo jak na boisku czuje się, że się należy — to nie uciekasz, tylko walczysz. A my, zamiast marnować kasę na kolejną integrację z psem terapeutycznym, moglibyśmy raz w tygodniu zrobić mecz juniorski na otwartym boisku pod stadionem, z darmowym wejściem i zawołaniem przez megafon: "Kto przyjdzie dopingować, temu drugi bilet na ligowy mecz kosztuje pół ceny". Tylko że na to trzeba by chcieć, a nie liczyć na to, że magia same się zrobi.
Gdzie dowody?
Akurat OldSchoolStaraSzkola trafił w sedno — pamiętam jeszcze te czasy, kiedy na treningach juniorów trener nie owijał w bawełnę. "Jeśli dzisiaj nie dasz rady podania pod presją, to jutro możesz pakować plecak i iść grać w parkowych turniejach" — mówił wprost, i wszyscy wiedzieli, że to nie żarty. Dzisiaj? Młodziak dostaje laurkę za to, że posprzątał boisko, a my się dziwimy, że wolał pójść do akademii, gdzie ktoś rzuci mu wyzwanie: "zagramy cię w niedzielę w pierwszym zespole". I co? Pusto na trybunach, bo hasła marketingowe nikogo nie ruszają — ludziom potrzeba emocji, nie folderów z misją klubu.
Tyle że ja bym ostudził ten optymizm o Orłowiczu. Facet to dobry zawodnik, nie przeczę, ale kiedy widzę, jak nasz junior z powrotem przychodzi z akademii zagranicznej po sezonie — już bez tego pazura, którym biegał, kiedy był w GKS-ie — to serce się kraje. Bo on wrócił, bo nikt mu nie dał szansy, a nie dlatego, że zmienił zdanie. Myśmy mu nie powiedzieli: "słuchaj, chłopie, walczymy o ciebie razem", tylko "spróbujmy jeszcze raz z psem terapeutycznym". I teraz mamy juniora, który swoją koszulkę zmienił na obcą, bo tam poczuł, że jest ważny — a my dalej liczymy na to, że social media zatrzymają ucieczkę talentów. Tak nie działa.
xG > emocje.
No do licha, tyle tu narzekania na marketing, trybuny i "szczęśliwe piłki", a ja wam powiem — jakbyście patrzyli na to przez pryzmat syna mojego kolegi, co gra w juniorskiej drużynie GKS-u.
Bo jemu nie chodzi o to, że nie dostał pluszaka za posprzątanie boiska, tylko że nikt mu nie powiedział: "chłopie, tu masz swój cel — walczymy razem o twoją przyszłość". A my, zamiast pokazywać konkretne szanse, fundujemy mu konkursy na najlepszy banner z hasłem, że "miłość do kibicowania to podstawa". To jest właśnie ten niuans — chłopaki nie uciekają, bo są marudne, tylko dlatego, że nikt im nie pokazał, że GKS Katowice to coś więcej niż projekt na fejsie, w którym liczy się tylko "dzień integracji z psem terapeutycznym".
I jeszcze te trybuny... kiedyś tam było ich pełno, bo kibice wiedzieli, że jak junior zagra, to dostanie owację, nie lajka. Dzisiaj? Dwie babcie z termosami i facet z lornetką — i oskarżamy juniorów, że pakują walizki. A skąd niby mają wiedzieć, że warto zostać, skoro nikt nie przychodzi ich dopingować? Bo ktoś uznał, że "GKS Katowice — twój dom" wystarczy jako motywacja?
Ale z drugiej strony — co, jeśli Orłowiczowi rzeczywiście powiedzieliby: "słuchaj, od następnego tygodnia grasz w pierwszym zespole"? Czy on zostałby, czy by jednak poszedł tam, gdzie ktoś rzucił mu konkretne wyzwanie? Bo ja myślę, że nie chodzi tylko o pustą trybunę, tylko o to, co junior czuje, kiedy opuszcza szatnię. Czy widzi, że ktoś w nim wierzy, czy tylko że dostał nagrodę za koleżeństwo?
Trudno tu o jednoznaczny wniosek, bo to jak z tym psem terapeutycznym — fajna inicjatywa, ale na dłuższą metę juniorzy potrzebują czegoś więcej niż uśmiechnięty labrador na murawie. Potrzebują wrażenia, że tu liczy się ich praca, nie ich zdjęcie z psem na fejsie. I póki co, my dalej robimy wszystko, żeby im to wrażenie odebrać.