Gdzie rodził się nasz ducha Projektu: poczujmy magię nie tylko tryumfów, ale i…
a niech to, ależ to wraca do mnie jak zły sen… albo raczej jak najlepszy
był rok 2017, jesień, wyjazd na spławikową na katowicki dworzec, a potem tramwajem w dziesięciu kibiców z banerem takim, co to ledwo się mieścił w drzwiach – pamiętam, jak ten baner łopotał na wietrze, a jeden z chłopaków założył na siebie kurtkę projektową, chociaż była taka mała, że ledwo mu pasowała przez głowę
i ten mecz… pudło, 1:3 z jakimś tam zespołem, który dziś nawet nie ma pojęcia, gdzie kończy się liga, a myśmy stali pod trybunami i śpiewali tak głośno, że facet od sprzątania zaczął się gapić, jakbyśmy mu robili koncert na zamówienie
ale zaraz, zaraz – potem jeszcze te papierosy przy automatach do kawy, które w kawiarni nie działały, bo był remont, i ten zapach smażonej cebuli z budki obok, co się wrzucało prosto do szklanki z piwem… cholera, jak można było wtedy czuć się tak naprawdę sobą
i ta flaga… no dobra, może nie z 2019, ale z 2018, kiedy po meczu w olsztynie, weszliśmy w morze w środku nocy, jakimiś osiedlowymi drzwiami, co to ktoś ukradł z budy za rogiem – a woda była tak zimna, że każdy z nas wyskoczył z powrotem za sekundę, ale za to flagę mieliśmy suchą jak pieprz
prawda jest taka, że te chwile, kiedy ludzie gadają o tryumfach, to przecież nie one są najważniejsze – one są tylko ładnym opakowaniem. liczy się ten jeden raz, kiedy ktoś cię pociesza po meczu, który przegrałeś, a ty masz ochotę rzucić w kąt butelkę, ale on ci mówi „spoko, dalej jesteśmy fajni”, i nagle ta butelka znika w ręce drugiego, a ty pijesz z kimś, kogo ledwo znasz
i właśnie dlatego te cholerne flagi w bałtyku z 2019 to takie symbol – nie dla pamiątki, nie dla instagramu… tylko dla smaku piwa, które smakowało wtedy jak najlepsze życie
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A niech mnie, to mi przypomniało moją pierwszą JEDZIEN! Był lipiec 2016, upał jak cholera, pamiętam jak dziś — pociągiem do Wrocławia, tłumek naszych w niebieskich strojach, baner wielki na wejściu co to ledwo się mieścił w wagonie bo pękł w połowie drogi 😂 ale co tam, ledwo urodzony projekt, pierwszy mecz, a my już śpiewamy że hej!
Potem te wrocławskie ulice, piwo w kuflu takim co to ledwo trzymał sie w ręce bo był taki ciepły, że parzył palce, i ten facet co to krzyczał „Projekt Wrocław kurwa!!!” a my na to „Projekt WARSZAWA!!!” — aż kelnerka przyniosła nam dwa piwka gratis bo myślała że zwariowaliśmy 🔥
I ta flaga, co ją mieliśmy zawiniętą na rurze od kaloryfera w pociągu bo nie było innego sposobu żeby ją zmieścić… no i oczywiście po meczu, jakimś cudem wylądowaliśmy na plaży w Świnoujściu, woda lodowata, ale nikt nie chciał wyjść, więc machaliśmy tą flagą że lodu nie ma i piliśmy z butelki 😱
To nie był żaden sukces, przegraliśmy 0:2… ale cholera, jakie to były czasy! Smakowało jak najlepsze życie, bo byliśmy razem, i to jest właśnie magia projektu 💪🔴
no ale te opowieści to aż komu się chce wyciągnąć stare zdjęcia i znowu poczuć tamten moment... a co wy na to, żeby sobie przypomnieć ten numer sprzed lat, kiedy wyjechaliśmy całą grupą na ligę okręgową, byle tylko dograć na boisku i pograć ze sobą później w knajpie?
rok 2018, kwiecień, jakiś taki szary poniedziałek, a my w sześciu luzem do wsi pod garwolinem – nie było ani stadionu, ani kibiców, tylko boisko za szkołą, trawa mokra jakby ktoś pokropił, a my z banerem „tu jest projekt!” przytarganym na rowerach dzieciaków z osiedla... mecz, pamiętam, 3:1 jakieś takie obojętne, nic specjalnego, ale po grze idziemy wszyscy do tej samej knajpy, co to robiła najlepsze placki ziemniaczane w okolicy, i tam zamiast na wygranej – siedzimy na zapleczu u wujka, który handlował papierosami, a piwo leje się strumieniem bo akurat był targ.
i ten moment... jeden z chłopaków, ten najbardziej zapalony, co to zwykle krzyczał na ławce, nagle się rozkleił – „kurwa, przegrać to nic, ale wygrać z tymi warszawskimi chłopakami razem...” i od razu wszyscy zaczęli śpiewać naszą piosenkę, nawet facet od kolacji przybiegł zapytać, czy nie zapaliliśmy mu baru, ale mu odkrzyknęliśmy, że to projektowa pieśń narodowa.
wyszliśmy stamtąd o trzeciej w nocy, z flagą zawiniętą wokół pleców jak peleryna, i wszyscy mieliśmy na ustach ten smak placków z cebulą, co się smażyły na oliwie od nowa co godzinę – nie pasowało to do żadnej tabeli, nie było w żadnym statucie... ale cholera, to był właśnie ten duch, o którym wszyscy mówią, tylko że na żywo.
wracaliśmy na stopa, jeszcze cieplej się zrobiło, jeden ze stopiarzy podrzucił nas kawałek autostopem, a my śpiewaliśmy całą drogę... no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
@LegionistanaZawsze no ba, akurat o tym myślałem dziś rano przy kawie, bo patrzyłem na zdjęcia z naszej tamtej eskapady z banerem na rowerach... i cholera, miałeś rację co do placków z cebulą! To było coś innego, zupełnie jakby ktoś wziął czysty luz i wylał go na boisko na Garwolinie 🍴🔥
Pamiętam, jak jeden z chłopaków dostał pożyczyć flage od jakiegoś dzieciaka z osiedla i na drugi dzień szedł z nią cały brudny od błota i piwa, bo wszyscy zrobili z niej pelerynę superbohatera... no i ten moment jak się rozkleił, bo "wygrać z kumplami to więcej warte niż wynik w internecie"... właśnie, właśnie!
No i te powroty na stopa, śpiewanie przez pół nocy, a rano wracasz do pracy z zapachem papierosów i cebuli... to jest MAGIA, której nikt nie zepsuje żadnymi tabelkami czy zasięgami! 🚗💨✊ Projekt to nie drużyna, to STAN DUCHA, który się nie zmienia przez lata!
Pamiętam ten czas, kiedy jeszcze byliśmy tą młodą, zgryźliwą bandą, co to szliśmy pod trybuny z banerem wielkości prześcieradła i kurtkami, co ledwo się na nas mieściły. Dzisiejsza ekipa też ma swoje chwile – nie da się ukryć, że grają inaczej, bardziej zorganizowani, z taką jakąś tężyzną fizyczną, co to latające siatki i skoki wyglądają jakieś bardziej profesjonalne. Tamci faceci mieli w sobie tyle luzu, co to byś się dziwił, jak im się udawało trzymać flagę w Bałtyku mimo lodowatej wody, a dziś widzisz tylko skupione twarze, taką sportową powagę.
Ale coś się też zapodziało przez te lata – tamci chłopaki grali, jakby do siebie samych, a nie dla jakiejś tabeli. Teraz jest inaczej: drużyna jest mocniejsza, ale ten spontan, co go mieliśmy w osiemnastym roku przy Garwolinie, kiedy to nasz najbardziej hałaśliwy kibol płakał, bo wygrać z kumplami to było więcej warte niż wynik w internecie… tego już nie ma. To nie jest krytyka, tylko stwierdzenie faktu.
Dzisiejsi chłopcy są świetni, serio – widziałem ich w akcji, kiedy walczyli o awans, i to było coś pięknego. Tylko że ta magiczna nieprzewidywalność, co to sprawiała, że po meczu przegranym 1:3 śpiewaliśmy tak głośno, że facet od sprzątania myślał, że dostanie koncert za darmo… tej beztroski trochę ubyło. Oni mają teraz swoje metody, swój styl, swoją żelazną dyscyplinę, a my… my mieliśmy luz, co to nie miał granic.
No i jeszcze te flagi. Wtedy to była prawdziwa perełka – pamiętam, jak w Olsztynie weszliśmy w morze w środku nocy, a woda była tak zimna, że każdy wyskoczył po sekundzie, ale flaga została sucha. Dzisiaj ktoś pewnie napisałby o tym post na Instagramie z dokładną lokalizacją i hashtagiem, a my wtedy po prostu staliśmy z tymi mokrymi butami i piliśmy piwo prosto z butelki, bo nikt nie miał ochoty na rozmowy o zasięgach.
To nie jest tak, że obecna drużyna jest gorsza – przeciwnie, jest świetna. Po prostu inna. Tamta była dzika, nieobliczalna, taka, co to liczyła się z kumplami, a nie z tabelą. Dzisiaj to bardziej maszyna, co to robi robotę, a my kibice możemy tylko dopingować. Ale cholera, jakby mi ktoś powiedział wtedy, że kiedyś Project Warszawa będzie grał w Lidze Mistrzów… to bym mu nie uwierzył. I właśnie w tym jest ta magia – wtedy byliśmy marzycielami, dziś gramy naprawdę, żeby wygrać.
I to też jest fajne, powiem szczerze. Tylko że czasem, kiedy patrzę na trybuny i widzę same twarze, co to nie uśmiechają się w trakcie meczu, tylko wpatrzone w jakiś schemat… to tęsknię za tym dawnym szaleństwem. Za tymi nocami w Świnoujściu, za papierosami przy niedziałających automatkach do kawy, za facetami, co to się rozklejali, bo wygrać razem było ważniejsze niż wynik.
No ale nie narzekam – współczesny Project to też Projekt. Tylko taki, co to wie, czego chce, i to dostaje. I to jest coś, czego tamci faceci nawet sobie nie wyobrażali.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, stary, ale ty chyba przez te lata zapomniałeś, że Projekt nie rodził się po to, żeby facetom od sprzątania robić koncerty na trybunach? No dobra, rozumiem, tamta magiczna chwila to jest coś, co naprawdę zostaje w sercu – jakbyśmy się razem wychowali na tych meblach pod trybunami, co to ledwo się mieściły, i fladze zawiniętej wokół kaloryfera. Ale powiedz mi, co w tym złego, że teraz młodzież ma swój styl? Widzieliście ich na meczu z Ascoli? Te dryblingi, te podania, te myśli, co to lecą szybciej niż piwo z butelki po golu?
Tamci faceci z banerami na rowerach mieli luz, zgoda – ale mieli też problemy z podstawami: raz rzucali papierosy, raz biegli za autostopem, a co z tym fantem, że kiedy była susza, to boisko wyglądało jak afrykańskie pustkowie? Dzisiejsi chłopcy wiedzą, że jak się ma 150% soku w żyłach, to trzeba to wykorzystać na zawodach, a nie na morskich kąpielach przy -4 stopniach w maju.
I co z tym "szaleństwem" wokół trybun? Było fajnie, póki nie okazało się, że połowa chłopaków kończyła sezonu z nadwyrężonymi głosami i zeznaniami na komisariacie. Teraz mamy grupę, co to wie, jak grać, jak bronić i jak nie spalić się przed każdym meczem z powodu emocji. To nie jest maszyna, to drużyna – i właśnie dlatego projekt zyskał miano, które dzisiaj budzi respekt. Tamta nieprzewidywalność? No jasne, była fajna, ale niech ktoś sprawdzi, ile z tych "piwnych lig okręgowych" przyniosło nam cokolwiek poza wspomnieniami i zdjęciami do Instagrama.
I jeszcze te flagi w Bałtyku – no dobra, woda lodowata, piwo gorące, flaga sucha – ale w sumie to trochę tak, jakbyśmy celowo szukali sposobów, żeby się nawzajem utwierdzać w tym, że jesteśmy fajni. A co potem? Wracaliśmy do domów z zatrutymi płucami i głowami pełnymi planów na kolejny wyjazd, podczas gdy dzisiejsi chłopacy mają konkretne cele: awans, europejskie puchary, kibiców, którzy nie muszą się martwić, czy jutro będą mogli normalnie mówić.
Nie mówię, że tamtych czasów nie trzeba pamiętać – przeciwnie, one są fundamentem. Ale dzisiejszy Projekt to nie jest zdradzenie idei, to jej rozwinięcie. I niech nikt nie mówi, że te suche twarze na trybunach są przez sportową powagę – one są przez szacunek do gry i do kibiców, którzy na nią przychodzą, a nie po to, żeby potem opowiadać kumplom z pracy o tym, jak to się całą noc piło przy niedziałających automatach do kawy.
I nie, nie tęsknię za tym, że teraz nikt nie wyskakuje z mroźnej wody z flagą w ręku – bo widzę, jak ta flaga dzisiaj powiewa na trybunach Legii, jak popisy naszych graczy biją na głowę tamte "sukcesy", i jak kibice śpiewają już nie tylko z emocji, ale z prawdziwej dumy. Bo projekt to nie tylko bajdurzenie przy piwie – to budowanie czegoś, co zostanie na lata. I tego Wam właśnie życzę: pamiętajcie o tamtych chwilach, ale nie blokujcie drogi teraźniejszości.
A flagę w Bałtyku? Można ją pochwalić – ale zróbcie to z umiarem, bo nie każdy ma ochotę na kolejną rewelację po piątym piwie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej no ale co to znowu za wstęp jak od księdza podczas majówki… pamiętacie tamtą ferajnę na Służewcu, jak to ten jeden chłopaczek, co to zawsze nosił naszą flagę za pazuchą jak pelerynę superbohatera, dostała się wody w szelki? I oczywiście nikt nie chciał jej od niego wziąć, bo „ależ on się o nią starał”, a my po meczu wylądowaliśmy pod pawilonem z napojami gdzieś w połowie trasy, bo pociąg umarł i trzeba było czekać na następny jak barany.
I ten moment, jak ten sam chłopaczek – totalnie przemoczony, bo flagę trzymał zbyt nisko i woda zeszła mu prosto za koszulkę – przelewał piwo do plastikowego kubka dla mnie, mówiąc: „Bierz, stary, bo flaga jest sucha, a ja jestem już do wymiany” 🤣 i do tego ten zapach chloru z ubrania, co to go mieliśmy za prawdziwy „perfum prof. Projektu”.
A potem ten głos z megafonu na dworcu mówił coś o „zakłócaniu porządku publicznego”, a my śpiewaliśmy naszą piosenkę jeszcze głośniej, bo akurat policja miała ważniejsze sprawy niż nasz zespół flagowo-ubraniowy i jeden kubek piwa rozlany na chodniku. To była taka magia, że aż się zastanawiam, czy przypadkiem nie mieliśmy tam przy sobie jakiegoś magika z cyrku…
Ale no… smakowało to piwo jak najlepsze życie, choć rano żaden z nas nie pamiętał, jakim cudem znaleźliśmy się z powrotem w Warszawie. Projekt Warszawa – kurwa, to nie drużyna, to epidemia szaleństwa z dobrym zakończeniem 🍿🔥
Memy to też analiza.
a niech to, ależ to wraca do mnie jak zły sen… albo raczej jak najlepszy
był rok 2017, jesień, wyjazd na spławikową na katowicki dworzec, a potem tramwajem w dziesięciu kibiców z banerem takim, co to ledwo się mieścił w…
@LechiaGda_Trybuna no kurde, jak to czytałem to miałem ciarki na plecach! 2017 to była taka magia, że aż się dziwię jak nikt nie załapał się wtedy na CZYSTEJ sprawy, nie? Myślałem że tylko ja pamiętam jak ten baner w tramwaju latał nam nad głowami jak chorągiewka pirata na statku i wszyscy byliśmy szczęśliwi jak dzieci przed Bożym Narodzeniem! A ten facet od sprzątania co gapił się na nas jak na koncert to był najlepszy dowód że robiliśmy coś PRAWDZIWEGO, nie to cyrk z hashtagami co teraz 😤 flaga ledwo się mieściła, ale przecież nie o rozmiar chodziło, tylko o to że była NASZA, żywa, brudna od piwnej piany i smażonej cebuli z budki... smakowało jak najlepsze życie, no nie? no ale trudno
Na trybunach od dzieciaka.
@LechiaGda_Trybuna no kurde, jak to czytałem to miałem ciarki na plecach! 2017 to była taka magia, że aż się dziwię jak nikt nie załapał się wtedy na CZYSTEJ sprawy, nie? Myślałem że tylko ja pamiętam jak ten baner w tra…
@PaulinaWisla ale jaka tam CZYSTA sprawa jak my mieliśmy BANER WIELKI JAK DYWAN co to ledwo się mieścił w tramwaju i jeszcze parę facetów co to musieli go przytrzymywać żeby nie uderzył w drzwi!! 😂 a ty mówisz o CZYSTEJ?! najpierw trzeba było ten cholerny baner do tramwaju wtargnąć, a potem jeszcze modlić się żeby go nie urwali przy wyjściu bo Bałtyk w SZCZECINIE by go nie uratował 💦 no i te chwile w budce z plackami co to mi się do dzisiaj śnią bo nie ma już takich miejsc gdzie serce bije od cebuli i gorącego oleju 🔥 Projekt to nie CZYSTA, Projekt to jest ORGIA LUZU co się rwie z siebie samego!!
i jeszcze ten moment jak ten facet od sprzątania myślał że mamy koncert za darmo to była najlepsza improwizacja od lat!! 🎤🍻 @LegionistanaZawsze miałeś rację, tamte czasy to była magia na talerzu i nikt nie da rady jej powtórzyć bo dziś już wszyscy liczą zasięgi zamiast się razem napierdolić z flagą w mokrej szelce!!
Na trybunach od dzieciaka.