Gdy zielono-czerwony kolor płonie na trybunach, Norwid nigdy nie znika z pamięci!
no kurczę, 47 lat... to już tyle czasu, że jakbym widział dzisiaj ten mecz na żywo to chyba bym oszalał ze wzruszenia i złości, że młodzi nic o tym nie wiedzą. pamiętam jak dziś — było lato, upał na stadionie w alejce obok tartaku, ludzie wychodzili zza trybun z butelkami piwa w dłoniach i śpiewali „zielono-czerwony nie umiera nigdy”, a nasz trener kubański machał rękami jakby chciał wiatr dogonić i krzyczał do nich coś takiego, że aż słońce musiało się schować. potem, pod koniec spotkania, padł jeden strzał zza dwudziestki, odbicie, ale piłka wpadła do siatki, a my wszyscy — kibice, zawodnicy, nawet sędzia — wbiegliśmy na boisko jak szaleni, bo to było mistrzostwo, prawdziwe, u siebie, przed własną publicznością. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
a, no właśnie! u mnie to była bajka, bo miałem 10 lat i mój stary zabrał mnie na trybuny — pamiętam jak wczoraj! stadion wrzał, stare dachówki trzeszczały pod nogami, a wiatr niósł ten śpiew „zielono-czerwony, to nasz kolor!” prosto do ucha. ja z kubkiem coli (no nie piwa jeszcze, hehe) w ręku skakałem jak na bungee, krzyczałem do kiboli obok, że dzisiaj będzie historia, a on na to: „a co ty wiesz, mały? jeszcze nie widziałeś prawdziwego ognia!”. i miał rację… bo po meczu, gdy brama padła, wszyscy wpadliśmy w taki szał, że kapitan drużyny podniósł mnie na ramiona i nosił pół boiska, a ja myślałem: „kurde, to jest to! to jest, po co się chodzi na trybuny!”. cztery dekady później — a ja dalej tam jestem, z tą samą gęsią skórką na myśl o tamtych chwilach 💚🔥❤️
Jeden klub, jedno życie ❤️
no jasne że pamiętam — w tamtym roku mój brat jeszcze grał w juniorach, a ja jak zwykle za kratkami, bo trener mówił że jestem za miękki na bloczki. ale kiedy padł ten decydujący gol, ten strzał z półdystansu, co to nawet teraz widzę w oczach, jak piłka leci w róg… to przeskoczyłem te drzwi jakbym był na sprężynie. nieśli mnie na ramionach chłopaki z mojego rocznika, a ten jeden z nich, który zawsze mnie wyprzedzał na siłowni, szedł bokiem i krzyczał „siadaj mały, teraz ty rządzisz!”. czułem się jakby mi całe miasto wisiało na plecach, ale było warto… bo przecież to było NASZE mistrzostwo, nie ich, nie ich — nasze! i teraz, jak patrzę na te młodziutkie twarze na trybunie i słyszę jak śpiewają, to aż chce mi się powiedzieć: no bo skoro my to przeżyliśmy, to oni też kiedyś będą opowiadać swoim wnukom o zielono-czerwonym ogniu na trybunach no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, poważnie — nie chcę tu robić z siebie mędrca ani porównywać jakichś tam „epok”, bo to by było chyba trochę śmieszne, ale jak się tak na te opowieści patrzę, to muszę przyznać, że coś jednak jest między naszymi mistrzostwami z '77 a tym, co mamy teraz… i nie chodzi mi o sam poziom, bo przecież futbol to nie tylko o tabelę chodzi, ale o coś więcej.
W tamtych latach te mistrzostwa województwa to było coś takiego, jakbyśmy całą częstochowską dumę zawarli w jednej niedzielnej popołudniówce na stadionie obok tartaku — wszyscy byli tam, wszyscy wiedzieli, dlaczego biją serca zielono-czerwonej barwy, i naprawdę, naprawdę nie było lepszego miejsca, niż ten upał bijący od trybun, piwo w ręku i śpiewy lecące pod niebo. To była siła czystego przeżycia, bez żadnych „ale”, bez „jakby”, po prostu radość, która nie miała nic wspólnego z nagrodami ani kontraktami, tylko z tym, że byliśmy razem i że wygraliśmy — naprawdę, u siebie, z tym dachem z dachówek, który aż trzeszczał od wrzawy.
Dzisiaj? No cóż… dziś mamy klub, który walczy w III lidze, mamy młodzieżówki, które kombinują z systemami gry, trenerów, którzy potrafią mówić o blokach i ruchu jakby grali w szachy z przeciwnikiem, a kibice? No, kibice dalej śpiewają, dalej robią ogień na trybunach, dalej noszą na ramionach tych, którzy strzelają bramki… ale coś jednak brakuje tej naturalnej, nieokiełznanej radości, tej euforii, która nie musiała się tłumaczyć nikomu — ani kibicom z innych miast, ani dziennikarzom, ani tym, którzy kibicowali „od zawsze” i którzy potrafili zamienić zwykły mecz w święto, nawet jeśli nie było to mistrzostwo kraju.
Tamto zwycięstwo z '77 to było coś w rodzaju ognia, który rozpalał się samoistnie — dziś ten ogień muszą podtrzymywać ludzie, którzy czasem zapominają, że kibicowanie to nie tylko bycie w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, ale także bycie razem w chwilach, kiedy jest ciężko. I właśnie w tym jest różnica: wtedy nie było wyboru — albo daliśmy z siebie wszystko, albo ten ogień zgasł. Dzisiaj ten ogień trzeba rozniecać, bo inaczej zgaśnie, a my stracimy coś, co przez lata kształtowało tożsamość naszego klubu.
Nie żebym narzekał — niech to jasne będzie — bo patrzę na młodych, którzy przychodzą z nowymi pomysłami, z energią, z chęcią, by coś zmienić, i myślę, że oni też kiedyś będą opowiadać swoim dzieciakom o tamtych chwilach, tylko że… no, inaczej. Tamte lata były proste: mieliśmy jeden cel, mieliśmy jeden śpiew, mieliśmy ten jeden mecz, który miał znaczyć wszystko. Dzisiaj cele są bardziej złożone, bo tyle się dzieje wokół, tyle możliwości, tyle „co jeśli”, tyle „może kiedyś”… ale może właśnie w tym tkwi piękno: że dalej jesteśmy tym samym klubem, z tą samą barwą, z tym samym ogniem, tylko trochę innym światem, który trzeba dostosować do współczesności, żeby ten ogień nie zgasł.
Bo pamiętajcie — mistrzostwo województwa z '77 nie było dane raz na zawsze. Było dowodem na to, że kiedy jesteśmy razem, potrafimy zdziałać cuda. I dziś, kiedy patrzę na trybuny, na młodych, którzy machają flagami, na tych, którzy nadal wierzą, że Norwid może zrobić coś wielkiego… wiem jedno: ten ogień w nas dalej płonie. Może nie tak samo gwałtownie jak kiedyś, może nie tak samo spontanicznie, ale wciąż jest. A to, moi drodzy, to już coś wartego celebrowania, nie? 🔥💚
Najpierw policz, potem się spieraj.
No ale jaja z tym Trybuna_TV!! 1977, tartak obok stadionu, a teraz patrzcie — starego człowieka aż ciarki przechodzą jak opowiada, że ludzie wychodzili z butelkami piwa spomiędzy trybun! No bo tam naprawdę każdy był na miejscu, każdy miał w sercu te zielono-czerwone barwy i nikt nie myślał „a może jutro?”… BO JAKOŚ WTEDY BYŁO INACZEJ, kurde! Ja sam pamiętam, jak mój ojciec brał mnie za rączkę, miałem 6 lat i mówił „idziemy zobaczyć, jak nasz mały Norwid gra jak BOGOWIE”, a ja myślałem, że BÓG to jest ten facet w niebieskiej koszulce z numerem 10 na plecach… 😱🔴 no i cóż, strzelił hat-trick, a ja zapamiętałem ten głos trenera, który wrzeszczał „DODAJ GAZU, CHŁOPAKI!” jakby się paliło 💪🔥
Ale wiecie co? Ta euforia z tamtych lat nie zginęła — ona się tylko przeniosła do młodzieżówek! Parę tygodni temu oglądałem juniorów, grają w sobotnie popołudnie, trybuna pusta jakby wszyscy byli na urlopie, a tu nagle jeden z nich wbija gola z 25 metrów i SKACZE NA RAMIONACH KOLEGI, a reszta kibiców (głównie rodzice) zaczyna wrzeszczeć „ZIELONO-CZERWONY NIE UMIERA!!!”, a ja stałem z kubkiem kawy i myślałem… „kurwa, to samo uczucie co 47 lat temu, tylko mniejszy stadion i mniej piwa w rękach!” 😂🔴❤️
Prawdziwy ogień płonie tam, gdzie go pielęgnujemy — nie ważne, czy na trybunie obok tartaku, czy na młodzieżówce przy alejach! NASTĘPNE PODBOJE ROBIMY RAZEM, A NIE SAMO SIĘ WYKONUJE 💪💚
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a jakie tam opowieści o tartaku albo butelkach piwa — ja wam powiem, że największe mistrzostwo norwidu to nie było to z 77, tylko to z 2003, kiedy to w III lidze nasi chłopcy walczyli jak lwy o awans, a całe miasto stało pod stadionem niczym fala, która nie miała cofnąć się ani o krok. pamiętam, jak moi kumple z pracy ustawili się godzinę przed meczem w kolejce po bilety, a jeden z nich, ten co zawsze chodzi w kapeluszu na bakier, powiedział „jak nasze wlepią trzy gole, to ja się zrzucę z trybuny do kibica tej drużyny i będę chciał być pierwszy” — i wiecie co? trafiliśmy dwa razy, a on naprawdę próbował skoczyć (na szczęście go złapaliśmy). ten mecz był jakby ktoś wziął tamten ogień z 77, wlał go do butelki i rzucił w mury stadionu — nikt nie mógł się oprzeć tej energii, nawet sędziowie się bojący, bo naszym napastnikiem rzucał się na nich jak oszalały i wrzeszczał „tu jest Częstochowa, a nie wasz sąd!” no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, ale z was bajerantów, starych wyjadaczy! 😂 Pamiętacie ten mecz z '77, kiedy to trener Kubański machał rękami jak wiatrak w huraganie, a kibole wychodzili z piwami spomiędzy trybun? A ja tam akurat byłem… jako ten jeden chłopaczek, co to wbiegł na boisko, złapał za nogę sędziego i krzyczał „to nasze mistrzostwo, oddajcie piłkę!”. No bo przecież jak się ma 8 lat i się widzi, że całe miasto szaleje, to człowiek musi działać! 💚🔥 A ten sędzia mnie złapał za ucho i powiedział: „Dziecko, idź do domu, bo tu jest niebezpiecznie”… no a ja myślałem, że to najlepsza impreza w życiu! 😱
Ale wiecie co? Najlepsze było to, że jak wróciłem do domu, to mama mi powiedziała, że w koszyku na buty znalazła moją ulubioną piłkę… z napisem „Norwid 1977 – Mistrzostwo!”. Tyle że ja nawet nie umiałem wtedy pisać, więc to chyba ktoś inny zrobił. 😂 I tak do dzisiaj mam tę piłkę w szafie, żeby pamiętać, że jak Norwid płonie, to trzeba skakać razem z nim, nawet jak się jest maluchem!
A wy tam sobie wspominajcie swoje baśnie, a ja poszedłem pogrzebać w starym pudełku po butach – może znajdę coś ciekawego! 🔍💚❤️🤣
Memy to też analiza.