Gdy zielono-biały sztandar powiewał nad Kędziorzem, a cała ulica szła w rytmie naszego hymnu!
a co, kurczę blade, to się jednak aż takie lata nie starzeje – bo chyba w 2001 albo 2002, nie pamiętam już dokładnie, tylko tyle co ten huk trybun, jakby ktoś rzucił całe pudło kamieni w betonowy dół, i ten nasz hymn, który niby znany był od urodzenia, a tutaj to jakoś tak wychodziło z piersi samych dziadków z okapami nosa czerwonych od emocji...
wpadłem wtedy na mecz z kumplem, co to później musiałem go odwieźć do domu, bo już nie miał siły trzymać w ręku nawet piwa, bo klaskał tak, że mu zegarek z ręki spadł i pękła taśma. a Stasiak – no, niech mnie szlag, ależ ten facet miał wtedy pazury! gol jak z karabinu, prosto w róg, i to było takie... taki huk, że sędzia gwizdek schował do kieszeni i czekał, aż ochłonie. jakby ktoś zdjął korek z butelki szampana – w jednej chwili cała ulica to jeden wielki organ, który grał naszym hymnem, a na murawie nasi nie wiedzieli, czy mają się modlić, czy po prostu płakać ze szczęścia.
i te transparenty – ktoś powiesił ogromny na trybunie, że "zielono-biali nie oddadzą boiska za żadne złoto", a pod spodem dopisane na brudno "przynajmniej nie bez walki". klasa biała, nie? teraz się patrzy na te czasy i myśli: no ale zobaczymy 😄
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A co, no dobra ale ja pamiętam, jakby to było wczoraj – 2003 rok, lato, a ja z ojcem na trybunie północnej, taka dziwna doba, że aż czuło się w powietrzu, że coś się wydarzy 😱🔥
Mój stary to normalnie nie kibicował tak mocno, ale tego dnia to mu łzy w oczach stanęły, jak Stasiak uderzył – no bo mu zegarek też z ręki wyleciał, ale nie takiego taniego, co to i tak by się rozleciał 😂 a myśmy obaj wrzeszczeli tak, że rano następnego dnia gardło miałem jak papier ścierny
A ten transparent z napisem "co nas nie zabije, to wzmocni" wisiał dosłownie na samej górze trybuny, i jakby ktoś tam zrzucał te biało-zielone chusty, to aż kurz szedł fontannami 💪🔴 no kurczę, no kurczę, jakie to lata... ale jebane nostalgiczne
Swoich się nie zostawia.
ejże, no ale co wy tu teraz te dwie historyjki opowiadacie jakby to było co wczoraj, a ja wam powiem – tam był jeszcze jeden taki moment, i to nie w 2001 ani 2003, tylko chyba w 2006, już po tym jak stary stadion się sypał, a nowy jeszcze nie był całkiem gotowy, no i graliśmy akurat z Asseco Resovią, ta drużyna co to potem tyle latała po Europie jak szalona.
pamiętam jak dzisiaj, bo mój szwagier, ten co to ma warsztat blacharski przy ulicy Gliwickiej, akurat dostał zlecenie na naprawę jakiejś karoserii koło hali sportowej, więc poszedłem sprawdzić czy mu się coś nie poprzewracało od tego hałasu. a tam – nie dość, że z tyłu trybuny rozstawili taki wielki głośnik co to grał nasz hymn non stop, to jeszcze ten transportowiec co woził sprzęt nagłośnieniowy zaparkował akurat przed wejściem, i ledwo co ruszył, a już z tej maszyny poleciał taki bas, że nawet ludzie na parkingu przed halą musieli się zatrzymać i posłuchać.
i ten gol wtedy padł, nie pamiętam który z kolei, ale Stasiak znów był w akcji, i jak ten świstek wpadł do siatki, to seplenienie od tych głośników było tak cholernie mocne, że sędzia musiał podejść do stolika i poprosić, żeby na chwilę zrobić ciszę, bo nie słyszy gwizdka. a myśmy na górze zrobili taką spontaniczną petycję na transparent, że "hala nas słyszy, choćby miała głuchnąć" – i wiesz co? naprawdę ją usłyszała, bo asystent sędziego podszedł i kazał operatorowi zrobić ciszę na chwilę.
wracałem potem z tym szwagrem do warsztatu, a on cały taki podekscytowany mówi: "kurwa, a ja myślałem że to jakiś strajk generalny się zaczął, jak ten hałas leciał". a ja mu na to: "to nie hałas, to szczęście kibica, a szczęścia nikt nigdy nie potrafi ugasić". no ale zobaczymy, bo teraz to już inna liga...
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ejże, no ale co wy tu teraz jakie porównania robicie – tyle lat minęło, że aż mi się wzrok psuje jak patrzę na stare zdjęcia, a one tam wiszą w klubowym budynku, i to mnie właśnie dzisiaj napadło, bo spotkałem się z tym dawnym naszym obrońcą, co to później grał jeszcze w Śląsku Wrocław, i rozmawialiśmy przy piwie w "Zielonym Kącie".
Tamta drużyna... no cóż, była jak dobry, stary rzemień – nosiła się, choć latała i czasem trzeszczała, ale jak ją wkładałeś, to wszystko trzymało. Mieliśmy w niej takich facetów, co to bez żadnego "sportmedycznego" za plecami wsiadali w autobus, a jak wracali, to obaj z butami w krwi, bo ktoś im buty podziurawił od kopnięć, i nikt nie liczył, ile jest karnych punktów, tylko liczyliśmy, ile mamy przyjaciół na trybunach. I takiego Stasiaka pamiętam – nie takiego, co to dzisiaj skacze po boisku jak na gumie, tylko takiego, co to walczył jak oszalały, i jak uderzył, to nawet jak nie trafił do siatki, to i tak była radość, bo wiedziałeś, że niedługo znów spróbuje. A dziś? No cóż, widzę tych naszych chłopaków, którzy wychodzą na boisko, i człowiek myśli: "dobrze, no i co dalej?" – bo nie wiemy, czy oni jeszcze pamiętają, że kiedyś było tak, że jak zagraliśmy jeden mecz naprawdę dobrze, to na drugi tydzień się mówiło o nim jeszcze w mieście, a nie o tym, czy awansowaliśmy czy nie.
Tamten skład... no, była w nim jakaś pasja, której dzisiaj brakuje. Stary Ordon to był taki trener, co to nawet jak drużyna przegrywała, to on miał zawsze ten sam wyraz twarzy – jakby mu akurat kazali zjeść kanapkę z serem zamiast tego dobrego sera żółtego, ale i tak zjadał z uśmiechem. Dzisiaj ci nowi, to się uśmiechają tylko jak wygrają, a jak przegrają, to już nie wiadomo, czy z nimi gadać, czy dać im spokój. I te transfery... no, kurczę, ja rozumiem, że teraz to się szuka talentów, ale wtedy to byli ludzie z okolicy – syn sąsiada, ten co to kopał piłkę na osiedlowym boisku, i nagle okazuje się, że może zagrać w Ekstraklasie. Dzisiaj to przyjeżdżają za pieniądze z zagranicy, a jak się nie sprawdzą, to znowu ktoś inny przyjeżdża, i nikt nie ma pojęcia, kto to w ogóle jest.
A trybuny... no, nie obraźcie się, ale tamte były jak wielkie rodzinne przyjęcie, gdzie wszyscy się znali, a dzisiejsze to taka luźna impreza, gdzie niektórzy przychodzą, robią zdjęcie, i już idą, bo muszą jeszcze na drugie spotkanie, na trzecie, no i kibicowanie stało się takim czymś w stylu "lubię, jak lubię, ale nie przeginam". Pamiętam, jak po jednym z tych dawnych meczów szliśmy wszyscy ulicami miasta, i ludzie z okien wrzucali nam piwo, a my śpiewaliśmy hymn tak głośno, że sąsiedzi przynosili nam kanapki, bo myśleli, że pewnie umieramy z głodu. Dzisiaj? No cóż, widzę na trybunie trochę emerytów, trochę młodzieży, która przychodzi dla tik-toka, i paru zapaleńców, co to naprawdę się cieszą, ale... nie ma tej dawnej masy, tej jednej, wielkiej radości, która pchała ludzi z podwórka, z pracy, z szpitala, żeby choć raz w tygodniu poczuć, że są częścią czegoś większego.
I jeszcze te transparenty... no, te były prawdziwe – ktoś napisał je na kartonie albo na prześcieradle w domu, i wisiały tam cały mecz, a dzisiaj to są te gotowce z drukarek, które wiszą dziesięć minut i lądują w śmieciach. Tamte emocje... no, cholera, one się nie powtarzają. Było takie poczucie, że gramy dla siebie, dla miasta, że każdy gol to coś więcej niż trzy punkty. Dzisiaj to jest bardziej... no, biznes. Ale rozumiem, że świat się zmienia, i trzeba się dostosować. Tylko czasem, jak patrzę na te stare zdjęcia, to myślę: "fajnie było wtedy, ale fajnie też będzie kiedyś, jak te chłopaki w końcu zrozumieją, że grają dla nas, a nie dla swojego CV".
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no ale co wy mi tu teraz te bajki opowiadacie jakbyście mnie chcieli wcisnąć do jakiegoś programu o starych dobrych czasach na TVP3 😂🍿 no ale super, że tyle się pamięta, bo ja akurat tamtego roku byłem w tym wielkim mieście… no, jakimś Wrocławiem, bo akurat rozbijałem z kumplami namiot na imprezie studenckiej i właściwie to pamiętam tylko tyle, że miałem taką koszulkę zielono-białą, którą dostałem od jakiegoś dziadka pod stadionem w Kędzierzynie, bo jego wnuk miał za małe rozmiary.
No i tak siedziałem sobie pod tym namiotem, sączyłem piwko (które oczywiście było ciepłe, bo lodówki nie miały prądu), a tu nagle przez megafony leci nasz hymn, a obok ktoś krzyczy: "Stasiak strzelił, znowu ten szalony!". A ja na to: "No kurwa, a ja myślałem że to moje piwko tak głośno bulgocze!" 🤣 no ale serio, to był wtedy taki klimat, że jak ktoś nie umiał śpiewać, to i tak śpiewał, tylko żeby nie czuć się jak ten jeden koleś co to przychodził z teczką pod pachą i liczył mecze na palcach.
I pamiętam jeszcze transparent, który wisiał u mnie na plecami napisany flamastrem: "Jestem z Kędzierzyna-Koźla i nie muszę nikomu się tłumaczyć, bo to ja kibicuję!" A jak potem ktoś mnie pytał, skąd się to wzięło, to mówiłem: "A bo ja wiem, chyba odziedziczyłem po dziadku, co to grał kiedyś w rezerwach, ale w papierach mi się podarło, więc napisałem na plecach".
Ale no, poważnie – tamte lata to było coś specjalnego, bo na trybunie nikt nie liczył punktów ani awansów, tylko to, że razem jesteśmy, że razem śpiewamy, że razem pijemy (i czasem razem się przewracamy). Teraz to już inna liga, ale fajnie się czyta, że tyle dobrych wspomnień w was zostało. A Stasiak? No niech go Bóg błogosławi, bo gdyby nie on, to pewnie bym dzisiaj nie miał tej koszulki, a na dodatek nie umiałbym tak dobrze nucić naszego hymnu w połowie trzeciego piwka 😎🔥
Memy to też analiza.