Gdy Zieloni szturmowali Europę, a trybuny drżały od »Kędzierzyn!
ach, no nie wiem jak to u was opowiadać, ale ja to pamiętam jakby to było wczoraj… to było chyba w 2007 albo 2008, akurat jadłem obiad u mamy w kędzierzynie, radio grało, a tu nagle wiadomości sportowe — "zmiana planów, Zieloni lecą do Radomia!" i od razu myślałem: no nie, znowu ta piaskownica im się rozjechała…
a jak wsiadłem do pociągu, to w wagonie ludzie już śpiewali, niektórzy nawet mieli koszulki z napisem "Radom! Radom!" albo ten swój fajny motyw z koroną. no i pamiętam, że na stadionie — bo co, pamiętam stadion? — no przecież pamiętam, tam były takie drewniane trybuny, które trzeszczały jak stare łóżko, a kibice stali tak ciasno, że jak ktoś spadł, to go w ogóle nie zauważono. i wtedy to się zaczęło…
pierwsze sety Zielonych były jak karabin maszynowy — huczało, aż mi uszy bolały, a ten ich atakant, ten Wysocki, to latał jak ptak. i nagle, w trzecim secie, jakby ktoś nacisnął play na playbacku — cała trybuna zaczęła "jeszcze raz, jeszcze raz!" i ten dźwięk… no naprawdę, cały stadion drżał. a jak oni potem wygrali, to ludzie rzucili się na boisko, a ja stałem z tymi swoimi starymi okularami i myślałem: cholera, to jest to, o co chodzi w siatkówce.
i teraz jak słyszę "Kędzierzyn! Koźle!" w tym swoim okropnym Radomiu, to mi się włosy jeżą… bo to była inna epoka, zupełnie coś innego niż te dzisiejsze mecze w domowym zaciszu. tam się grało o sławę, o dumę, a nie o te wszystkie cyfry na ekranie.
no ale zobaczymy, może kiedyś jeszcze dożyjemy takich dni… chociażby znowu w piaskownicy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurcze, ale mnie ciarki przeszły jak czytałem… bo u mnie to było akurat w Sosnowcu, w warsztacie, akurat montowałem rury do starej instalacji, radio grało na pełny regulator — i nagle informacja: "Zieloni jadą do Radomia, mecz w TV!" no i pomyślałem, no szlag, w środku dnia pracy, a serce aż bije! żona krzyczała coś ze swojego pokoju, że niby zjem teraz obiad, a ja tylko machnąłem ręką i "daj mi spokój, co ty bredzisz!" — bo tamtego dnia nie było mowy o żadnym jedzeniu, tylko o siatkówce!
i pamiętam, jak patrzyłem na ten mecz — ten Wysocki, ten chłopak latał jak opętany, a ten Kurek, no dobra, co tam, jak on skakał! i nagle, ta chwila — trzeci set, oni tracą, a trybuna zaczyna "jeszcze raz, jeszcze raz!" i ja, kurde, musiałem podeprzeć się o ścianę warsztatu, bo nogi się uginały! cały pokój aż dudnił od tego wrzasku, a ja myślałem: "ożeż, co oni tam wyrabiają?! toż to magiczna siatkówka!"
a jak oni wygrali, to poszedłem do sklepu po browarek, choć była dopiero pierwsza, i stałem przed telewizorem w tej mojej brudnej roboczej koszuli z napisem "Sosnowiec" na plecach — i modliłem się, żeby chociaż raz moi chłopacy tak walczyli na wyjeździe. i teraz jak słychać te "Kędzierzyn! Koźle!", to aż się śmieję, bo to brzmiało jak zaklęcie… i modlitwa zarazem. 🔥💪😱 bo to było coś więcej niż mecz — to było święto, cholera!
W radości i smutku, do końca z nimi.
a wam coś powiem, bo ja w tamtym meczu byłem na miejscu, no nie w Radomiu, tylko w Warszawie, w warszawskim pociągu pospiesznym, którym jechaliśmy z kwiatami i szalikami zaopatrzeniowymi — bo co, mieliśmy tam rozłożyć skarbonki i zbierać na ten wyjazd, jak inni kibice. i pamiętam, jak się ludzi w tym wagonie zebrało, że ledwo stali, wszyscy w zieleni, a ten starszy pan, co to chyba z pokolenia mojego ojca, zaczął grać na trąbce — nie, nie żadną subtelną melodię, tylko prosto z mostu: "do boju siatkarska brać, święta sprawa idzie grać!". i dosłownie każdy się podniósł, nawet te panie w kapciach, które jechały do domu ze sklepu.
i jak wiadomość weszła, że mecz idzie na żywo, to już nie było mowy o wysiadaniu — ludzie walili do wagonu restauracyjnego po piwko, a kelnerka, ta biedna, ledwo dawała radę, bo niektórzy wsadzali w drzwiach banknoty pięćdziesiątki mówiąc "wszystkim po jednym, niech no ten Wysocki wie, że go kochamy!". no i potem na stadionie — bo pamiętam, że ten warszawski obiekt miał takie betonowe trybuny, co to huczały jakby ktoś uderzał w nie młotkiem — nagle wszyscy wstali i zaczęli śpiewać "jeszcze raz, jeszcze raz!". i ja tam stałem z tą moją skarbonką, a łzy mi wyszły, bo czułem, że to nie jest mecz, tylko że my wszyscy, nie tylko Zieloni, ale i ci warszawiacy, ci radomscy, cały ten zespół ludzi, gramy w jednej drużynie. i teraz jak słyszę te okrzyki, to mi się ręce same ruszają, jakbym dalej trzymał tę skarbonkę.
no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś dożyjemy, żeby znów tak zagrać — niech nam teraz ten nowy trener da trochę tej magii… bo bez tej magii to nawet mistrzostwo nie cieszy 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do licha, a ja coś wam opowiem, bo tamta drużyna to była taka szalona ekipa, że jak się dziś patrzę na dzisiejszych chłopaków, to mi się serce ściska — ale nie ze szczęścia, tylko z czegoś takiego… smutnego podziwu.
Pamiętam Wysockiego, tego skrzata, który latał jak szalony i nie bał się nikogo — nawet jak mu rzucili blokiem w gębę, to i tak skakał na drugą stronę siatki. Dzisiaj? Prawie nikt nie ma takiej pazerności na punkty, a ci, którzy mają, to się boją kontuzji bardziej niż własnej matki. Tamci mieli w oczach ogień, dzisiejsi — kalkulator.
I ta trybuna! No nie ma porównania. Kiedyś ludzie przyjeżdżali z całej Polski, nie tylko po to, żeby dopingować, ale żeby oddychać tym samym powietrzem co my. Teraz? Wiadomo, są te wyjazdy, ale… jakoś tak pusto. Jakby kibice się rozproszyli, albo po prostu przestali wierzyć, że Zieloni mogą naprawdę coś wywalczyć.
No i ta chemia! Tamta drużyna grała jak jeden organizm, dzisiaj widzę, że czasem jakby każdy na boisku grał w swoją piłkę. Coś im brakuje tego… tej szaleńczej wiary, że jak krzykną "jeszcze raz!", to los się uśmiechnie.
Ale nie jest tak, że nic nie zostanie. Bo te "Kędzierzyn! Koźle!" nadal brzęczą w sercach, i to jest coś, czego nikt nam nie odbierze. Tylko szkoda, że dzisiejsza drużyna nie dorasta do tamtych standardów — a szkoda, bo mielibyśmy znowu co świętować. 🏐💔
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ejże, kurde, ale się rozmarzyliście tymi opowieściami jak babcie przy babskim gronie… A wam się wydaje, że tamta drużyna to była jakaś święta krowa, której teraz nie dorastamy do pięt? No nie przesadzajmy!
Słuchajcie, Wysocki był dobry, zgoda, ale nie był przecież żadnym bogiem. Tamtego dnia trafił się słaby blok w Radomiu, i co z tego? Przecież dzisiaj Zieloni walczą z lepszymi drużynami, o dużo wyższych ambicjach — a wy gadacie, jakby od tej jednej wygranej zależało wszystko. Co to, dla was po 2011 roku żaden mecz się nie liczy?
I ta "chemia" — no nie no, nie przesadzajmy. Tamci chłopacy grali razem od lat, mieli za sobą setki treningów, a dzisiejsza młodzież? Większość ledwo co złapała się do pierwszej drużyny i od razu ma pretensje, że nie gra od samego początku. No i co niby, że nie dorastają do tamtych standardów? Przecież oni mają inny styl gry, inny plan, inną mentalność — a wy porównujecie do drużyn sprzed dziesięciu lat? To jakby porównywać dzisiejszy Inter Mediolan do zespołu Mourinho z 2010 roku!
A te "Kędzierzyn! Koźle!"? No dobrze, no fajnie, że to działa na wyobraźnię — ale przecież dzisiaj jest więcej kibiców na trybunach niż kiedyś, nie? Tylko że teraz ludzie nie śpiewają non stop, bo mają do dyspozycji telewizory, internet, telefony… Wszędzie słyszy się doping, tylko nie zawsze wprost z trybuny. To nie znaczy, że zniknęła magia, tylko że się zmieniła forma.
I jeszcze jedno — tamta drużyna miała fajny moment, no nie ma co, ale dzisiejsza ma więcej do stracenia. Dzisiaj się liczy każdy punkt, każdy mecz, a nie tylko te emocje na wyjazdach. I co z tego, że starzy kibice płaczą nad tymi wspomnieniami? Młodzi mają swoje marzenia, swoje oczekiwania — i równie dobrze mogą je spełnić.
No ale niech będzie — niech Wam się śni ten Wysocki latający nad siatką, a my tu będziemy czekać na kolejne "jeszcze raz"… Choćby nie wiem jakie cyfry pisaliście na ekranach. 😉
A pamiętacie, jak tamtego wieczoru w Radomiu niektórzy kibice przyjechali dosłownie na gapę? 😂 No bo pociąg z Kędzierzyna dojechał prawie pod sam stadion, ale jak widzieli te tłumy, to co niektórzy zeskoczyli na peron i dalej szli na piechotę, a jeden nawet złapał okazję od taksówkarza, który woził kibiców za darmo, bo mówił, że mu serce rosło jak słuchał "jeszcze raz!"!
I jeszcze to było takie klimaty, że po meczu jakieś mamy z Radomia podeszły do naszych chłopaków i dawały im domowe serniczki albo czekoladę "bo taki fajny mecz zrobiliście!" — no i co, nikt nie odmówił, prawda? Bo to nie był mecz, to był cały ten dzień, te emocje, te uściski, te łzy szczęścia! No ale trudno, warto wspominać, bo co, dzisiaj takich gestów już nie ma… 🔥💪😱
Swoich się nie zostawia.
Ej, no dobra, a ja wam powiem coś śmiesznego, bo akurat wracałem z tego Radomia — nie tym pociągiem, tylko pędem autem, bo mi siostra wybiła szybę w drodze powrotnej 😂 no nic, ale pamiętam, że jak tylko przekroczyłem granicę Kędzierzyna-Koźla, to moja teściowa krzyknęła z kuchni: "No i jaki wynik?" a ja, że oczywiście 3:1, no i normalnie wzięła mi się za pochwalanie, że "no widać, że oni naprawdę walczą", a tu ja na to, że "ależ proszę pani, to ja jadę, bo w Radomiu leciał nam dach nad trybunami!" no i wtedy ona: "Ej, chłopie, a skądś ty taką pewność masz?" A ja na to: "Bo usłyszałem 'jeszcze raz!' i pomyślałem — albo to Bóg przemówił, albo Wysocki znów lata na swoich skrzydłach… 🤣🍿🔥 i tyle!
Potrzymaj piwo.