Gdy Zieloni atakowali, niebo nad Oksywiem drżało od naszego ryku!
no ale ten zielony huk co nam tam wyszedł w pomorskim... pamiętam jakbym to było wczoraj, pierwszy raz widziałem trybunę samą w sobie jak jakiś dziwny organizm, który po prostu oddychał i śpiewał razem z nami. niebo nad oksywiem faktycznie trzęsło się od naszego ryku, a myśmy tam stali jak jeden człowiek, bo to było coś, czego się nie zapomina — te lata tamte, gdy Zieloni naprawdę grali do serca kibiców, nie do statystyk, no bo to przecież przez te lata chodziliśmy tam ze starszymi, co pamiętali jeszcze czasy, kiedy trybuna zadra była głośniejsza od boiska, hehe 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurcze, ja to akurat akurat w ferworze, jak Zieloni wlatywali na boisku, to ja się znalazłem przy samym tarasie Trybuny Zadra, tak na samej górze, że aż mi zęby szczękały od ryku... pamiętam jak dzisiaj, że ręce mi same latały od wiwatów, a jakiś facet obok mnie tak walił pięścią w barierkę, że myślałem, że mu ręka odpadnie 💪🔥! jak Lechia strzeliła pierwszego gola, to słychać było tylko "kurwa mać" wokół mnie, ale jak Zieloni odpalili kontrę i padło 4:1... boże, żeśmy tam wariowali, a niebo faktycznie drżało, nie od wiatru, tylko od naszych gardeł!!! ja tam wychowałem się na tym zespole, widziałem, jak moi starsi chodzili tam z latarkami, jakby to były latawiec latające nad Oksywiem, no a teraz ja tam byłem z moim synem na kolanach i krzyczeliśmy razem jak jeden szaleniec 😱👨👦💚
kurczę, a ja pamiętam ten sam mecz, ale z tej drugiej strony trybuny – przy wejściu na Zadrę, tam gdzieś pod samym dachem, bo mieliśmy stare bilety jak za komuny, no wiadomo, nie było wtedy tych fajnych miejscówek w komórce. jak Zieloni wpadli na drugą stronę, to ja akurat stałem tak blisko, że czułem jakby mi trybuna pod nogami drżała – nie od betonu, tylko od samego śpiewu "zielony puchar, zielony mit, za chwilę Lechia zrobi się martwa!". facet obok mnie, ten stary chłop z brodą, co to chodził jeszcze na mecze z tymi swoimi synami, których teraz już synowie wożą na trybunę... on tak sobie cmoknął i mówi: "widziałeś, chłopie, jak oni tam lecą? to nie są piłkarze, to jakby do garderoby weszli nie sami, ale z całą tą morą zielonych serc". a potem jak padł ten czwarty gol i trybuna zaczęła się trząść od podskoków, to facet się odwrócił do mnie, puścił do mnie okiem i mówi: "no, teraz możemy umierać spokojnie, bo dziś to już była sprawa honoru". i szczerze, tamtego dnia naprawdę czułem, że to nie jest tylko mecz, tylko coś większego – jakbyśmy wszyscy razem z tymi starszymi, co to pamiętają jeszcze czasy, gdy Zieloni byli górą nad całą ligą, i z tymi młodymi, co pierwszy raz tam byli, to robiliśmy coś takiego, że samo powietrze nad Oksywiem było zielone od wrzawy i dumy 💚⚡ no ale zobaczymy, czy dzisiejsza młodzież też potrafi tak ryczeć kiedyś...
No dobra, ale w sumie co tam gadać – tamte lata to był po prostu inny klimat, wiadomo. Oni grali jakby z duszą na ramieniu, dosłownie każda akcja to była walka o ten jeden procent, a my tam staliśmy i wiedzieliśmy, że to nie są zawodowcy z kalendarza, tylko normalni chłopaki, którzy biegają dla siebie, dla nas, a nie dla jakiś liczb w Excelu. Teraz to już nie to – widziałem ostatnio jak nasz zespół wchodzi na boisko, a kibice się witają zamiast krzyczeć, no chyba że akurat trafia się jakiś dobry moment, ale to jakby tętno całego klubu było wolniejsze, jakby ktoś odkręcił wentyl z tej dawnej energii.
Tamtym chłopakom niepotrzebne były żadne sztuczki, grali prosto, twardo, czasem wręcz brutalnie, ale zawsze z tą iskrą, że "jesteśmy Zieloni, nie damy się". Teraz co raz to zmieniają ustawienie, szukają jakiejś modnej taktyki, a ludzie na trybunie siedzą jakby czekali na cud zza oceanu. Pamiętam tamten mecz z Lechią – facet obok mnie miał łzy w oczach, bo dla niego to nie był po prostu wynik 4:1, tylko dowód, że jesteśmy drużyną, która bije się o każdy metr, nawet jakby miało to trwać do ostatniej sekundy.
Dzisiaj to już inna bajka. Mamy fajnych zawodników, nie oszukujmy się, ale brakuje tej dawnej charyzmy, tego luzu, że robimy wszystko, byle tylko widzieć ich walczących na maksa. Tamtej drużynie wystarczyło parę dobrych pomysłów i cała trybuna szalała, teraz trzeba połowy sezonu, żeby ludzie zaczęli klaskać za coś więcej niż za sam fakt, że mecz się odbywa. A i kibice też się zmieniają – kiedyś to byliśmy wszyscy razem, teraz coraz częściej widzę ludzi z telefonami zamiast z gardłami.
No ale nie mówię, że jest źle – po prostu inaczej. Kto wie, może kiedyś znów ten duch wróci, jak w tych najlepszych latach. Bo pamiętam, jak mój ojciec brał mnie wtedy za rękę i mówił: "Patrz, synu, oni grają dla nas, a nie dla tabeli". I wtedy zrozumiałem, dlaczego to jest coś więcej niż tylko piłka nożna. A dzisiaj... no cóż, zobaczymy. Może kiedyś znowu usłyszymy, jak niebo nad Oksywiem drży nie od wiatru, tylko od naszej wspólnej radości. 💚
a ten jeden raz, gdy na Zadrze zabrakło dosłownie jednego metra, żeby dolecieć piłki do sędziego i zagrać rzut wolny od 11 metrów w 90 minucie — to mi się wryło w pamięć na zawsze. staliśmy wszyscy jak wryci, bo wiadomo było: albo teraz, albo nigdy. i wtedy ten facet obok mnie, co to nosił koszulkę z numerem 7 jeszcze z czasów, gdy Zieloni grali w ekstraklasie, krzyknął tak, że dostałem dreszczy po plecach: "kurwa, oddychajcie, chłopaki, bo im się serca wylecą z piersi!" — i dosłownie sekundę później piłka była w siatce, a trybuna zamieniła się w jeden wielki kocioł wrzawy, który aż ściany trybuny trzęsły. nie było tam miejsca na analizy, na wymówki, na to, że "ostatnio słabo grają" — tam byłeś po prostu częścią czegoś, co naprawdę miało znaczenie, no ale zobaczymy, czy te czasy wrócą kiedyś... albo przynajmniej żeby taki duch choćby od czasu do czasu zakręcił się nad naszą zieloną górą 💚
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A mnie się wydaje, że tym razem akurat niebo nad Oksywiem drżało głównie od waszych gardeł, ale od samego piwa, które towarzyszyło takiej owacyjnej wyliczance — pamiętam jeszcze tamte bilety na stare trybuny, jakie te miało klapy, że jak się szło na mecz, to człowiek najpierw sprawdzał, czy ma przy sobie dowcipnego kumpla na górnym tarasie, bo samemu to by się było ciężko utrzymać przy pionie, hehe 😄 No dobra, żartuję, bo oczywiście wiem, że to była chwila, która zostaje w pamięci na zawsze, ale kiedy Piotr mówi o tej "młodzieży z telefonami", to ja bym jednak dopowiedział, że to właśnie przez takie nasze wspomnienia, które z wiekiem są coraz bardziej zalatane pyskiem, że zapominamy, jak to jest być nowym na trybunie i szukać pierwszego rzutu, w którym nie trafi się kogoś w plecy śpienionym piwem 🍻.
I jeszcze jedno — Lechkibic mówił o tym starszym chłopie z brodą i jego wnukach, którzy teraz wożą na trybunę, no to ja dodam, że widziałem ostatnio, jak ten sam starszy facet wrzeszczał na meczu juniorów jak opętany, bo jego wnukowi zginęła czapka, a nie dlatego, że jego ulubieniec idealnie zagrał rzut rożny — no bo jednak nawet u nas, na Zielonej Górze, bywa tak, że zamiast dumy z młodego pokolenia, mamy po prostu zdziwienie, dlaczego ta młodzież tak głośno wrzeszczy, że słychać to aż w Sopocie 😂. Ale serio, facet, fajnie się czyta te wasze opowieści, bo to nie są zwykłe wspominki — to kawał historii klubu, który nikt nie napisze w Wikipedii, a my wszyscy mamy go we krwi. Tylko nie przesadzajmy z nostalgią, bo jak dzisiaj Zieloni przegrywają 0:3, to Trybuna Zadra nadal ma cztery trybuny, a nie dwie, i to też coś znaczy 💚🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat pamiętam ten mecz z Lechią jakby to było wczoraj, bo akurat wtedy siedziałem obok faceta, co miał na szyi taki długi szalik, że owijał się nim trzy razy i jeszcze miał dodatkowe metry zwisające — no wiadomo, klasyczny produkt "zrób to sam" od matki, która myślała, że ten szalik jest dla kibica czymś w stylu "przykryj się, bo ci zimno". No i oczywiście jak Zieloni strzelili pierwszego, to ten facet zareagował tak, że mu te wszystkie warstwy szalika zleciały na głowę i zostały jakoś połączone z barierką, a on stał tam potem jakby to była jakaś nowa dekoracja trybuny, hehe 😂 I wtedy krzyknął coś w stylu "teraz możemy umierać, bo mamy cztery gole i zero sensu!" — nie wiem, czy sędzia to usłyszał, ale ja się śmiałem tak, że omal nie spadłem z tej górnej ławki, którą zajmuję od czasów, gdy moje nogi jeszcze były dłuższe od mojego rozumu 💚🍻.