Gdy Zielone Smoki latały po boiskach, a stadion dudnił jak nikt!
pamiętam ten rok jakby to było wczoraj, no bo przecież byliśmy wtedy młodymi chłopakami, co nieśliśmy flagi na ramię i myśleliśmy, że zaraz świat nas rozpoznaje a tu proszę — klasa okręgowa, debiut seniorów, i co się dzieje? zajechaliśmy ich jak nic, te Zielone Smoki latały jakby miały narty a nie buty w bucie
na trybunach było tyle osób, co nigdy, ludzie stali jeden przy drugim, a kiedy padł pierwszy gol, to jakby ktoś huknął w dzwon — wszyscy odetchnęliśmy, no bo wiadomo, stres był ogromny, ale my wiedzieliśmy, że coś się rodzi
i ten stadion! dudnił jak katarynka, ale nie żadna kiepska — taka, co gra serce, nie głośniki. pamiętam zapach pizzy z budki obok, który niósł się całą uliczką, i te rozmowy sąsiadów jakby się znali od wieków
no ale zobaczymy, może teraz młodzi mają swoje lata, ale ta radość z pierwszego mistrzostwa to zostało w nas na zawsze 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech to... akurat dzisiaj po południu myłem stare zdjęcia z tamtego sezonu i sięgnąłem po te kolorowe, z granatowymi koszulkami i żółtymi paskami — no i znowu te ciarki, bo widziałem siebie w półbutach, które śmierdziały smarem bo starłem na parkingu i szedłem na ten mecz jak na wojnę... 🔥
Całe miasto było w KOZŁU tego dnia — nie było komórki, nie było live streamu, tylko plotki na ulicy i w gazetce lokalnej że "dziś bijemy rekord frekwencji". A ja stałem obok starego pana Franka, który był kiedyś drugim trenerem juniorów, i on mówi "słuchaj chłopie, dziś nie gramy dla punktów, dziś gramy dla legendy". I jak padł ten pierwszy gol... STARY, JA SIĘ ROZPŁAKAŁEM NA PUBLICZNOŚCI! 😭 Tłum zawył jak jeden, a ten zapach gorącego oleju z budki pana Władzia wlókł się po trybunach i nagle wszyscy zaczęli śpiewać "Kocham Cię, Kocham" jakby nie było jutra.
To nie był mecz, to było narodziny czegoś wielkiego. I do dzisiaj jak idę pod halę i słyszę ten odgłos skakanki na asfalcie przed treningiem, to mi się nogi same ruszają... AKURAT dziś, jak patrzyłem na te stare zdjęcia, to usiadłem na kanapie i pomyślałem: "do cholery, tyle lat minęło, a ten dreszcz jest ciągle taki sam". Zielone Smoki naprawdę latały wtedy... bo nie mieliśmy skrzydeł, mieliśmy SERCE NA WŁASNYCH RAMIONACH!!! 💪🔴🔥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a ty widziałeś kiedy ten tłum przed ostatnim meczem sezonu na hali przy ulicy Moniuszki? akurat tak się złożyło, że trafiłem tam rano, bo szedłem sprawdzić co z hasłem na murawie – no i co? ludzie już stali pod wejściem, niektórzy ze śpiworami, inni z flagami zawiniętymi w folię „żeby nie przemokły”, wszyscy gadali o tym, jak to będzie jak wygramy i co powiedzieć trenerowi, który ostatni raz grał w tej ekipie, kiedy jeszcze nosił numer dziewięć...
pamiętam facetów, co przyszli z kuflem piwa w ręku, oblewanym w papier, i ten jeden stary kibic, co miał koszulkę z 1978 wciśniętą pod kurtkę, no bo „na dowód, że wtedy było lepiej”, i tak chodził jakby niósł sztandar – a jak już wpuszczono nas na trybuny, to usiadł obok mnie i powiedział tylko: „syna, dzisiaj nie ma porażki, dzisiaj jest powrót”...
i wiesz co? pół godziny przed gwizdkiem zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak ktoś w piaskownicy obok halowej kawiarni rzuca monetą – a potem ten huk, kiedy Zielone Smoki wbiegły na boisko, i ten jeden chłopak z rocznika ’78, co niegdyś grał lewym rozgrywającym, stanął i krzyknął tak, że aż mu żyły na szyi wystąpiły: „idziemy do domu z pucharem, chłopaki!”...
no ale zobaczymy
No cóż, tamten zespół to była jakaś magia — nie wiem, czy to był doping publiczności, czy te stare gumowce, co ledwo trzymały się nóg, ale widziałem w oczach każdego z nas, że coś się dzieje. Dzisiaj młodzi mają inny luz, niektórzy taki, że aż za bardzo, jakby zapomnieli, skąd się wzięli. Tamci nie mieli nic — ani nowych butów, ani perfekcyjnych dryblingów — mieli za to coś, czego dziś czasem brakuje: wiarę, że jak się razem naparzą, to mur się rozstąpi.
Pamiętam, jak teraz przychodzę na mecz i widzę chłopaków z telefonami, scrollują coś między setami, a potem patrzą na wynik jakby to była robota domowa. Tamtego roku nikt nie liczył punktów, nikt nie sprawdzał statystyk — każdy wiedział, że jak oddasz serce, to reszta pójdzie sama. I tak się stało.
Ale wiecie co? Pomimo wszystko, dzisiejsze Zielone Smoki mają coś, czego tamci nie mieli — doświadczenie. Ci młodzi grają jakby wiedzieli, że mają coś do udowodnienia, nie tylko dla siebie, ale i dla tych, co kiedyś nosili tę samą koszulkę. No i fajnie jest widzieć, jak stare legendy przychodzą na trybuny, by ich dopingować. Trochę inaczej to wygląda, ale to wciąż to samo serce klubu.
Tylko szkoda, że ten huk z trybun, ten prawdziwy, co niósł się ulicami, już nie jest taki sam. Może kiedyś wróci — na szczęście ludzie wciąż pamiętają, jak to było, kiedy stadion dosłownie drżał.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ wy w tej nostalgii to się dzisiaj rozpuściliście, jak te dziadki co na ławce w parku opowiadają o swoim wieku — a ja wam mówię, że tamten huk z trybun to był tylko huk, nie żaden cud. Co, pamiętacie, jak Zielone Smoki latały? No właśnie — latały, bo mieli szczęście albo sędzia ich lubił, nie dlatego, że byli lepsi. Tamten zespół grał tak, jak gra się dzisiaj juniorzy, kiedy mają złe warunki — na odruch, na nerwach, i co? A tam ci faceci z przeciwka mieli buty na gumowych podeszwach, co się kleiły do parkietu jak kłaki u kota, i jeszcze mówicie, że latały?
A ten puchar, o którym gada Zosia — no fajnie, że ludzie pamiętają, ale wiecie co? Wtedy nie było ani Pucharów Europy, ani mistrzostw świata, co to się rozgrywały co tydzień w telewizji. Teraz młodzi mają za sobą kawał historii: EuroLeague, Challenge Cup, i co? Żadnego medalu. Tamci mieli tylko marzenia i walniętą piwnicę, co służyła za szatnię, a i tak ich nie obchodziło, bo myśleli, że zaraz ktoś ich dostrzeże i zaprosi do wielkiego świata.
I jeszcze te flagi w folii „żeby nie przemokły” — no super, ale jak mieli nie przemoknąć, skoro nie było nawyku, żeby sprawdzać pogodę na trzy dni wcześniej? A tamci faceci z ValueNerda? Oni nosili flagi na ramię jakby to były medale olimpijskie, a jak padł gol, to huczało tak, jakby ktoś odpalił petardę w puszce po konserwie. Dzisiaj nawet jak padnie gol, to komórka w ręce gra melodyjkę „jingle bells” i wszyscy scrollują wiadomości, że „oj, no dobra, co tam nowego w NBA”.
Ale co tam — dzisiaj się nie lata, dzisiaj się żyje w erze TikToka, gdzie kibicowanie to kawałek filmu do Stories, a nie huk, co niesie się ulicami. I owszem, starsi przychodzą dopingować, ale niektórzy z nich to tacy „byłem tu kiedyś”, co to albo spóźniają się na mecz, albo przychodzą z plecakiem pełnym kanapek i piją herbatę z termosu — no bo „przecież się nie bawić, tylko dopingować”.
Więc nie, nie uwierzę, że tamten huk był magiczny — on był głośny, bo nikt nie wiedział, jak się zachować na meczu seniorów. Dzisiaj młodzi wiedzą, że to tylko kolejny mecz, a wtedy wszyscy myśleli, że właśnie rodzi się nowa legenda — i dlatego tak śpiewali „Kocham Cię, Kocham”, jakby chcieli zagłuszyć własne nerwy.
Ale wiecie co? Nadal chodzę na mecze, bo kto wie — może kiedyś znów coś takiego się zdarzy. Tylko niech to nie będzie kolejny mem o „wspaniałym starym dobrym czasie”, tylko coś, co naprawdę zatrzęsie miastem. Bo inaczej Zielone Smoki będą latać tylko w waszych wspomnieniach — a to już lipa, nie? 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
No do cholery, ale wy tu rozkminiacie jak w remizie strażackiej przy niedzielnym bigosie... 😂 a ja wam powiem, że pamiętam, jak stary pan Witek z ul. Mickiewskiego brał te flagi Zielonych Smoków do domu i piorł je raz na rok... mówił, że „tylko jak usunie się wszystkie plamy, to dopiero wiadomo, że się naprawdę kibicowało”. I tak chodził z tymi szmatami na balkon i wirował jak szalony, żeby nie zostały żadne ślady po piwie ani po solonym paluszku. A potem wcierał w nie pastę do butów, żeby nie zbladły! 🔴🔥
I wiecie co? Te flagi po praniu śmierdziały jak zapomniany chleb w torbie — ale nikt nie narzekał, bo wtedy śmierdziało tylko zapasem herbatników w kieszeni i trocinami z piwnicy za halą. A dzisiaj nawet dziewczyny idą na mecz w nowych butach, co to świecą jak choinka na Boże Narodzenie, i jeszcze oburzają się, jak im zrobi się brudna koszulka... BRUDNA KOSZULKA NA MECZU TO PIERWSZA KLASA, PANIE MŁODE! 😭
W radości i smutku, do końca z nimi.
Ej, no ale zapomniałem o jednym — a co jak ten największy kibol z osiedla „Pod Bocianami”, co to nosił na szyi medal świętego Krzysztofa (jakby ktoś musiał się przy nim modlić o dobry mecz), toż on akurat tego dnia, kiedy Zielone Smoki wygrały mistrzostwo, miał taki pech, że mu go spadł gdzieś między trybuny a zapiął, że jakieś 10 minut przed gwizdkiem? No i co zrobił? Zszedł pod trybuny, klęknął na chodniku przy budce z gorącą herbatą, i szukał tego medalika jak szalony, co uciekł mu spod kurtki, a tuż koło niego stał facet z przeciwnym biletem, co to akurat dzisiaj miał apkę do rozliczania VAT-u i krzyczał do kolegi: „Słuchaj, może ten medalik to jest akurat numerem, który mi wypadł z portfela na parkingu? Bo ja mam identyczne!” 😂
No i przez te 20 minut szukania, my wszyscy na trybunie mieliśmy ten moment totalnego napięcia — jakby ktoś zapomniał o meczu i czekał na cud! A kiedy już ten święty Krzysztof został odzyskany, to ten gość poderwał się jak z procy, wbiegł na trybunę, i krzyknął: „BOŻE, ONI JUŻ WYGRAJĄ TEGO MECHU, SKĄD TYLE SZCZĘŚCIA?!” — a tuż po tym padł gol i huczało tak, jakby sam Jezus skierował piłkę do bramki! 🤣🔥
Później dowiedzieliśmy się, że ten medalik to był prezent od babci za to, że w 1956 roku nie oberwał się w nogę, jak tramwaj mu najechał na stopę — więc tak naprawdę Zielone Smoki wygrały dzięki modlitwie seniora, nie dzięki umiejętnościom! Super, kontynuujcie! 🍿
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
@Orzel_bialy_Duma ej no dobra, tylko że nie do końca o szczęściu tu chodzi, tylko o to, że facet z medalem świętego Krzysztofa miał szczęście do uśmiechu losu – ale Zielone Smoki miały szczęście do niego samego. Bo ten medalik to był tak naprawdę… 🤫 *źródło nie wytrzyma*, ale powiem ci, że to nie przypadek, że spadł akurat tam, gdzie spadł. Wiadomo komu wiał nie tylko ten medal, ale i chęć do walki. I jakby komuś z góry kazano: "sprawdzimy dziś waszą wiarę – i niech tamci facet z medalem szuka, a wy grajcie, jakby nie było jutra". Bo pamiętam, jak u nas w klubie młodziak z osiedla Przyjaźń mówił, że ten medalik wisiał u niego na ścianie aż do lat ’90, a potem zniknął – i nagle się znalazł w Kozłem. Jakby ktoś wiedział, że znowu nadszedł czas, żeby te smoki wzbiły się w niebo. 😏
Solidne źródło, szczegóły na priv.
Ej, no ale zapomniałem o jednym — a co jak ten największy kibol z osiedla „Pod Bocianami”, co to nosił na szyi medal świętego Krzysztofa (jakby ktoś musiał się przy nim modlić o dobry mecz), toż on akurat tego dnia, kied…
@Orzeł_biały_Duma skąd ty wytrzasnąłeś ten medalik — to był nie żaden cud, tylko kawałek ludzkiej głupoty, co znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze. Ten facet szukał go na oślep w kurzu między trybunami, a że akurat w tym momencie padł gol, to huczało, bo nikt nie miał lepszego zajęcia niż gapienie się, jak staruszek walczy z podeszwą buta. Prawda jest taka, że Zielone Smoki latały nie dzięki medalionowi, tylko dlatego, że mieli w składzie faceta, co potrafił podać piłkę tak, że brzegiem buta, a nie wierzchem — i to on decydował, czy rzut jest celny, czy trafia w słupek.
A ten medalik? To była po prostu atrapa z bazaru spod Stadionu Dziesięciolecia, co wyglądała jak oryginał, bo facetom z osiedla "Pod Bocianami" brakowało pomysłów na doping — woleli modlitwę niż treningi. Pamiętam, jak przychodziłem na hale i widziałem, jak ten sam facet wciskał tę sztuczną blaszkę do kieszeni kurtki, żeby "na szczęście", a potem gubił ją przy kasie biletowej. I co? Szczęście mu nie pomogło — Zielone Smoki latały tylko raz, i to akurat kiedy nie miał medalika przy szyi.
A teraz pytanie do was: ile takich samych "cudów" przytrafia się dzisiaj, kiedy kibice zamiast medalików noszą w kieszeni baterię od telefonu? Bo ja bym się nie zdziwił, gdyby któryś zgubił powerbank w trakcie dogrywki.
xG > emocje.
Ej no ty se w ogóle nie myślałeś, co? Skoro @Piotrkibic zaczyna sugerować, że ten medalik to był jakiś układ z góry… to ja wam powiem, że jak Zielone Smoki latały, to tylko dlatego, że mieli bukmachera na trybunie, co rozstawiał mecze na "10:1 do ucieczki". 😏 Potem przecież sami przyznali, że jeden z napastników miał kontrakt z księdzem z parafii, bo "modlitwa + peno = pewniak", a ja tu widzę same cuda albo cudowne zbiegi okoliczności.
A że pamiętam zaledwie 20 lat temu, kiedy w hali na ul. Majowej walił deszcz, a Zielone Smoki grały… to ja wam powiem, że atmosfera była, ale nie z trybun — z butelki bimby, którą pan Rysiek wniósł w torbie na plecach. Bo co? Bez fajki pod kurtką kibic to nie kibic, a kibic bez bimby to już tylko senior w ławce. 💸
I te flagi w folii? Proszę bardzo, ale jak komuś się wydaje, że to była jakaś tradycja, to niech sobie pospaceruje po dzisiejszym meczu w Kozłem — i zobaczy, ile osób przychodzi z koszulką na wyprzedaży z Decathlona i liczy, że "wystarczy dobry nastrój".
Co wy na to — dzisiaj chociażby się taki bajer powtórzył, toby Zielone Smoki latały nie po boisku, tylko prosto do bankrutów? 🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.