Gdy zielone mundury grały, a Orły zrywały się do lotu – o największych chwilach i legendach naszej drużyny!
a ja ci powiem coś o tej barykadzie za trybunami północną, tam gdzie zwykle stawało się na głowie — pamiętam jak to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym, gdy bawiliśmy się z Orłami podczasy meczu z... kurczę, który to był? no chyba z Nysą, bo wtedy to naprawdę latały kibolskie serca. pół godziny przed gwizdkiem mieliśmy już banery rozłożone, a baseniki z piwem się lawinowo kurczył — ale jak tylko zobaczyliśmy te zielone mundury wchodzące na boisko, to taka fala przeszła, że zaraz ktoś zaczął śpiewać "bełchatowska miłość", a reszta dołączała nie pytając dlaczego. i ten jeden moment, gdy sędzia dał sygnał startu — ludzie dosłownie skakali ponad barierkami, jakby chcieli samemu wejść w akcję... no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Kurczę, Mateusz, to jak ty wspomniałeś o tamtym meczu... mnie się skojarzył raptem jeden sezoon wczoraj! Byłem wtedy z kumplami w "Zielonym Kącie" — taki mały barek przy stadionie, który normalnie służy za szatnię kibolską. No i się schowaliśmy przed deszczem, a tu nagle głośniki rzucają: "za minutę pierwsze gwizdki!", a my mieliśmy w kieszeni tylko dwie puszki i jeden zapalniczkę co nie działała. Ale cholera, jak te zielone mundury weszły na boisko, to ten bar wrzucił na luz, wentylator puścił "Orła" na cały regulator, a ja — sto lat temu — wrzasnąłem "no JEBAĆ NĘDZĘ, RZUĆ SIĘ NA CHŁOPA!" i ledwo zdążyłem capnąć czyjegoś kubka, żeby toast wznieść! Pamiętam ten huk, jakby ściana stadionu urosła mi pod nogami, a wszyscy wrzeszczeli w jednym momencie... no i wtedy właśnie zobaczyłem, jak jeden z Orłów — ten wysoki ze skórzanym kapeluszem — wbija bloki jakby kosił trawę. Dosłownie czuliśmy, że tamci nie mają szans, bo myśmy byli już w powietrzu razem z nimi! 🔥💚🔥
a do mnie akurat od razu uderza ten dzień w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym, gdy graliśmy z Resovią w pucharowym rewanżu na ich stadionie — tam, gdzie normalnie słychać było tylko płacz kibiców gospodarzy, nie ich śpiewy. pamiętam jak dziś: przyjechaliśmy z całą watachą w jednym autokarze, a na miejscu okazało się, że szatnia jest tak mała, że ledwo wszyscy się wcisnęliśmy, z tymi naszymi zielonymi szalami owiniętymi wokół rąk jakby to były proporce. trener, tamten stary lis dzisiaj by pewnie na emeryturze siedział, wyrzucił z siebie tylko jedno zdanie: "panowie, dzisiaj grają nasze serca, a nie nogi" — i zaraz poszedł się modlić gdzieś w kącie.
a my wyszliśmy na boisko, i mój kolega z ławki — ten łysy co zawsze nosił bluzę z numerem 7 — szedł taki spokojny, jakby to był zwykły trening, a tu nagle sędzia gwizdnął i dosłownie w sekundę zobaczyliśmy, jak Zielone Mundury ruszyły do ataku jak szalone. facet obok mnie, który normalnie gadał jak najęty, zamarł zupełnie, tylko wziął mnie za ramię i powiedział: "słuchaj, jeśli to nie będzie ten moment, to ja już nigdy nie wierzę w cuda". i wtedy właśnie — w tej jednej sekundzie — cały stadion Resovii zamilkł, jakby ktoś im kabel od głośników poderwał, a nasze trybuny huczały tak, że aż trybuna gości zaczęła drżeć. ten sam kolega z numerem 7, ten co szedł spokojnie, skoczył jakby mu skrzydła wyrosły i zaserwował takiego mocarza, że piłka poleciała prosto w narożnik. a my? my zaczęliśmy tańczyć na trybunach, ktoś krzyczał "orzeł lata, orzeł pada!" bo ten blok był taki mocny, że nasz blokujący upadł na ziemię, a piłka jeszcze przez chwilę latała w powietrzu, jakby nie chciała wracać na boisko.
pamiętam jeszcze, jak jeden z miejscowych kibiców, stary facet w szarym płaszczu, podszedł potem do nas i powiedział: "wyście tu nie przyjechali grać w siatkówkę, tylko po to, żeby nas zabić emocjonalnie" — i taką miał minę, jakby mu ktoś cały rodzinny dorobek ukradł. a my? myśmy się tylko śmiali i pili piwo prosto z butelki, bo przecież co miałem zrobić — posadzić go na kolanach i zaśpiewać mu kołysankę? 😄💚
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no kurczę, a ja to sobie przypomniałem ten jeden razy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym, gdy przyjechaliśmy na mecz do jakiejś zapadłej dziury gdzieś w środku lata, bo nikt nie chciał nas zaprosić bliżej niż sto kilometrów — no bo kto chciałby oglądać zespół, który ledwo się trzymał w lidze? a myśmy mieli tam ten jeden sympatyczny problem: nasz autokar się zepsuł dwie godziny przed wyjazdem, więc kupiliśmy dwa stare fiaty po sto złotych sztuka od faceta co miał garaż pełen rupieci i zapchany nos. ledwo wsiadłem do tego "autobusu" — było nas tam osiemnastu w czymś co przypominało bardziej wrak promu kosmicznego — i ruszyliśmy, a radio grało tylko jeden kanał: Radio ZET, które akurat puszczało te swoje wieczorne wiadomości ze statystycznym żarem, że nasza drużyna ma 0.15% szans na utrzymanie.
no i dochodzimy na stadion, a tam lokalni kibice patrzą na nas jak na marsjańską ekipę — bośmy przyjechali w zielonych szalach owiniętych wokół głów, żeby osłonić się przed słońcem, no i jeszcze jeden kolega miał takiego wielkiego pluszowego orła na masce swojego fiata, co to go dostał od babci na imieniny. no i tu zaczyna się bajka: nasz trener, facet co wyglądał jakby go zrobiono z samego gniewu i papierosowego dymu, krzyczy do nas: "państwo, tam jest boisko, a nie pole do uprawy buraków!" — a myśmy byli tak napaleni, że ledwo usiedliśmy na ławce, jak już jeden z miejscowych kibiców podszedł i mówi: "słuchajcie, wyście na pewno jesteście z innej bajki, bo u nas jak się nie trafi do siatki, to się idzie do karczmy".
no i dochodzi do meczu — nasz atakant, ten co normalnie miał celność na poziomie mojego psa, dostaje podanie, skacze jakby miał na nogach trampoliny i... trafił w siatkę tak mocno, że ta aż się zatrzęsła. a na trybunie północnej jeden z naszych starszych kiboli — ten co kiedyś nosił banderę z czasów komuny — staje i wrzeszczy: "to nie była siatkówka, to było sztuczne oddychanie dla siatki!". potem jeszcze jeden z Orłów, ten co wyglądał jakby mu ktoś gumę do żucia wsadził do butów, zaserwował tak mocno, że piłka pofrunęła nad całym polem i wylądowała w lesie za stadionem. lokalny kibic obok mnie patrzy i mówi: "no dobra, to chyba nasze drzewa niedługo będą grać w siatkówkę".
a myśmy ten mecz przegrali oczywiście, ale jak szliśmy do autokaru (który znów odmówił posłuszeństwa), jeden z miejscowych podszedł i spytał: "no, co wy na to, żeście przegrali?" — a ja na to: "proszę pana, przegraliśmy, ale za to wy macie teraz historię do opowiadania na następne dziesięć lat, a my mamy zdjęcie faceta z pluszowym orłem na masce samochodu". on się tylko zaśmiał i powiedział: "to prawda, macie coś lepszego od wyniku" — i takim gestem zaprosił nas do swojej karczmy na piwo.
i wiecie co? do dzisiaj spotykam tamtego gościa na stadionie — teraz ma na szyi szalik z naszym logo, a jego wnuk ma pluszowego orła w kieszeni. bo czasem nie wynik jest najważniejszy, tylko to, żeśmy byli tam razem — i że Zielone Mundury latały, choć ledwo zipały 🤣💚🔥🤣
Potrzymaj piwo.