Gdy Zielone Biało Czerwień grały o marzenia, a my byliśmy tam – w betonie i sercu!
no do cholery, ale ten mecz z gks-em w tamtym sezonie to była prawdziwa burza na trybunach... nikt nie przypuszczał, że bramka wpadnie już po trzech sekundach, a my wszyscy wyszliśmy z betonu jak na skrzydłach. pamiętam, jak stary ziomek obok mnie podskoczył tak wysoko, że omal nie wyleciał na boisko, a on już siedemdziesiąt lat na karku miał. facet nic tylko wrzeszczał „to nie jest gol, to cud, cholera jasna!” i widać było, że coś takiego widzi pierwszy raz w życiu. my z kolei staliśmy jak wryci, z szeroko otwartymi gębami i sercami w gardle, bo jeden moment, a nasza drużyna już była o jedno trafienie do przodu. i wiesz co? nawet nie mieliśmy czasu się rozejść, jak już wszyscy na trybunie padali sobie w ramiona... taki był klimat, że naprawdę czuło się, że to nie piłka lata, tylko cała nasza wiara w to, że wkrótce będzie jeszcze lepiej. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurwa, jakieś 10 lat temu byłem na meczu z GKS-em w samym środku betonu przy wlocie, tyle że od strony trybuny wschodniej! myślałem, że się zesram ze strachu jak ten stary ziomek co podskakiwał, bo już PO PIERWSZEJ AKCJI SIĘ ZACZĘŁO I JEDEN Z CHŁOPAKÓW STRZELA BEZ ŻADNEJ LOGIKI 🔥💥 dopiero potem się okazało, że on przy wejściu na boisko machnął takim dryblem żeby zmylić obrońcę i szlus! a my wszyscy walić w te barierki i wrzeszczeć jak opętani, że to jakiś szaleńczy plan kibiców 🤬 ilość adrenaliny była taka, że nogi mi się ugięły i musiałem się złapać kumpla za ramię, żeby nie spaść z trybuny 😂 a potem ten sekundnik na tablicy: 3 sekundy i cale moje życie się posypało... bo nikt nie pytał, po prostu CZUŁEM, że teraz to już będzie nasza i koniec kropka
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętacie ten sezon, kiedy to na meczu z Asseco w katowickim dwupaku mieliśmy taki doping, że sędziowie chyba myśleli, że ogień pod trybunami? ja akurat stałem tam, gdzie ty LechiaGdaultras mówisz o tym starym — tyle że ja miałem przy sobie mojego wnuka, który pierwszy raz w życiu był na meczu siatkówki. facet ma może z dziesięć lat, patrzy na mnie jak na bohatera, a tu nagle huk i ten gol po trzech sekundach. on dosłownie zaniemówił, złapał mnie za rękę i nie puścił już do końca meczu, a ja mu szeptałem „widzisz, widzisz, to przez nas, przez kibiców” — bo tak naprawdę to nie zawodnicy to zrobili, tylko ta fala krzyku, która leciała z naszej strony. i wiesz co? przez te kilka sekund czułem się jak najstarszy kibol na świecie, który przekazuje swoją miłość do klubu następnemu pokoleniu. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Akurat pamiętam, jak się tam wtedy tłoczyliśmy w tym betonie, że mało kto mógł oddychać, a jednak każdy czuł się jak w domu – bo kibice to właśnie taki jeden organizm. Tamta drużyna miała w sobie coś takiego, że nawet jak gra nie szła, to i tak wiedziałeś, że lada moment coś się wydarzy, bo przecież OBOK Ciebie stoi stu facetów gotowych dookoła świata obrócić dla trzech punktów. Dzisiaj też mamy fajnych chłopaków, nie powiem, ale tamten klimat… no, chyba nigdy już nie zobaczymy takiej kompletnej synchronizacji między trybunami a zespołem. Tamci goście grali jakby każdy był z Kędzierzyna, jakby ta drużyna była naszym drugim domem, a my – ich rodziną.
Obecna ekipa ma więcej luzu, mniej agresji w grze, co niby dobrze, ale brakuje tej magii, kiedy całe miasto dosłownie drżało przy każdej akcji. Tamci umieli natchnąć trybuny takim krzykiem, że naprawdę wydawało się, że bramka padnie samoistnie – dzisiaj częściej słyszy się komentarze "no dobrze, wbiją albo nie", a nie ten pierwotny wrzask, który miałby poderwać do lotu nawet najbardziej zmęczonych zawodników. I nie chodzi o to, że byli lepsi – oni po prostu GRALI ZA NAS, a my im W TEJ GRZE POMAGALIŚMY NA WŁASNYCH PŁUCACH.
No ale rozumiem, że futbol się zmienia, zawodnicy się wymieniają, a my z kolei musimy się dostosować. Wystarczy, że raz na jakiś czas zobaczymy coś takiego, co przywróci nam te emocje z dawnych lat – i wtedy od razu wiadomo, że naprawdę jesteśmy częścią czegoś większego. Za tamte czasy warto wspominać, bo one zbudowały to, co mamy dzisiaj. A póki co – trzymamy kciuki i krzyczymy, żeby choć raz ten cud się powtórzył. Bo bez tej magii kibiców to już nie to samo.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A niech mnie, ale wy tutaj o tym meczu gadasz jakby to była ostatnia msza w Watykanie albo co? Ja tam w tamtym betonie stałem, pamiętam, bo akurat moja połowica akurat posadziła naszą córeczkę na kolanach — mała miała wtedy może trzy lata, biegała między nogami kibiców, krzycząc „tata, gol!” zanim jeszcze piłka ruszyła. No i stało się: trzy sekundy, huk, a tu nagle wszyscy wokół mnie padali sobie w objęcia, a ja stoję z tą maluchą na rękach i myślę: „Boże, jaki ja jestem szczęściarz, że moje dziecko to widzi”. Tyle że potem ona spytała mnie, czy gol padł dzięki jej krzykom, a ja musiałem powiedzieć, że niby tak… tylko że przecież ta bramka to był totalny przypadek, bo GKS-owski zawodnik nawet nie zdążył się rozpędzić, a nasz Ciosmak po prostu trafił w rzut karny jak do garażu.
I wiecie co? Przez te kilka sekund wszyscy byliśmy święcie przekonani, że to cud, a potem się okazało, że tamten mecz i tak przegraliśmy 2:3, bo reszta potoczyła się już normalnie. Tak że ta „magia” trwała tylko tyle, co mrugnięcie okiem, a potem znów trzeba było się męczyć jak wszyscy normalni ludzie. Ale no dobrze, rozumiem ten sentyment — ja też chętnie bym raz na jakiś czas zobaczył taki mecz, gdzie cała trybuna dostanie zawału serca z emocji, ale nie mówmy, że tamten gol to był jakiś wielki sukces strategiczny. Bo jeśli już mielibyśmy szukać tej magii w czystej postaci, to może jednak lepiej popatrzeć na te mecze, gdzie zawodnicy naprawdę walczą, a nie na takie, które decyduje jeden przypadkowy strzał zza linii?
A propos waszych opowieści o dziadkach podskakujących i wnukach wpadających w euforię — super, naprawdę super, ale niech no ktoś mi powie, jak niby ta „jednoczesność” trybuny i drużyny miała działać na dłuższą metę? Bo jeśli za każdym razem, gdy zespół nie grał jak rasowi zabijacy, to mieliście liczyć na cud po trzech sekundach, to prędzej czy później musieliście się rozczarować. A dzisiejsza drużyna choć mniej szalona, to jednak jednak solidniejsza — przynajmniej jak dotąd nie widziałem, żebyśmy po pierwszym gwizdku płakali albo wrzeszczeli, że to koniec świata. Tylko moja żona wciąż narzeka, że kibice krzyczą za mało, ale no cóż — może właśnie dlatego, że teraz umiemy się jednak trochę bardziej powstrzymać przed histerią.
Ale jakby ktoś chciał tę starą magię na powrót? To niech nie liczy na cuda, tylko niech idzie do kibiców z tamtego sezonu i poprosi, żeby oni dzisiaj pomogli drużynie grać. Bo ja tam wtedy nie widziałem żadnej tajemnej synchronizacji — tylko sto facetów, którzy wierzyli w to, że ich krzyk jest w stanie poruszyć niebiosa. A dzisiaj? Można by pomyśleć, że kibice grają w siatkówkę razem z zawodnikami — i to od pierwszego gwizdka. 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
No i co ty na to, że akurat tamtego sezonu w koszu kibica wisiała ta cholerna Czerwona Kartka, którą zanim wywaliliśmy, podała nam jakaś laska z drużyny gospodarzy jakby chciała powiedzieć „nie, nie dzisiaj wam się uda”? 😤 A potem ten nasz numer 7 – stary Skrzypczak – złapał ją w powietrzu, machnął nad głową i powiedział „bierzcie, ale pamiętajcie, kto tu rządzi”! I potem ta bramka… kurwa, aż łza się w oku zakręciła, bo facet nawet nie podniósł rąk, tylko stał tak i patrzył jakby chciał powiedzieć „widzicie, mam rację”. A my wszyscy tak pokrzykiwaliśmy, że sędzia chyba myślał, że to jakiś bunt na trybunach! 🔥💥
I jeszcze ten jeden ziomek obok mnie – Staszek, ten co zawsze ma bluzę ZKB – tak się nakręcił, że wyleciał do przodu, złapał za siatkę i prawie nie wyleciał na boisko, a potem wrzeszczał „to nie gol, to dar od losu!” i pluł w kierunku GKS-owej ławki. Aż strach było patrzeć, ale taka była prawdziwa miłość do klubu, że nikt mu nie powiedział „spokojnie, stary”. Bo kibice z Kędzierzyna to nie tacy, co sobie stoją i patrzą – my jesteśmy tam SERCEM, niejednokrotnie dosłownie! ❤️💛🔴
Na trybunach od dzieciaka.
A niech mnie, ale wy tu teraz ten mecz z GKS-em opowiadacie jak jakiś film akcji, a ja sobie przypomniałem, że akurat tego dnia miałem na sobie buty, które mnie zdradziły! Stoję sobie w betonie, krzyczę jak opętany, nogi mi latają, a tu nagle – trach! – but mi się rozwalił w połowie meczu, a konkretnie na tej akcji, kiedy to Ciosmak trafił w rzut karny jak do garażu! 😂🔥 A ja mu na to: "Fafik, stary, ta bramka to i tak była cudem – ja tylko pomogłem, bo jeden but miałem, a drugi leżał na boisku jak trofeum!"
I wiecie co? Tamtej bramki nikt nie widział, bo wszyscy patrzyli na mój but, a jak mnie odciągali z powrotem na trybunę, to mój wróg z GKS-u krzyczał: "Hej, Kędzierzyn, idź do szewca, bo twoja drużyna ma problemy z obroną!" 🤣 A ja mu na to, że nie szewca, tylko lekarza, bo straciłem nie tylko buta, ale i godność!
Ale no, serio – tamten sezon to były prawdziwe emocje, a dzisiaj? Chociaż raz takiego cudu bym chciał, ale niekoniecznie w momencie, kiedy mi się but rozwali. Tylko nie mówcie tego Fafikowi, bo on nadal twierdzi, że to była "akcja marketingowa"! 😉❤️💛🔴
Memy to też analiza.