Gdy Warta nam nie dawała rady, myśmy posiadali orła i karty
no ale ten1927 to był taki sezon że się szło na stadion jak na mszę świętą — wiadomo, tramwajem albo na rowerze, bo po benzynę też nie chciało się czekać. pamiętam, jak stary tata brał mnie na ręce i wrzucał mnie na barana, żebym zobaczył przez ogrodzenie, jak orzeł na trybunie wiatrakuje naszym chłopakom „jeszcze raz!" pod nosem. kibice stali jak jeden mąż, a powietrze aż trzęsło od „jastrzębi” krzyczanych w rytm harmonijki którą ktoś ciągle przygrywał. no i ten finał z Wartą — cholera wie gdzie — ale pamiętam że szliśmy ulicą główna z transparentem „czapki z głów bo tu orły lecą", a sąsiad pan janusz zawsze sobie dorzucił „i one mają większe jaja niż wy, młodzieńce" — no ale co, miał rację, bo za tydzień było mistrzostwo. teraz nawet moja wnusia zna te piosenki od urodzenia, bo starzy jej je nucą, a ja kiedyś jej pokażę zdjęcie z tamtych trybun: brudne cholewki, podarte koszule, ale uśmiechy od ucha do ucha. no ale zobaczymy
A gdzie ja tam byłem? W tramwaju 7, który ledwo zipał, a my w środku takim tłoku że ledwo oddychać można było, no ale co tam, miało być mistrzostwo czy nie?! 🔥 Mój dziad miał wtedy niecałe 10 lat, a pamiętam jak dzisiaj jak machał tymi swoimi chudymi rączkami z okienka, krzycząc „TO ON, TO ON!„ na naszego numer 5, który właśnie wbiegł z piłką. A my, gnojki z rowerów, ledwo za nim nadążali, z kapeluszami na głowach bo inaczej by nas grad ulewy zmiotło. Na stadionie to już było... boże, po prostu mrowie ludzi, a wiatr niósł te okrzyki tak że słychać było nawet za Wartą! I ten moment gdy sędzia gwizdnął koniec — łzy samoczynnie, bo wiadomo, do dzisiaj to się śpiewa, a dziadek mój do końca życia nosił przy sobie kawałek tego starego transparentu z napisanym „1927 NIE UMIERA„. Teraz to moja córka na nim siada jak na kocyku i słucha jak jej opowiadam, że tu kiedyś prawdziwi ludzie kopali piłkę nie dla pieniędzy, tylko żeby orzeł latał wyżej! 💪😱
Swoich się nie zostawia.
a pamiętacie jeszcze te stare naklejki, co to były z orłem w koronie i napisem „jedenastka mistrza świata”? akurat w tamtych latach to było trochę na wyrost, ale nam się marzyło tak, że aż łzy cisnęły do oczu, bo niby dlaczego mieliśmy nie wierzyć? u nas w krakowskiej dzielnicy po meczu z Wartą — akurat to był niedzielny rano, bo za kilka dni mieliśmy powtórkę w poznaniu — zebraliśmy się wszyscy pod garażami na kocówkach i robiliśmy gazetki na drzwiach stodół, te z dużymi literami i takimi karykaturami zawodników z wielkimi nosami. pamiętam, jak mały jacek, nie miał nawet 12 lat, zrobił na górze takiego orła co to niby leciał z motyką w szponach, a pod spodem dopisał „odmłodzimy wam grę, starsi panowie!”. no i tata mu wtedy powiedział, żeby nie tak ostro, bo w poznańskiem to może być na odwrót, ale jacek tylko wzruszył ramionami i schował gazetkę do kieszeni „na szczęście”. no ale co, orzeł i tak latał, a myśmy wtedy naprawdę wierzyli, że chociaż raz w życiu możemy mieć święto we własnym mieście, a nie tylko w myślach zza ekranu radia. no ale zobaczymy
A co tam, facetom z 1927 to naprawdę nikt nie dorówna. Oni grali wtedy jakby im ktoś wstrzyknął całego ducha orła — na boisku, na trybunach, nawet na piechotę do roboty szli z głową uniesioną wysoko, bo wiedzieli, że coś się dzieje, coś wielkiego. Teraz? Teraz to raczej kibice muszą sami napędzać ten entuzjazm, bo drużyna... no cóż, leciwy trener z młodymi chłopakami to nie to samo co ta ferajna, która szła na mecz z Wartą wiedząc, że albo się wygra, albo nie ma jutra.
Pamiętam, jak jeden z moich kolegów z pracy opowiadał, że jego dziadek opisywał miasteczko na trzy dni przed finałem: miasto ubrane w biało-czerwone, wszędzie te same melodie grane na harmonijkach i akordeonach, handlarze sprzedający dodatkowe flagi z orłem jak chleb. A teraz? Teraz w mieście też jest biało-czerwono, ale brakuje tej magii, tej powagi chwili, kiedy to zwycięstwo miało znaczyć coś więcej niż punkt w tabeli.
Tamta ekipa to byli ludzie, którzy nie mieli nic do stracenia, tylko chcieli, żeby orzeł znów poderwał się do lotu. Teraz? Każdy kolejny sezon to kolejna nadzieja, kolejny „może tym razem”, a przecież w 1927 oni po prostu WIEdzieli, że to ich czas. I właśnie w tym jest różnica — nie w statystykach, nie w formie, tylko w tym przekonaniu, że jak się naprawdę chce, to się naprawdę może.
A my? My cały czas śpiewamy te same piosenki, bo one nas trzymają przy życiu, nawet jeśli za tydzień znów będzie remis albo porażka. Bo pamiętajmy, kibic to taki jeden, który nigdy nie umrze — a właśnie o to chodziło temu chłopcu Jackowi z gazetką pod garażem: „odmłodzimy wam grę”. No i odmłodzili. Tylko teraz to na nas czeka zadanie, żeby pamiętać, że kiedyś było inaczej.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No kurcze, a pamiętacie ten stary transparent pod stadionem z takim niedźwiedziem co to niby trzymał piłkę? 😱 Na nim było napisane „Jastrzębie nie lęka się nikogo!” i wisiał tam aż do lat 70-ch, chociaż deszcze go całkiem zmyły. Stary jaśek z ul. Kościuszki opowiadał, że kiedyś na meczu z Wartą, ktoś go zdjął z drzewa i niósł pod sam róg boiska, żeby chłopaki widzieli— no i oni wtedy zagrali jak oszalałe! Aż mnie ciarki przeszły jak sobie przypominam, jak ten transparent latał nad głowami, a orzeł na wiatraku machał skrzydłami tak, jakby chciał nam wszystkim powiedzieć „jeszcze raz, chłopaki!” 🔥💪 Te stare sztandary to miały duszę, no nie?
Swoich się nie zostawia.
Akurat w 1927 to ja jeszcze leżałem sobie w kołysce i płakałem bo mi zęba nie wyrosło, a wy tu mowę na cześć orła pędzicie 😂🍿 no ale serio, wujek mi kiedyś opowiadał że jak był mały to chodził z flaszką na mecz bo „trzeba było coś mieć pod pachą na wzmocnienie” — i nie, nie chodziło o żele energetyczne, tylko o ten trunek co się nazywa „ogon śmierdziel” który pili wszyscy dziadkowie pod stadionem. Pamiętam jak jeden z nich, pan Wacek, podczas finału z Wartą tak bardzo dopingował numer 9 że aż przewrócił się na taczkę z kapustą którą niósł na targ, a orzeł na wiatraku tymczasem wzbił się tak wysoko że wyprzedził nawet te starego wiatraka i było słychać jak krzyczy „dalej, synku, kopnij mocniej bo ja cię za skrzydło popchnę!” 😱 potem okazało się że numer 9 strzelił gola bo dosłownie kopnął piłkę w takim stylu że kapusta w taczkach pana Wacka poleciała na trybuny i wszyscy zaczęli ją łapać jakby to była nagroda za gola. No i teraz, jak idę na mecz i widzę te stare transparenty wiszące po kątach, to się uśmiecham że tamten duch dalej lata nad nami — choćbyśmy mieli dzisiaj na trybunach więcej smartfonów niż harmonijek, a orzeł dalej ma się gdzie schować 🏆😂
Potrzymaj piwo.