Gdy tarcza latała, a bandy szalały – prawdziwe lata naszych jastrzębian!
kurcze, to się człowiekowi włosy zjeżyły jak się uśmiechamy do tamtych chwil... pamiętam jak dziś, w 2012 byłem na trybunie za północną i ten cholerny wiatr grał z nami strasznie, bo cały mecz Orłom szło, a tu nagle — bum! — ta nasza pięciolatka wbija i fala taka poszła, że ja myślałem, że trybuny zaraz się rozwali... no ale byłem tam ze starszakiem, moim wujkiem, który niezmiennie krzyczał "sokoli lot!" i prawie spadł z miejsca jak skakaliśmy ze szczęścia... te twarze ludzi obok, naprawdę byliśmy wówczas większością na tym stadionie — nikt nie szukał drogi do wyjścia, nikt nie patrzył na zegarek, wszyscy po prostu stali, podskakiwali i śpiewali razem "jesteśmy najlepszymi!"... i to był moment, kiedy się człowiek upewnił, że nie ważne jakie tam procenty czy statystyki, bo klasa gra robi swoje, a serce kibica bije mocniej właśnie wtedy. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no kurwa, to mnie przypomniało jak 2015 byłem z kumplami w tym cholernym antykamperze pod północną 🤬💪 a tam dopiero było szaleństwo! jak ta PIĘĆLATKA wbita, a my dosłownie ściskaliśmy się z radości przy barierce bo inaczej byśmy polecieli na murawę, tyle osób się rzuciło do przodu, że ja myślałem że lada moment te blachy pofruną! no a jak ten dźwięk ROZRYWAŁ USZY od głośników "GOOOOOOOL Jastrzębie!" to cała trybuna zapłonęła ogniem 🔥🔴, a ja razem z kumplem z podstawówki, co to przez cały mecz drwił z Orłów, że to im się nawet piłka nie klei, no i padło mu takie "nooo, jednak walnięci jesteśmy" z uśmiechem tak szerokim że było widać wszystkie zęby! serce mi waliło jak młotem, a ciarki chodziły po plecach że aż straciłem oddech, no ale taki mecz to się pamięta DO KOŃCA ŻYCIA, a ta energia tamtej ferajny to była właśnie ta magia siatkówki!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no i tu ci opowiem jak to było w 2009 w katowickim spodeku bo z kumplami mieliśmy wycieczkę i niby mieliśmy na tapecie jakiś mecz ligowy, a tu nagle los rzucił nam się siatkówką na europejską scenę — i trafiliśmy na mecz z węgierskim miejscowym zespołem, gdzie nasza ekipa była totalnym faworytem... no ale cholera wie co tam się działo, bo pierwszą setę nasza młodzież totalnie przegapiła i było 0:25 że niby co się dzieje, ja stałem jak wryty a koledzy z mojej paczki już kombinowali czy nie lepiej uciekać z trybuny bo nikt nie wierzył że coś tu da się odkręcić... ale potem, cholera jasna, zaczęło się to dziwne ruszenie, te podskoki przy siatce, ten szum z trybun, a ja akurat na moment patrzyłem w stronę loży i zobaczyłem jak jeden z naszych chłopaków zaczyna krzyczeć coś do samego trenera, a ten mu odpowiada takim głosem, że aż mnie ciarki przeszły... i nagle — bum! — druga seta leci jak na skrzydłach, trzecia jeszcze lepiej, a ten węgierski blok po prostu się rozpadł... i ta euforia kiedy padało 25:19, 25:17, 25:15, a my tak naprawdę mieliśmy wrażenie że oglądamy drugi mecz w jednym? no i jeszcze ten moment jak nasz rozgrywający podniósł ręce do góry i tak szepnął do sędziego że "to nie jest normalne"... a wiemy wszyscy, że tamtej nocy nie poszliśmy spać bo mieliśmy jeszcze spotkanie kibiców i przy piwie opowiadaliśmy sobie te emocje godzinami, a każdy miał swoje zdanie co to było — szczęście, determinacja, czy po prostu magia siatkówki co czasem włącza się dla takich szarych kibiców jak my... no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No i co tu dużo gadać, właśnie jak sięgam pamięcią do tych lat — tamtą drużynę to nie żadne superbohaterowie z grafikówek, to byli po prostu chłopaki, którzy mieli w oczach ogień i wiadomo, że grają dla siebie, a nie dla statystyk. Tamta piątka z 2015 to był taki zespół, co to nie kombinował, nie liczył, tylko rzucał się w każdą akcję jakby to był ich ostatni mecz w życiu. Pamiętacie tego rozgrywającego? Ten co wbija tego gola w ostatniej minucie? No właśnie — on nie miał czasu na kombinowanie, bo wiedział, że albo teraz, albo nigdy. I to cała filozofia tamtej ekipy: nie było mowy o "a może nie", "a co jeśli", oni po prostu bili bez litości.
Teraz? Też fajni chłopacy, nie powiem, ale to już nie ta sama liga emocjonalna. Obecna drużyna to bardziej "zgrabny mechanizm" — widać, że trener kombinuje, że zawodnicy mają strategię, że wiedzą, kiedy puścić piłkę wolno, kiedy sprintem, kiedy zagrać na blok. To jest siatkówka dla dorosłych, nie dla nastolatków, co to latają jak oszalałe i myślą tylko o punkcie. Tamta ekipa grała sercem, ta dzisiejsza głową — i to widać na parkiecie.
Ale co ważne — nie mówię, że to gorzej. Po prostu inaczej. Tamci mieli w sobie tę szaloną energię, co to wybuchała co chwilę, a teraz mamy spokojniejsze tempo, bardziej rozegranie, mniej spontanicznych akcji, ale za to więcej stabilności. Czy to fajnie? No pewnie, bo nie tracimy punktów przez głupie błędy. Czy emocjonalnie wyrywa tak samo? Hmm... trudno powiedzieć. Ja osobiście tęsknię za tym, jak wtedy wszyscy razem, nie myśląc o niczym, po prostu lecieliśmy naprzód z krzykiem.
I wiecie co? Może i nie ma już takich emocji jak wtedy, ale za to mamy teraz drużynę, co potrafi grać mądrze — i to też jest wartość. Bo klasa to nie tylko szaleństwo na boisku, to też umiejętność, by w kluczowych momentach nie złapać "jastrzębiego szaleństwa" i jednak postawić na solidną siatkówkę. Tyle że czy to tak samo wzrusza? No cóż... ja chyba wolę ten stary dobry chaos. Ale niech im będzie!
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale se przypomniałem jak 2018, to nasz rozbijający kończył mecz z Orłami w katowicach akurat na piątym meczu i ten gość dosłownie padłby na twarz jakby ktoś mu nóż wetknął, no ale nie odpuścił — dogrywka była jak taki film akcji, tylko że normalnie nikt nie krzyczał "cut!" no i ta jego ostatnia akcja, gdzie on taki wyskok zrobił, a blok Orłów jakby stanął w miejscu — czułem jakbym sam tam był, bo widziałem te twarze na trybunie za bramką jakby wszyscy razem wstrzymali oddech, a jak piłka wylądowała na drugiej stronie — to ja pierdolę, to był ten moment kiedy zrozumiałem, że nie ważne jakie tam lata mijają, to jak się ten nasz kibicowy układ zaczyna kręcić, to naprawdę jesteśmy w stanie sami siebie unieść 🔥💪 a ten stadion huczał tak długo, że sędziowie musieli w końcu dać sygnał na rozpoczęcie kolejnego meczu bo inaczej byśmy tam jeszcze siedzieli i śpiewali! no ale dobra, zapowiada się dzisiaj mecz i ja już tam będę z moim bratem co to zawsze ma przy sobie składzik Jastrzębia wydrukowany w kieszeni i trzy piwka w plecaku — bo jak się gra taka siatkówka, to nie ma co kombinować, tylko iść i dać czadu!
Na trybunach od dzieciaka.
właśnie dzisiaj rano poszedłem z psem na spacer wokół jeziora kierskiego i sobie pomyślałem, że te nasze najfajniejsze chwile na trybunie to tak jak te błyski słońca na wodzie — raz mrugnie i już go nie ma, ale zostaje w sercu na zawsze ta błyskotliwość i ciepło
bo wiecie, ja tam byłem akurat w 2015 na trybunie północnej kiedy ten gol wbito, ale co gorsza — ja tam byłem z bratem, co to akurat leczył złamaną nogę i przyczłapał na kulach jakby mu ktoś życzenie spełnił, no i ten moment jak piłka wylądowała w siatce, a on tak się poderwał z miejsca że mu się kule porozlatywały po całej trybunie, a my obaj wrzeszczeliśmy jak opętani a potem padliśmy na siebie z płaczem bo tyle wstydu i radości naraz to jednak przerasta człowieka
i co ważne — nie chodzi o sam ten gol, tylko o to, że właśnie wtedy zrozumiałem, że Jastrzębie to nie jest tylko drużyna, to jest cały nasz cholerny los kibica, który ma w sobie tyle samo szaleństwa co odpowiedzialności, bo jak się potem spotkaliśmy z kumplami przy piwie, to każdy miał swoją wersję tamtego gola, swoje emocje, swoje "a ja tam stałem bliżej piłki", ale wszyscy byliśmy jednej myśli — że to nasz klub, nasze chwile, nasze lata
i teraz myślę sobie, że może dzisiejsza drużyna gra mądrzejszą siatkówkę, ale te stare lata to były takie, gdzie kibicowałeś nie tylko drużynie, tylko samemu sobie — swojemu sercu, swojemu głosowi, swojemu szaleństwu no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A noż to niech ktoś powie, że kibicowanie nie jest sportem ekstremalnym! Bo ja pamiętam z 2012, jak z kumplem chcieliśmy wyskoczyć z trybuny, żeby "pomóc" naszym chłopakom przy siatce — tyle że zamiast skakać na boisko, skoczyliśmy sobie nawzajem na głowę, bo akurat ten chłop z Legii_zDawnychLat (ten sam co teraz narzeka na nasze szaleństwo 😂) złapał mnie za kaptur i ciągnie w tył, a ja myślałem, że to jakaś akcja taktyczna i kopnąłem go w kostkę jakbym odpalał piłkę. Szczęściem mieliśmy wtedy na nogach te stare, grube buty kibica — inaczej bylibyśmy teraz na badaniach RTG z napisem "zranienie przez entuzjazm" 🤣🍿 No ale mówię wam, jak ten gol padł, to my dwaj i tak wylądowaliśmy na ziemi, machając rękami jak dwa wiatraki w burzy, a obok nas facet w koszulce Orłów zaczął klaskać razem z nami, bo takiego szaleństwa nie widział od lat! Kibiców chyba jednak łączy coś więcej niż tylko zwycięstwo... albo po prostu wszyscy mamy w sobie trochę szaleństwa, a tarcza latała wtedy tak szybko, że nikt nie zdążyłby policzyć punktów!
Potrzymaj piwo.