Gdy szachownice latały na stadionie, a myśmy jeszcze biegali po trybunach jak szczenięta
ah, ale te lata w bełchatowskim gnieździe… chyba 2005 to był ten rok, kiedy przybiegłem pierwszy raz z moim starym na trybuny od strony alei narodów, a tam pod stadionem taka aura jakby ktoś otworzył pudło z pierogami na niedzielę – wszyscy się znali, gwar, jakaś taka radość, że człowieka zaraz nogi same szły w górę ze schodów. pamiętam jak dziś, jeszcze przed meczem, jeden z kiboli w średnim wieku rzucił w naszą stronę: "idźcie se tam, jakieś lepsze miejsca są przy północy!" – a myśmy, młodzi duchem i wiadomo z jajami, odkrzyknęliśmy coś w stylu "gówniarze, my tu przyjdziemy codziennie!". i faktycznie, wróciliśmy, i jeszcze ten gość na następny mecz kiwnął na nas, żebyśmy przyszli bliżej – klasa była, naprawdę. a potem dopiero przyszedł ten mecz, gdzie ten rzut sędziowski o centymetr, i cały stadion "oł"… no, cholera, aż teraz się uśmiecham jak pomyślę, jak ta trybuna unosiła się razem z nami, jakbyśmy byli jednym organizmem. i te czasy, kiedy kafelek latał, naprawdę latał – nie tak jak teraz cięte piłeczki z handmarketu, tylko solidne kawały ceramiki, które nie raz kogoś oberwało w ramię, ale wszyscy wiedzieli, że to jest nasze – miłość i ból w jednym kawałku. 😄 no i to wrażenie, że jesteśmy częścią czegoś większego, co się nigdy nie rozpadnie, nawet jak drużynę czasem coś rozrywało na strzępy. ale to już inna historia…
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
O kurde, ja akurat przy tym meczu byłem, chociaż miałem wtedy może ze 14 lat i czaiłem się z kumplami pod południową trybuną, bo nasi starsi kumple powiedzieli że tam jest najlepsze miejsce na bójkę z laskami z przeciwka 😂 ale jak poszedł ten rzut, a oni nie dali gola… cały ten żyrandol pod sufitem zadrżał od „oł” jakby bomba wybuchła, ludzie wpadali na siebie, a ten jeden staruszek obok mnie złapał mnie za ramiona i wrzeszczał „jeszcze wam pokażemy, cholerni…” no i jeb… miałem łzy w oczach, serio! A potem te lata z kawałkami kafelek latającymi nad głowami… ja raz oberwałem w plecy takim kawałkiem, że aż mi plecak uszkodził, ale jak wróciłem do domu, to było dla mnie zaszczytem 🔥 jeszcze do tej pory gdzieś tam leży ten kawałeczek w kieszeni kurtki na pamiątkę. Czyli nie tylko ja i moje kumple, cała ta zgraja była gotowa umierać dla naszych chłopaków…
Swoich się nie zostawia.
no nie wiem, jakbyście myśleli że to już wszystko co pamiętam o tych czasach – ja wam powiem, że jeszcze jest ten jeden moment z meczu z chorzowskim rorą, chyba 2007 albo osiem… niech mnie ktoś poprawi, bo jak już wchodzę w lata, to kalendarz trochę mnie zawodzi. byłem wtedy z moim kumplem ze szkoły, tym grubszym, co zawsze nosił taką niebieską czapkę bełchatowskiego kożucha, nawet latem. no więc mecz się dłużył, gra była taka… no powiedzmy, że średnio widowiskowa, ale myśmy i tak mieli nadzieję. a tu nagle, w 82 sekundzie drugiej połowy, nasz numer 10 dostaje piłkę pod samym polem karnym, zwija dwóch obrońców jak ręcznik i wali takiego bombowego strzału, że bramkarz chorzów nawet nie drgnął. i ten huk, ten jęk całej trybuny jakby ktoś naraz puścił wszystkie petardy z zakopanego na święta – a potem ten sędzia… no cholera, ja bym na jego miejscu uciekł gdzie pieprz rośnie, bo ci co byli najbliżej niego, aż się schylali, jakby chcieli go przygnieść do ziemi. a nasz numer 10 stał tam, w tym tumaniku kurzu, i machał ręką do kiboli jakby chciał powiedzieć „widzicie, jednak was nie zawiodłem”. i wtedy ten staruszek, co zwykle stał zawsze z transparentem „stare dranie, nowym dasz radę”, wrzucił swoją lornetkę w powietrze i krzyknął „jebać was, sędziowie, my tu nie po cywilizacji, tylko po zwycięstwo!”. no i wiecie co? wszyscy mu wtórowali, a ja tak się śmiałem, że aż mi łzy poleciały, i ten gruby koleżka obok mnie walnął mnie w plecy tak mocno, że omal nie upadłem na cegły. to było wtedy, kiedy jeszcze wiedziałem, że kibicowanie to nie jest tylko oglądanie, ale robienie z siebie idioty w imię klubu. i do dzisiaj, jak idę na mecz i słyszę te „oł” na trybunach, to widzę go, tego numer dziesiąty, i wiem – to jest to, co nas trzyma razem, choćby świat się walił dookoła. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, ależ to są dwie zupełnie różne bajki. Tamta drużyna… to byli faceci, którzy grali tak, jakby na boisku mieli za sobą pół miasta wbiegające z nimi razem. Pamiętam, jak któryś z nich, czasem nawet nie gwiazdor, przeciskał się przez obronę samym instynktem, jakby czuł, gdzie nogi będą za sekundę. Tamten numer 10, co dostał przestrzał w powietrzu i nieźle oberwał – no, dzisiaj nawet najlepszy zawodnik nie dostanie takiego wsparcia od trybun, bo kibole nie lecą już na trybuny, tylko wrzucają memy na Insta.
A teraz? Teraz mamy ustawione roboty, które potrafią grać mechanicznie, ale zaraźliwego szaleństwa z dawnych lat już nie ma. Tamci chłopaki nie mieli lęku, strzelali z dystansu na ślepo, a sędzia jakby był ich wspólnikiem – dzisiaj by dobrali się do skóry za taki strzał. I te kafelek latające? Dzisiaj dają ci kawałkiem styropianu, żebyś się nie pocił za drobne, a tam dawali po łbie kawałkiem prawdziwej ceramiki, bo wiedzieli, że to część gry.
Tamta drużyna grała tak, jakby każdy mecz był ostatnim w sezonie – teraz mamy nawał gier, setki kilometrów podróży, a emocje schowane do pudełka z napisem "komercja". Można powiedzieć, że ten Bełchatów to już inny twór, ale ja wiem jedno: kiedyś się czepialiśmy siebie nawzajem, a teraz jakby kibole patrzyli na mecz przez szybę. I nie chodzi o klasę samych graczy, bo niektórzy to naprawdę fajni chłopacy – chodzi o to, że tamte czasy były jak wielki, chaotyczny koncert, a dzisiaj gramy na playbacku.
Ale uśmiecham się, jak widzę stare zdjęcia sprzed trybun, bo tamto już nie wróci. Za to zostało coś, czego nie da się kupić – pamięć o tym, jak razem z całym stadionem unieśliśmy się w powietrzu krzycząc „oł”, choć sędzia nie był naszym kumplem. I to akurat zostało.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A to ten jeden mecz z Jastrzębiem, chyba 2010, kiedy to nasz libero wyskoczył jak diabeł spod bramki i złapał piłkę w 93 minucie, a myśmy już mieli "wszystko po staremu, jebać" na ustach? No i ten gość ruszył w kontratak z połowy boiska, jakby miał napęd rakietowy, a cały stadion nagle oniemiał, bo nikt nie wierzył, że dojdzie do strzału. A on wali z 25 metrów, bramkarz nic nie poradził, a my tam na trybunie tak klaskaliśmy w ręce, że aż te cholerne kafelek latać zaczęły! Pamiętam, że jeden kawałek tak mnie walnął w plecy, że aż mój brat powiedział "no widzisz, jesteś teraz częścią tej zgrai" i rzucił mi piwko, które akurat trzymał w torbie 😂 Ale ten huk głosów, który wtedy poderwał się do góry... cholera, aż mnie ciarki przeszły! A potem ten libero, co później został trenerem młodzieży, przychodził na trybuny i się śmiał "widziałem wasze miny, kiedy myśleliście, że już po!" — no i co? Takie to były czasy, że nawet jak przegrywaliśmy, to odchodziliśmy zadowoleni, bo widzieliśmy, że chłopaki dają z siebie wszystko! 💛🔴
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, kurde, ja wam powiem – te kafelek latające to była najlepsza reklama kibicowania, jaką kiedykolwiek wymyślono. Bo jak oberwałeś kawałkiem ceramiki w plecy, to od razu wiedziałeś: "jestem w domu". Raz taki kawałek trafił faceta w kapelusz, że ten tylko popatrzył na nas i powiedział "no dobra, macie rację, co wy z tym stadionem robicie", a potem dołączył do chóru "oł" jakby nic się nie stało. 🤣 To był jedyny moment, kiedy sędzia miał prawo być niezadowolony, bo nikt go nie słuchał – wszyscy kibice byli zajęci ławkowaniem się kawałkami latających pamiątek.
Ale wiecie co? Jak któryś z zawodników oberwie takim kafelem w plecy w trakcie meczu, to od razu dostaje motywację na resztę sezonu – no chyba że oberwie w głowę, wtedy ma motywację do końca życia. A najbardziej zapamiętałem mecz, gdzie jeden z naszych zawodników po takim "prezentowym" trafieniu w nogę zaczął skakać jak zając, a trener na ławce machał rękoma "co ty robisz, nie udawaj kontuzji!". No ale co zrobić, jak kibic się odezwie – dlatego mieliśmy taki zwyczaj: jak oberwałeś kafelem, to musiałeś ten kawałek zachować i pokazać następnego meczu w kieszeni kurtki. Bo to był nasz bilet wstępu na kolejne trybuny – bez kafelek nie byliśmy prawdziwymi kibicami.
A pamiętacie tego gościa, co nosił transparent "Kafelek 2007 – najlepszy zawodnik sezonu"? No właśnie, sami w to uwierzyliśmy i przez pół roku do niego wołaliśmy, aż faceta opchnęli za murek. Teraz już nie latają, ale zostawiły tyle wspomnień, że jak idziemy na mecz i nie ma ani jednego kawałka ceramiki w zasięgu ręki, to czuć pustkę jak po utracie ulubionego piwa na parkingu. 🍻🤣
Memy to też analiza.