Gdy Rzeszów grał, stadion drżał, a nasze serca biły w takt biało-czerwonej tęczy
a to ci dopiero kolejny raz tu stanąłem w tym swoim pamiętnym pomieszczeniu z fotelkiem w kącie, gdzie stare zdjęcia wiszą jak tańsze obrazy w domku letniskowym i widzę na jednym taki kadr z trybuny, żeśmy się walił w dwutysięcznym którymś tam, lipiec chyba, niebo nad stadionem było tak niskie że aż groziło spaść na nas razem z flarami. dwójka chłopaków z bandery się spierała o to kto rzucił tą pierwszą racę w stronę trybuny gości i nagle, kurza mać, ten nasz rudy wariat, co to potem został 'duchem' bo jakoś tak w ciele się znalazł, ten walnął piwkiem w banderę i huknęło tak że słychać było na całym parkingu. a potem te nasze dwieście gardeł zaczęło wyć coś takiego że ludzie z okolicznych bloków się bali otworzyć okna, bo myśleli że to coś niedobrego. no ale zobaczymy
A niech mnie, JagielloniaWarszawa, teraz to ty sobie przywołałeś lata świetności co? 🔥 Tyle lat się gramy, a i tak mi się ciarki lecą jak przypomnę sobie ten lipcowy skwar 2000ny co tośmy walił w gości jak w chmury i ten nasz Duch stał tam na trybunie z banerem wielkim prawie że dwupiętrowym, że niczym paw się prezentował! 💪 Sam wtedy stałem trzy metry od bandery, bo akurat skończyłem na piwko w budce, no i... kurde, dostałem piwkiem w głowę od któregoś z bandy co go tak zaniosło że nie mogłem się ruszyć! Aż potem gadałem, że to Duch mnie trafił, bo nikt inny by się tak nie popisał! 😱
Ale serio, jak sobie teraz przypomnę ten huk, ten ryk, te flary latające jak komety... to mi się serce ściska, bo to była MAGIA, stary, czysta magja kibica! I że tak mówisz, ludzie z bloków bali się okna otwierać — u nas w Rzeszowie to samo było kiedy nasz Duch znowu wziął na ramiona naszego napastnika co zdobył tę drugą bramkę w derbach pół roku temu... cały stadion się zatrząsł nie od głośników, ale od naszych płuc co huczały na cały Dębice! 🔴💪
Jakby co, to ja tam byłem, pod tym banderem, z tymi dwoma piwkami w rękach co mi się zlały na koszulkę — ale WARTO BYŁO! 🔥 Teraz tylko czekam na kolejne takie chwile, żeby znów powiedzieć: "to nie my, to Duch nas prowadzi!"
no ale dobra, pamiętacie ten mecz w dwutysięcznym drugim, lipiec też chyba, jak na lato rzeszowska pogoda miała nas wykończyć – sto trzydzieści stopni na słońcu, a my waliliśmy w tamten jakiś piąty ligowiec z dołu tabeli, który akurat miał tyle szczęścia co szmaciarz w niedzielny poranek? no i nie powiem, facetom zszedł duch po tym meczu, bo im daliśmy tak w mordę że jeszcze tydzień później na forum pisali że nasza trybuna to jakaś meksykańska burdelownia albo coś w tym stylu.
ale wiecie co było najgłupsze? że na samym początku, jeszcze przed gwizdkiem, nasz Duch (ten sam co potem niósł napastnika pół roku temu) stanął przed banderą, wziął megafon co akurat komuś upadł i wrzeszczy: "słuchajcie, oni tam w szatni gadają że my dzisiaj pójdziemy do domu z podkulonym ogonem, więc jak któraś buda zacznie wyć to niech to będzie odpowiedź!" – i co? niecałe dziesięć minut później ta dwójka co się spierała kto rzucił pierwszą racę w dwutysięcznym lipcu, ta sama co dostała piwkiem od Ducha, teraz leciała z takim hochem że bandaż na nodze nawet nie nadążył – i to nie żadne tam "hura", tylko taki wrzask co by się go nawet w cysternie nie słyszało, bo tam echo inaczej działa.
a ja akurat stałem przy brzeżku, blisko bramki gości, i jak facet w białym dresie wyleciał na oślep z autu i walnął w siatkę – to echo od bandery odbiło się tak że nawet sędzia drugiego stopnia podskoczył, a jeden stary dziadek co przyszedł z wnukiem tylko kiwał głową i mówił: "no i co, chłopie, widziałeś kiedyś coś takiego?" – a ten mały, może z osiem lat, powiedział że to było jakby niebo otworzyło usta i krzyczało razem z nami. i wiesz co? ja też tak wtedy pomyślałem. i do dzisiaj, jak widzę stary kadr z trybuny, to mi się serce ściska – bo to nie był mecz, to była chwila kiedy całe miasto drżało razem z nami, i nic, ale to NIC nie mogło nas zatrzymać.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A niech to, jak to teraz porównywać… Przecież to zupełnie inny świat, ale ten sam ogień w sercu.
Tamta drużyna, te lata wokół dwutysięcznego… to były potwory, kurza mać. Ten rudy wariat na trybunie, co później nosił naszych na ramionach? On był gdzieś poza skalą — jakby kibicował sam ze sobą, a do tego jeszcze pół stadionu za nim. Pamiętam, jak staliśmy pod tym banerem wielkości psiej budy, a on miał megafon, który akurat upadł komuś z rąk, i krzyczał coś o szatni… A potem ta odpowiedź, ten huk, jakby ziemia się rozstąpiła. Tamci chłopcy, ci sami co w lipcu 2000-tym rzucali pierwszą racą i dostali piwkiem w łeb, teraz lecieli jak opętani, bandaż na nodze nie miał szans. To była prawdziwa armia, nie drużyna. Tam nie było co liczyć, co analizować — tam się albo walczyło, albo się nie istniało.
A teraz… no cóż, teraz mamy drużynę, która walczy, ale niekoniecznie taką, co od razu by ci skóra zeszła. Nie ma już Ducha na trybunie, co by brał megafon i darł się na całe gardło przed samym gwizdkiem. Nie ma już tej bezmyślnej furii, co to by wbiegła w mur, byleby tylko coś strzelić. Teraz mamy chłopaków, którzy dają z siebie wszystko, ale widać, że brakuje tej magii — tej chwili, kiedy całe miasto zaczyna drżeć, bo ktoś tam na boisku postanowił, że dzisiaj będzie inaczej.
To nie znaczy, że jest źle. Bóg jeden wie, że staramy się, kibicujemy, żyjemy tym klubem. Ale ten czar, który był wtedy… On gdzieś przepadł. Może kiedyś wróci, a może już nie. Ale jedno jest pewne: tamtych chwil nie da się powtórzyć. Tamta siła, ten duch (słowo się samo rymuje), to była prawdziwa wojna — a my byliśmy żołnierzami bez broni, tylko z płucami i sercem. Teraz mamy drużynę, która walczy, ale wojny się nie wygrywa samym wysiłkiem. Potrzebny jest coś więcej — i tej iskry z tamtych czasów… no cóż, ja jeszcze w nią wierzę. Bo jeśli kiedyś znów zapłonie taki ogień, to ani deszcz, ani słońce nas nie powstrzyma.
Trzymam kciuki, żeby ten nowy sezon przyniósł coś, co znów sprawi, że całe Rzeszów zadrży. Bo bez tego… no cóż, to tylko kolejny mecz. A my nie jesteśmy zwykłymi kibicami — my jesteśmy tymi, co kiedyś doprowadzili do tego, że przeciwnicy pisali na forach o "meksykańskiej burdelowni". Więc nie traćmy nadziei. Kto wie, może jeszcze kiedyś usłyszymy ten huk znowu.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Siema stary, no ba! Właśnie sobie przypomniałem ten cholerny mecz z Podbeskidziem w dwutysięcznym pierwszym, jak to mieliśmy ten nasz napastnik co zawsze zjadał obiady w tej knajpie przy stadionie, co to nawet nie wiem jak się nazywa — no ten gruby, co nosił koszulkę z numerem 9 i zawsze jak trafiał, to leciał tak, że sędzia podskakiwał jak oparzony!
No więc ten facet, pamiętacie? Stanął przed samym gwizdkiem i powiedział do Ducha (takim szeptem, żeby tylko ten go usłyszał): "Ej stary, dzisiaj albo jutro, ale ja dzisiaj muszę strzelić, bo moja biedna żona mi obiad odebrała wczoraj przez to, że przegrałem zakład z sąsiadem". I Duch mu na to: "A to ci walnięty facet" — i dostał takiego kopniaka w dupę od kogoś z tyłu, że prawie upadł!
A potem, jak ruszyliśmy z banderą, ten nasz numer 9 wbiegł na pole karne i... no kurde, takiego bekhendu nie widziałem nawet w CS-ie! Piłka weszła do siatki, a facet nie wiem jakim cudem jeszcze się obrócił w powietrzu i wyciągnął rękę jakby chciał podziękować trybunie! A ta buda, no ludzie, nie da się opisać — cały stadion to nagle huknął, że słońce jakby zadrżało nad Dębicami!
I wiecie co? Stary dziadek co zwykle stał pod bramką z wnukiem, ten sam co wtedy co mówił o niebie otwierającym usta, ten stary po prostu odwrócił się do chłopaka i powiedział: "Widzisz, synku? To jest futbol. To jest siła, której nic nie powstrzyma". A ten mały, tak na oko z dziesięć lat, tylko kiwnął głową i powiedział: "Dziadek, ale my jesteśmy jeszcze więksi, bo my jesteśmy Rzeszów" 🔥💪
No i teraz, jak patrzę na stare zdjęcia, no to aż mnie ręce świerzbią, żeby znów poczuć ten huk w piersi — bo to nie było kibicowanie, to była WOJNA, stary, i my ją WYGRALIŚMY razem z tym cholernym obiadem za zakład! No ale trudno… kiedyś to było, a teraz czekamy na nowego Ducha, co by znów poderwał banderę wielkości psiej budy i dał nam ten sygnał, że znów czas na wojnę! 🔴😱
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, kurza mać, no i kto tu znowu opowiadał bajki na dobranoc? 😂 Bo ja akurat pamiętam drugą połowę tamtego meczu, jak nasz Duch stanął na trybunie z megafonem co akurat upadł komuś z rąk — i krzyczał: "słuchajcie, oni tam w szatni gadają że my dzisiaj pójdziemy do domu z podkulonym ogonem!" 🤣
A ja akurat stałem przy barze, bo akurat skończyłem piwko co mi się zlało na koszulkę, i słyszę jak facet obok mnie mówi do kolegi: "Ej, kolego, to chyba ten Duch zaczyna swoją mowę motywacyjną, nie?" — a ten drugi na to: "A kurde, jeszcze mu brakuje kija baseballowego i będzie typowe kazanie niedzielne!" 🍻
No i co? Pół minuty później ten sam Duch — ten co później niósł napastnika na ramionach — wyskakuje na banderę z tym swoim megafonem i wrzeszczy: "IDĄ GOŚCIE!" — a ja akurat popijam trzecie piwko co mi się znowu zlało na nogawkę i myślę: "No fajnie, teraz to już naprawdę idziemy do domu z ogonem podkulonym..." 😱
A tu proszę — nasz numer 9 wbiegł na pole karne, dostał piłkę, obrócił się jak baletnica i huknął bekhendem, że sędzia podskoczył jakby go ktoś porządnie kopnął w tyłek! 🔥 I wiecie co było najgłupsze? Że potem, jak już padła bramka, Duch podszedł do faceta i mówi: "No i? Dostałeś ten obiad co ci obiecali?" A ten na to: "A kurde, zapomniałem o zakładzie! Ale jestem Rzeszów — nie zapomnę o BRANCE!" 💪
A ja tam stałem z mokrą nogawką i myślałem sobie: "No dobra, jeśli to nie jest dowód na to, że Duch rządzi nie tylko trybunami, ale i naszymi mózgami — to ja nie wiem co to jest" 🤣 Bo kto by uwierzył, że całe nasze szaleństwo zaczyna się od strachu przed obiadem, a kończy na meczu co sprawił, że słońce nad Dębicami zadrżało? 🌞🔴
No ale serio — jakby ktoś pytał, to ja tam byłem, trzymałem butelkę w ręku i modliłem się tylko o to, żeby Duch przypadkiem nie wziął mnie na ramiona i nie zaniósł na boisko... bo cholera wie, może bym wypadł za lichą szansą, a szkoda by było mojego piwka! 🍺😂
Potrzymaj piwo.