Gdy piłka trafiała w serce, a radość płynęła z Zielonej Kędzierzy
pamiętam jakby to było wczoraj, zeszło to chyba z dziesięć lat temu, ale wciąż świeżo w pamięci — ten mecz z Asseco Resovią, taki sobotni popołudniowy, lipiec pewnie, słońce prażyło na trybunach, a my już szliśmy z piosenkami od samego rana, z flagami i transparentami, że hej, dzisiaj będzie nasz dzień, bo przecież nie damy się tym byle kim. i co? i się nie damy — ale nie myślałem wtedy, że ten jeden mecz zostanie takim drobiazgiem, który zawsze wyciągam, kiedy ktoś mówi o złotych latach.
wtedy mieliśmy taki zespół, że każdy grał jak do ostatniej piłki, a trener zawsze mówił tym młodym, żeby nie myśleli o tym, co będzie jutro, tylko żeby teraz zagrali tak, jakby jutra nie istniało. i grał ten nasz Kaczyński, stary wyjadacz, który po meczu schodził z boiska i miał jeszcze tyle siły, że śpiewał z nami na trybunie, że przecież my to znamy, my to czujemy, my jesteśmy rodziną. a potem ta ich Resovia, no cóż, zaczęli dobrze, ale jak zobaczyli, że my nie ustępujemy ani na krok, to w końcu po prostu im odjęło. pamiętam, jak sekundę przed gwizdkiem ostatniej akcji, kiedy wynik był 3:2 dla nas, nasz libero, ten wielki chłop, doskoczył do siatki i podbił piłkę tak, że komentarze na żywo aż westchnęły.
i później, kiedy już wszyscy wiwatowali, a stadion trząsł się od naszych głosów, to ja stałem sobie z tyłu, patrząc na to całe szaleństwo, i myślałem tylko jedno: żeby tak zostało na zawsze. no ale zobaczymy...
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Pamiętam ten cholerny mecz jak dziś… bo właśnie tamtego lata, w Czerwcu chyba, stałem z boku za bramą z butelką zimnego Żywca w ręce i czułem, że powietrze aż drży od śpiewów… nie wiem jak oni to robili, ale nasz zespół wtedy grał jakby każdy uderzał piłkę prosto w serce kibica. Ta burza co się zbierała nad stadionem? Haha, niczym! Oni mieli burzę, my mieliśmy BŁYSZCZĄCE USZY Z ENERGII! 🔥🔴 I ten moment, kiedy nasz rozgrywający… stary, zapomniałem jak miał na nazwisko, ale widziałem go raz jeszcze w zeszłym roku na trybunie… dosłownie płakał, bo dopiero co cofnął się o krok, a ta siatka zaczęła się ruszać od naszych wrzasków!
Widział ktoś? Ja miałem łzy w oczach jak on tam skoczył i zagrał jakby jutra nie było… bo przecież NIE MA! Potem byliśmy wszyscy na mieście, pijąc piwo do białego rana i śpiewając ich piosenkę „Hej, Jesteśmy z Kędzierzyna!” przez całą ulicę. Do dzisiaj jak ktoś zapyta o tamten czas, to ja mówię tylko: „Siema, tamto lato było jak uderzenie prosto w duszę.” Zielona Kędzierzo, jesteś w naszych sercach! 💪⚡
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a no przecież pamiętam jeszcze ten niedzielny poranek późnym latem, jak szliśmy na stadion wzdłuż alejki lipowej przy ulicy Piastowskiej, a słońce dopiero się wygrzewało na niebie, no i było tak cicho, że było słychać trzeszczenie butów na żwirze. aż tu nagle nasz kasjer, ten stary Marian, który od lat krzątał się przy wejściu, machnął do nas czapką z napisem "kędzierzyńska chata" i krzyknął: "no chodźta wreszcie, bo dziś będzie koncert!" i rzeczywiście, jeszcze przed meczem ustawił się pod trybuną orkiestra młodzieżowa, no i zagrała coś takiego, że człowiek aż zapomniał, gdzie jest — tylko ta energia szła prosto do krwi.
potem w połowie drugiego seta zrobiło się burza, nie żadne delikatne chmurki, tylko takie prawdziwe sierpniowe gradobicie, co to kamienie podrywały kurz od ulicy, no i wszyscy zrobili się mokrzy od góry do dołu, ale nikt nie szedł pod dach — trzymaliśmy transparenty nad głowami, a piłka latała między nami, a my wciąż śpiewaliśmy, że "niech się sypie, niech się leje, my jesteśmy zieloni jak drzewo!" no i wiecie co? tamten mecz zakończył się tym, że nasz atakujący, ten chłopina ze Zdzieszowic, doszedł na sam koniec i wyskoczył jakby miał skrzydła, i trafił blokiem na samorzutną owację — a my wszyscy z tymi przemoczonymi koszulkami, podnosząc ręce do nieba, jakby to był jakiś obrzęd oczyszczenia czy co. pamiętam, jak jedna starsza pani z trzeciego rzędu złapała mnie za ramię i powiedziała: "panie, ja tu od pięćdziesiątego drugiego i nigdy nie czułam czegoś takiego, jak dzisiaj." no ale zobaczymy...
No wiecie, to porównanie to jednak jest jak porządne piwo zrobione w starej, dobrej chłodziarce obok trybun — rześkie, mocne, ale jednak coś dzisiaj może być inaczej przefermentowane, choć szklanka wciąż pełna.
Tamta drużyna, ta od starego trenera i chłopaka Kaczyńskiego, to był zespół, który grał tak, jakby miał w sobie kawałek tej Zielonej Kędzierzy w woreczku na kieszeń. Każdy zawodnik, niezależnie od stażu, wchodził na boisko, jakby wiedział, że ma tam nie tylko skoczyć w siatkę, ale i zaśpiewać z nami razem w tej samej strofie. Oni nie bali się burzy, nie bali się zdmuchnięcia, bo mieli w sobie tę świadomość, że jesteśmy jeden organizm — kibice i drużyna, niepodzielne do ostatniego gwizdka. Wtedy granica między trybunami a boiskiem była cienka jak pasek od zegarka: przecież nasz libero wyskakiwał i dopingował razem z nami, a rozgrywający, który płakał po meczu, to był chłopak, który naprawdę czuł, że to nie jest praca, tylko powołanie.
Teraz? Też jestem za swoją drużyną, ale nie oszukujmy się — to już nie ten sam czad. Teraz mamy chłopaków, którzy przychodzą, grają, wychodzą, a my dopingujemy, bo kibic to kibic. Ale nie czuje się już tej wzajemności, że oni patrzą w tłum i wiedzą, że to ich dom, a my im ufamy bezgranicznie. Tamci mieli w sobie coś takiego, że jak wchodziłeś na stadion, to od razu czułeś, że to nie jest kolejny mecz, tylko jakaś część życia. Teraz to bardziej... no, biznes, jeśli już. Drużyna budowana przez lata, z ogromnym wysiłkiem, ale jednak — nie to samo wrażenie, jakby ktoś wsadził palec w te stare, dobre czasy i powiedział: „no, więcej tego nie zobaczymy”.
I jeszcze ta energia, cholera, ta energia. Wtedy na trybunach człowiek czuł, że powietrze drży, a dzisiaj... no cóż, bywa że trzęsie się od śpiewów, ale czasem to tylko rutyna. Ludzie przychodzą, dopingują, idą do domu, a następny tydzień jest taki sam. Tamten zespół miał w sobie coś żywiołowego, jak ta burza nad Sikorskim, co nie pozwalała się schować — tylko stać i krzyczeć razem z nią.
Ale niech mnie diabli, nie będę tu straszył. Też jestem dumny z dzisiejszych chłopaków, bo przecież oni też walczą, i kto wie, może kiedyś znowu poczujemy ten dawny zapach lipy nad stadionem i zobaczymy, że znów ten Zielony jest w naszych sercach jak wtedy. Do tej pory trzymam transparent z tamtego lata pod łóżkiem — czasem go wyciągam i myślę: „no, może któregoś dnia znowu zatańczymy taką samą pieśń”.
xG > emocje.
A co to kurde znowu za porównania do starej dobry puszki z piwem, że niby "pełna i mocna ale coś nie to" 😤 no dobra, nie chcę psuć klimatu, bo macie rację — tamten zespół to była magia, i nie każdemu dana jest taka chemia jak naszym chłopom w tamtym lipcu. Ale wiecie co? Pamiętam jeden konkretny mecz, chyba późne lato 2018, akurat mieliśmy ten nowy napastnik co dopiero przyszedł zreszty… no nazywał się Rafał Sierant, on z tymi swoją posturą to był bardziej kozak z Placu Wolności niż siatkarz 😂 ale jak stanął na boisku, to ja siedziałem sobie z tyłu za pierwszą linią z transparentem "KĘDZIERZYN-KOŹLE W NASZYCH SERCACH" i widzę, że on przed samym atakiem zerka na trybunę i widzi tam starszego pana co trzymał jakieś stare zdjęcie z lat 70tych z naszymi kibicami… no i ten facet nagle zaczął ryczeć "IDZIE ŚMIAŁY CZERWONY!" i to było tak, że wszyscy od razu podchwyciliśmy… a Rafał zagrał jakby dostał dodatkowe skrzydła 🔥 potem jak to trafienie zaliczył, to ten stary łobuz rzucił się na mnie i prawie upadłem z transparentem, bo zaczął mnie ściskać jakby był moim dziadkiem! No i wiecie co? On potem do dzisiaj na każdym meczu przychodzi z tym samym zdjęciem, a my mu dawno zrobiliśmy kopię, żeby miał zapasowy egzemplarz 😭 ale co tam, nasze sprawy! Zielona Kędzierzo, nigdy nie zmienisz się w kolejny numer w tabelce! ⚡💪
Ej, a pamiętacie tego jednego faceta, co to na każdym meczu ławy rezerwowych stał i wymachiwał pomarańczowym parasolem jakby to była flaga celebracji? No bo tak: ówczesny trener mówił, że "ktoś musi trzymać wzrok na niebie, bo burzę zawsze najpierw widać tam, nie na trybunie". I ten gość, stary debil, ale kochany, za każdym razem, kiedy tylko zrobiło się niebezpiecznie blisko siatki, to parasol w rękę i walnął nim o krzesełko jakby to był bęben afrykański — i nagle cała trybuna miała motywację na trzy kolejne punkty! 😂🍿 Aż trener musiał do niego podejść i powiedzieć: "Panie Jerzym, albo pan schowa ten parasol, albo pan wyjdzie stąd jako zwycięzca widowiska". On na to tylko mruknął: "No co pan, trener, parasol to mój przyjaciel, a wygrana jest naszą rodziną!" i dalej wymachiwał. Kurde, jak się ten parasol oberwał w połowie drugiego seta, to mieliśmy dosłownie "parasolową rewolucję" — wszyscy kibice machali swoimi czapkami i transparentami w rytm uderzeń parasola o ogrodzenie. A ten Pan Jerzy? Chodził potem po trybunie z rączką parasola w dłoni, pozdrawiał ludzi i mówił: "No i? Dobrze się bawicie? Bo ja tak!" 🤣 Najlepsze było to, że ten parasol towarzyszył nam aż do mistrzostwa — teraz wisi na honorowym miejscu w barze "Pod Zielonym Liściem" obok koszulki tamtego sezonu. Bo przecież Zielona Kędzierzo, to nie tylko siatkówka, to cała nasza pieprzona filozofia życia! ⚡💚
Potrzymaj piwo.