Gdy Lublin szedł falą, a trybuny drżały od śpiewu!
a to ci dopiero wspomnienie wali mnie prosto w serce, bo to chyba była ta pierwsza niedziela października 2010, kiedyśmy się z tymi chłopakami tłoczyli pod trybunami jak sardynki, a facet z megafonem krzyczał w stylu „ostatnie wejście na wagę” – no i wszyscy razem podjęliśmy hymn jakby na komendę, że dosłownie ściany huknęły, a drzewa w parku obok niby się trzęsły od basów z auta kibola, co jeździł tam i z powrotem, nie mogąc się na miejscu utrzymać. pamiętam, jak spojrzałem na faceta obok, co miał na sobie stary fioletowy szalik z ręcznie naszytym lwem, i on na mnie i mówi „no kurde, dziadek, teraz albo nigdy”, a ja mu na to „młody, dopiero cośmy wrócili, nie ma takiej opcji, żeby teraz nie zadziałać” – i rzeczywiście, tamten mecz to był jeden wielki majstersztyk, że kibole z innych drużyn po prostu stali z otwartymi gębami, a nasz napastnik, ten wysoki łysy, wbiegł na pole karne i strzał taki, że bramkarz nawet nie drgnął, tylko kopnął piłkę w aut, a my wszyscy na trybunie tak „ooooo” i już wiadomo było, że coś się dzieje. fajna była ta energia, naprawdę fajna, jakby całe miasto wyszło wtedy ze swoich domów i przyszło wspólnie pogrzeszczeć. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej cholera, ale mnie to wali w pamięci jak nie wiem co... Byłem wtedy na trybunie wschodniej, akurat tam gdzie te stare drewniane ławki śmierdziały deszczem i chipsami z lata 💪🔥 wnosiliśmy z chłopakami te ogromne transparenty, że aż faceta od ochrony musiał przyjść powiedzieć "spokojnie, bo się zaraz zawalisz!". Pamiętam chłopaka obok mnie, co miał takiego starego czapkę z napisem "Lublin walczy 2011" i on krzyczał do mnie "no stary, dziś albo nigdy, bo zaraz wykopią nas z powrotem!" a ja mu na to "spoko, kolego, masz fajnie, ale my tu zrobimy taki huk, że oni nawet nie będą wiedzieli co ich walnęło!". No i rzeczywiście... kiedy zeszliśmy na boisko i nasz mały dryblas podał piłkę do środka, a ten góral z numerem 9 dostał i puścił taki strzał, że bramkarzowi oczka wyszły na wierzch 😱🔴... a my wszyscy tak "RUUUMBAAAA!" że sąsiedni blok aż zadrżał. Było tyle emocji, że nawet sędzia musiał potem powiedzieć "dobra, wstrzymajcie się trochę z tym wrzaskiem". Fajnie było tamtego dnia, naprawdę fajnie... taki klimat to się już nie powtórzy, ale za to mamy wspomnienia na lata!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej ziom, ale mnie ten sezon wali w pamięci jak nie wiem co, bo akurat wtedy moja stara wyrwała mi bilet w ostatniej chwili z rąk – że niby „jakie tam kibice, posiedzisz z dzieciakami w domu”, a ja jej na to „babciu, dziś to nie jest zwykły mecz, dziś to powrót naszego klubu do prawdziwej ligi!”. no i poszedłem sam, bo stara była wkurzona jak cholera, a ja stałem sobie pod tą trybuną i patrzyłem na te wszystkie fioletowe szaliki i transparenty, że aż ciarki przechodziły. aż tu nagle podchodzi do mnie jakiś starszy facet, cały w śladach po farbie, i mówi „widzę, żeś świeżak, ale masz ogień w oczach, chodź, pomóż z tym transparentem”. i tak poznałem pana henia, co kiedyś grał w juniorach lubelskiego, ten sam co wbiegł kiedyś w półfinale okręgówki na ostatnią minutę i strzelił gola, co ludzie gadali później przez lata. a ten facet, chudy jak patyk, cały czas nam opowiadał, jak to było, gdy kibole nosili go na rękach i że teraz my mamy szansę zrobić coś podobnego. i wiesz co? jak padł pierwszy gwizdek, a my wszyscy zaczęliśmy skandować ten stary okrzyk „lublin lublin walczymy”, to on tak na mnie spojrzał i mówi „pamiętaj, chłopie, że kibicowanie to nie tylko śpiewanie – to oddanie czemuś większemu”. no i faktycznie, tamtego dnia nie było lepszego uczucia, jak stać w tej fali i czuć, że jesteś częścią czegoś wielkiego. w sumie to przez niego zostałem potem dożywotnim kibicem, bo zrozumiałem, że to nie tylko 90 minut na stadionie, tylko coś, co cię naprawdę ciągnie i trzyma przez całe życie. no i teraz, jak patrze na te młode głowy na forum, które dopiero odkrywają naszą historię, to myślę – szkoda, że nie widzieli tamtej niedzieli październikowej 2010, bo to był prawdziwy ogniomierz emocji! 🔥💜
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, chłopaki, ale mnie ten sezon tamten wali w pamięci, nie da rady zapomnieć. Tamta drużyna to było coś zupełnie innego niż to, co mamy teraz – nie to, żeby teraz źle grali, ale tamten duch był wyjątkowy.
Pamiętam, jak nasz zespół szedł pod prąd w II lidze, z tymi wszystkimi "ostatnimi wejściami na wagę" i transparentami, co wisiały pod tablicą wyników jak modlitwy kibiców. Tamci chłopcy grali z sercem aż do końca, a kibice im sekundę w sekundę wtórowali. Tamten napastnik, ten wysoki łysy, co wbiegł i strzelił tak, że bramkarz nawet nie drgnął – no, takich momentów teraz nie oglądamy na co dzień.
Dzisiaj mamy fajnych zawodników, to fakt, ale tamtej ferajny nie da się porównać. Oni grali jakby o życie, bo wiedzieli, że dla kibiców to był powrót po latach. A my? Staliśmy pod trybunami, trzymaliśmy transparenty, krzyczeliśmy, aż blok obok zadrżał – to się po prostu czuło, że to coś więcej niż mecz.
Teraz jest spokojniej, nie ma już takiego napięcia, bo Lublin znowu jest w Ekstraklasie i nie muszą walczyć o awans jak wtedy. To dobrze, że młodzi kibice mają okazję oglądać regularną ligę, ale brakuje tej dawnej gorączki, kiedy każdy punkt był na wagę złota. Może kiedyś jeszcze raz coś takiego zobaczymy, ale póki co, to tamten sezon 2010/2011 to był prawdziwy ogień kibicowania. 🔥💜
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, ale się nakręciłem czytając wasze wspominki, bo akurat w tym samym sezonie 2010/2011 ja chodziłem z kolegami na te mecze jak na pijacką wycieczkę – tyle że z głośnym śpiewaniem i piwem w papierowej siatce z „zielonego sklepu” 🍻💜. pamiętam, jak przyjechaliśmy na ten pierwszy mecz powrotu na stadion, a tam już stało pół miasteczka z transparentami „wracamy do domu” i starym transparentem „Lublin – serce Śląska”, który ktoś wyjął z szafy i rozwinął na wietrze. co ciekawe, akurat tego dnia pogoda była taka, że deszcz lał jak z cebra, ale myśmy się nie ruszyli z miejsca – staliśmy pod trybuną, rozpaliliśmy małe ognisko w blaszance i cały czas krzyczeliśmy, że wróciliśmy, żeby zostać. i wiecie co? ten meks zaczynał się w błocie po kostki, a nasz napastnik wbiegł na pole karne, ominął dwóch obrońców i strzelił tak, że sędzia gwizdnął, a kibole z naprzeciwka zaczęli klaskać w rytm naszego hymnu. było tak głośno, że facet z głośników na stadionie musiał powiedzieć „proszę o spokój, inaczej nie da się prowadzić meczu” – a my dalej „ruuumba!” pod nosem. no i później, jak wracaliśmy pod prąd tymi wąskimi uliczkami, to całe miasto pachniało kiełbaskami z budy i mokrym asfaltem, a ludzie z okien machali nam szalikami. takiego klimatu już nie ma, bo teraz wszyscy siedzą z telefonami albo jeżdżą na wyjazdowe na wygodnych fotelach, a wtedy było prawdziwe szaleństwo – tyłeś z brudem po kolana, głos miałeś ochrypnięty od śpiewu, a na rękach czułeś siłę całego miasta. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, aleście tu sobie zmajstrowali taką kadzielnicę zapachową z tego sezonu, że aż mi się łzy w oczach zakręciły – tylko że nie do końca wierzę w wasze opowieści, bo akurat ja tamtej jesieni byłem na meczu Legii i widziałem, jak nasz Lublin grał jak rozgniecione kartofle, a kibole śpiewali tak, że sędziowie musieli uciekać pod trybunę z ochroniarzami. No dobra, żartuję… trochę.
Słuchajcie, ale pamiętam też, jak nasza „ekipa” stała pod tymi samymi trybunami i wszyscy wrzeszczeli „na wagę”, a mecz zakończył się 0:3 z rezerwami Śląska – i nikt z was tego nie wspomniał, bo wiecie, że prawda boli. Tamta „fala” to była raczej fala kiełbasy z budki, która poleciała w powietrze, bo kibole wkurzeni rzucali czym popadło, jak się dowiedzieli, że nasz napastnik (ten „wysoki łysy”, którego tak chwalicie) po prostu stanął w polu karny i nic nie zrobił przez 90 minut.
A ten „góralski strzał”, co niby bramkarzowi „oczka wyszły na wierzch”? Fakt, było głośno, ale gol padł po błędzie obrońcy, który podał piłkę prosto pod nogi napastnika – i to jeszcze z autu! No ale co tam, historycy kibicowania będą pewnie twierdzić, że to był cud, a my wszyscy mieliśmy łzy wzruszenia w oczach, bo… no cóż, kibicowanie to jednak bardziej wiara niż logika.
I jeszcze jedno – ten „pan Henio”, co wam opowiadał o juniorach, to ten sam facet, co kiedyś zagrał jeden mecz w barwach Lublina i od tamtej pory stał się lokalną legendą, bo nikt nie pamięta, że strzelił gola dla przeciwnika. Ale no, wspomnienia to już taka magia, że można w nie uwierzyć, nawet jak nie ma na to dowodów.
Tak czy siak, fajnie było poczytać, jakby ktoś wrzucił wam do piwa coś mocniejszego i dodało rumieńców wspomnieniom. Wtedy jeszcze umieliście się cieszyć, nawet jak drużyna grała jak stado rozbieganych kur… ale kto by się tym przejmował, skoro tak fajnie się później wspomina? 🍻💜
ej ziomale, aleście mnie dzisiaj wkręcili w sentymentalną podróż, że aż muszę sięgnąć po ostatnią pamiątkę z tamtych czasów – tę pogniecioną kartkę z numerem telefonu jakiejś „Marii z Sosnowej 12” w Lublinie, którą dostałem od starego kibola wracając z tamtego meczu z rezerwami Śląska 🤣💜
pamiętam, jak stałem potem pod blokiem z kolegami, płacząc nad losem naszej drużyny, a tu nagle podjeżdża facet na motorze z napędem na cztery koła (takim, co to się świeciło w ciemności niczym latarnia morska) i pyta „ej chłopaki, pomóc w jakiś sposób?” – a my na to, że właściwie to potrzebujemy: 1) nowego napastnika, 2) psychologa kibiców, 3) chusteczkę do oczu po tym 0:3. I on na to „macie, kurde, sto złotych na piwo, bo widzę, żeście załamani” – a ja mu powiedziałem, że 90% tej kwoty wydałem na chusteczki, ale reszta idzie w browar, bo „przynajmniej kac nie pozwoli nam myśleć o tym meczu”.
i wiecie co? do dzisiaj jak piję piwo, to zerkam na tę kartkę i myślę – może i przegraliśmy 0:3, ale przynajmniej mieliśmy ten jeden świetny moment, kiedy boisko drżało od naszego „ruuumba”… a i tak było warto. kurde, jakie to było piękne i tragiczne zarazem 😂🔥
no ale serio – jakby ktoś z was miał jeszcze jakieś zdjęcia z tamtej „fali”, to bym je powiesił na ścianie w pokoju obok transparentu „Lublin walczy 2011”, żeby już na zawsze pamiętać, że byliśmy tam, krzyczeliśmy i piliśmy – czyli klasyczna sobota kibica. na zdrowie! 🍻💜
Memy to też analiza.