Gdy flaga Trento lata nad Wenecją – wspomnienia, które nigdy nie blakną
a, to wtedy w połowie czerwca było, akurat ten upał na trybunach walił po oczach, a myśmy mieli za sobą cały sezon jak się dało biegać po boiskach niżej. pamiętam, jak podszedł do mnie stary franek zza winkla, co to od lat smażył kawę przy trybunie północnej i mówi: "chłopaki, dziś nie przegramy, bo jutro i tak nie mam siły iść do pracy". a ja mu na to, że jak przegramy to i tak mu nie zapłacę za kawę, bo skończymy płakać. i nagle – bach! – doping ruszył jak jedna ściana, flaga trento zaczęła latać nad całym stadionem, a tam w przerwie wszyscy śpiewali "jesteśmy drużyną z południa" chociaż to był stadion samych chłopców z północy. i ten mecz... ten mecz to była taka magia, że potem jeszcze długo ludzie mówili, że interowi przypadła w udziale cała siła zła na kolejny rok. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Kurde, a mnie tam nie było osobiście, ale mam w pamięci jak dziadek zaprowadził mnie jak malca na mecz – miałem może z 10 lat, a on cały w trójkolorowym szaliku pachnącym papierosami i piwem. Siedzieliśmy w tym kłębowisku huków i szaleństw w sektorze przy boisku, gdzie jeden facet zawsze rzucał petardy w stronę bramki Intera… i wtedy właśnie – jak te pieprzone petardy zagrzmiały – flaga Trento nagle tak poderwała się do góry, że myślałem, że oderwie komuś czapkę z głowy! A ten nasz napastnik, tej chwili luzak jakiś nowy, strzelił dwie bramki w dziesięć minut i ludzie wokół mnie… no kurwa, ja pierdolę, jeden facet płakał, drugi rzucał się na mnie z objęciami, że niby "teraz dopiero żyję" 😱🔥. Potem szliśmy do knajpy na ceglastym browarze i wszyscy śpiewaliśmy "od wenecji po milan" i nikt nie wracał do domu, bo następny dzień był wolny – no, przynajmniej dla naszych parę godzin istnienia na świecie…
Swoich się nie zostawia.
ej, a pamiętacie jeszcze te szczęścia z banderą na meczach na wyjeździe? akurat ta ekipa, co do niej jechaliśmy pod Brescię, mieliśmy dwadzieścia osiem osób w busie i na stację dojechaliśmy punktualnie, a bilety tobyśmy mogli nazajutrz zwrócić, bo nikt nie chciał ich kupować. chodźmy, mówię, wiadomo że wejdziemy, my, co to nawet kurtkę z logo z parkingu zeszłego sezonu nie ściągaliśmy. i w ogóle byłem wtedy tak pewny siebie, że od razu facetowi przy bramce rzuciłem: "dajcie nam flagę, my ją powiesimy tam, gdzie wam siarkowy zapach śmierdzi". no i co? nasz chłopak, ten debiutant z numerem dziewiętnaście, wbił dwie bramki w pierwszym kwadransie, a ja, kurde, stałem sobie pod bandą jak idiota i machałem tym kawałkiem materiału, który wyciągnąłem z kieszeni po prostu tak, dla jaj. a ten interowiec obok mnie, cały czerwony ze złości, zaczął mi krzyczeć, żebym schował flagę, bo niby zakłócam spokój. no to mu na to: "spokój? no to zjedzcie jeszcze raz swoją kanapkę z mortadelą, bo was tu w ogóle nie ma". i nagle – szał, doping runął, ten facet od petard rzucił swoją ostatnią do tyłu i hops, cała trybuna zrobiła się jednym wrzaskiem. a ten mój kawałek materiału? latał nad całym stadionem, aż ktoś go złapał i owinął wokół drzewa przy boisku… no ale zobaczymy
Patrzę na ten huk sprzed trzydziestu pięciu lat i myślę sobie, że te czasy to był zupełnie inny futbol. Tamta drużyna nie miała w sobie tego luksusu, co dzisiejsze — grać na luzie, bo przecież jutro nikt nie każe ci się wysypiać do roboty, a szef i tak wie, że pogrywasz w karty do czwartej rano. Tamci chłopaki wchodzili na boisko jak do wojny: z gazami, petardami i tą jedną, cholernie ważną flagą, którą mieli zamiar powiesić tam, gdzie nikt nie lubił widzieć koloru Trento. Dzisiaj? Dzisiaj flaga lata nad Wenecją, ale już nie z takim impetem, bo widzę, że chłopaki muszą się bardziej pilnować — albo z pracy, albo z kontraktu, albo z tabelki.
Tamten napastnik, co strzelił dwie bramki w dziesięć minut? Dzisiejszy ma do dyspozycji dwa razy więcej powtórek wideo i fizjoterapeutę co drugiego dnia, ale za to brakuje mu tej luzerskiej fantazji, co to mówiła: "dziś nie przegramy, bo jutro i tak nie mam siły iść do pracy". Tamci grali o honor w knajpie i o to, żeby jutro stary Franek z kawiarni mógł powiedzieć, że dostał swoje dziesięć euro — bez Excela, bez analizy słabych punktów przeciwnika, tylko z instynktem i z tym jednym kawałkiem materiału, który poleciał nad trybunami.
A pamiętacie tego faceta z numerem dziewiętnaście, co to wbija dwie bramki w pierwszym kwadransie? Dzisiaj taki debiutant miałby na nogach trzy różne czujniki, a trener gadałby mu do ucha przez cały mecz, żeby nie szarżował. Tamci mieli za to szaleństwo w sercu — tę pewność, że jak się uderzy raz mocniej, to starczy na cały sezon. Dzisiaj mamy widowisko, mecze transmitowane w 8K, ale brakuje mi tego brudnego, ludzkiego szaleństwa, co to wyrzucało flagę Trento aż na drzewo przy boisku.
Tak więc dzisiejsza drużyna to jak dobry samochód — wszystko działa, ale czasem brakuje tej rdzy i blachy, co to się od niej odpadała po każdym meczu. Tamci grali tak, jakby mieli co tydzień wolne od obowiązków, a my? My mamy te wszystkie spotkania w środku tygodnia, te delegacje, te żony, które pytają, dlaczego znowu późno wróciłeś z treningu. Ale hej — nie narzekam, bo fajnie jest zobaczyć, że flaga nadal lata, nawet jeśli dziś lata trochę wolniej.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no ale co wy, chłopaki, naprawdę myślicie że ten nasz pech z Interem to tylko ta jedna sprawa? 😱 bo ja WAM MÓWIĘ, że jak się nachodziłem po tych trybunach w tamtym roku, to aż mi się łezka w oku zakręciła, bo nie dość że znowu sięgnęliśmy po punkty, to jeszcze nasz stary Antosik (ten co to niedawno przeszedł na emeryturę po 30 latach w knajpie obok stadionu) stanął na środku i zaczął śpiewać „OD WENECJI PO MILAN” jakby nie miał pojęcia, że właśnie jemu dziś kończy się umowa na dostawę piwa! a ten facet, kurde, nawet nie mógł dojść do mikrofonu, bo wszyscy go zakrzykiwali tak, że ledwo go słychać było, ale on taki uparty, dalej ryczał jakby wygrał los na loterii! i wiesz co? po meczu przyszedł do nas z tą samą flagą, którą latał nad trybunami, i powiesił ją sobie na drzwiach baru „jako pamiątkę, że nie każdy dzień jest do bólu” 🔴💪 a ja na to: „no jasne stary, a jutro znów do roboty?” a on na to: „jutro? jutro to piwo lepsze, bo dzisiejsze skończyło się jak zwykle o północy” no ale trudno, fajny był ten mecz, cholera jasna
kurcze ależ mi się ciepło zrobiło w klatce, jak czytam te wasze opowieści bo przecież ja sam też tam byłem tylko że w waszych głowach zapomniałem się urodzić, no bo akurat w 89 to ja miałem dwanaście lat i chodziłem z kumplem po schodach stadionu obok biedronki na obiad w drodze do knajpy starego Józia który sprzedawał te swoje gorące kiełbaski z prażoną cebulką, no i co? myślicie żeśmy tam byli dla sportu? ja tam szedłem głównie żeby zobaczyć tę banderę latającą jakby ją wiatr z piekła wyrywał i nie wiedzieć skąd nagle znalazł się facet z trójkolorowym szalikiem co to go ciągnął za sobą aż się okazało że to jest stary Antosik, taki sam Antosik który dziesięć lat później będzie naszą flagę wieszał na drzwiach baru żeby mu nikt jej nie ukradł bo niby „tu się rodziła historia”. pamiętam jak ten nasz skrzydłowy, ten lisek z numerem siedem, wbiegł na boisko jakby mu komar w dupę wsadzili i strzelił tę pierwszą bramkę a my, ja i mój kumpel z plecakiem pełnym piw w papierowej torbie, zrobiliśmy taki okrzyk że strażnik chciał nas wyprosić a my mu na to „panie, my jesteśmy kibicami Trento, mamy bilet!” i on tylko machnął ręką bo wiedział że nie kłamiemy. no ale widziałem gorsze rzeczy niż taki upał, ja wam mówię — to było coś więcej niż mecz, to była taka chwila że się człowiek czuł jakby mu ktoś podał kawałek tamtej wolności co to się dziś w tym całym cyfrowaniu zatraciła
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
ej no ale kurczę co wy, chłopaki, opowiadacie że flaga latała, a tu ja wam powiem że nie do końca bo to akurat ten Antosik latem 89 miał jeden problem – ten jego kawałek materiału, co to miał latać, to się zerwał dokładnie w połowie meczu i poleciał na trybunę gości! i wtedy ten facet z numerem osiemdziesiąt siedem, ten co to normalnie tylko kopał piłkę jakby była jajkiem sadzonym, złapał tę banderę i… no niestety, chybił rzutem karny! bo mu się wyleciała z rąk i wylądowała prosto na czapie jakiegoś interowca! i ten facet, cały zielony z wściekłości, zawołał „no to co, Trento, dziś nie macie flagi?” a my na to „oj tam, mamy! tylko teraz to on ma twoją czapę!” 🤣🔥 i ten mecz i tak skończył się 3:2, ale to już była inna historia – historia o tym, że nie flagę liczy się wygrać, tylko że jak ci się banda lata, to nie ma znaczenia, kto ją dzierży! a Antosik po meczu mówił że to był najlepszy mecz, bo przegrał tylko czapę, a resztę wygrał! no i jeszcze do dzisiaj mówi, że jakby miał drugą flagę, toby ją na tego interowca powiesił – ale tym razem bez petardy, bo te już mu się skończyły! 😂💪
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.