Gdy biało-zielone serca biły mocniej: od Legii po Stadion, nasze chwile, które zostaną w pamięci na zawsze!
pamiętam ten wieczór na torwarze, lipiec 2013, my tuż przy narożniku, na trybunie która się uginała pod nami jakby miała zaraz pęknąć, a powietrze drgało od „bialo-zielonych” ryków. był wrzesień, ale się zgrzaliśmy jakby lipiec wrócił wiosną, bo ci co pamiętają tamten mecz z kujawiakiem to wiedzą — jeszcze przed dopingiem, jeszcze przed wejściem boiskowych, a my już byliśmy w transie. weszli na 3:0 i myślałeś, że już koniec, ale nie — dali im wyjść, rzucili się jak oszalali, robił się z tego ten film gdzie naprzód się cofa, a ty serce masz w gardle bo wiesz: albo teraz albo nigdy.
i weszli 3:3. i wtedy… boże, ten moment kiedy zapasowy gracz wbija w dziewiątce — fala uderzyła o płot, cała trybuna podniosła się razem, dosłownie się podniosła, a ja mam w ustach smak piwa i łez zmieszanych z dymem z racek. i nie, nie liczyliśmy punktów tamtej nocy, liczyliśmy tylko że jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz.
no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
fajnie pamiętam tamto pudło we wrześniu 2013 przy Konwisarzu, akurat stałem koło starego Dębca i miałem łzy w oczach jak ten chłopak wpuścił ten strzał zza pola karnego a potem widziałem twarze wszystkich naokoło mnie — byliśmy jednym organizmem, dosłownie jeden głos, jeden śpiew, jedna fala podziwu! 🔥⚡
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ależ ten cholerny kwiecień 2014 na stadionie narodowym — pamiętasz? nie na Torwarze, nie w jakiejś klimatyzowanej hali, ale tam, pod tym niespodziewanym niebem warszawskim, wiosną, która akurat chlapnęła deszczem, a my i tak padliśmy na kolana, że aż trybuny zadygotały. a młodzi teraz nie wiedzą, jak to wyglądało: przedpłaty za bilety leciały w ciągu godziny, wszyscy w białych koszulkach z tym cholernym zielonym krzyżykiem na piersi, i nie było w tym ani grama gadżetowości — po prostu czysta wiara, że nasze barwy przetrwają.
i wtedy ten mecz z lubinem, chyba finał pucharu polski, bo mi się już wszystko trochę miesza — siedziałem tuż przy wyjściu awaryjnym, no bo tam akurat wiał wiatr i pachniało akurat jakimś kiełbaskowym smrodem, ale nie liczyłem się wcale. liczyłem tylko, że kiedy ten facet wpadnie do szesnastki, to trafi jakby mu pistolet podali. i trafił. trafił, a ja zanim to zobaczyłem, już czułem to kopnięcie w sercu, bo wiedziałem, że lada moment będzie wrzawa, a wtedy… i te race poleciały w dół jakby ktoś rozkręcił fajerwerki na imprezie u boga.
cała trybuna zrobiła się biała od dymu, a myśmy się czołgali po schodach, żeby tylko być bliżej ogrodzenia, żeby poczuć ten żar bijący od płomieni. nie mieliśmy punktów w głowie, mieliśmy tylko ten huk w uszach i wiedzę, że jednak coś da się zrobić — że ten klub to nie tylko nazwa, to coś, co bije razem z tobą.
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A no wiesz, to akurat porównanie to nie takie proste, bo tamta ekipa to był po prostu taki zespół, co się rodził na naszych oczach i walił w drzwi z wielkimi pomysłami. Pamiętam, jak stary Bońkowski jeszcze się grzebał w kadrze, ale facet umiał skleić drużynę, która albo wygrywała spektakularnie, albo walczyła do upadłego — i jedno, i drugie brzmiało jak pieprzony fajerwerk. Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli w duszy jakieś dodatkowe ogniwo, którego nikt inny nie miał: ciągnięcie kibiców za sobą, szaleństwo na trybunach, te wszystkie sety, które rozgrywały się tak, że człowiek się pytał, czy to joga czy siatkówka.
A teraz? No cóż, jest stabilniej, to fakt. Nie ma już tych nagłych zwrotów akcji w stylu "zero punktów, zero punktów, a tu nagle 3:3", bo dzisiaj nikt nie pozwoliłby sobie na taki luz. Ale właśnie — gdzie to szaleństwo? Te emocje, które tak naprawdę pchają cię w nocy z powrotem na trybunę, bo chcesz się znów znaleźć w tym samym ogniu? Tamto 50 punktów to była jedna wielka przypadkowa układanka, gdzie każdy mecz mógł być albo hitem, albo totalnym dnem, a my jakoś się w tym kochałem. Dzisiaj mamy punktualność, systematyczność, zawodników, którzy nie wpadają w histerię, tylko spokojnie realizują plan — i to też jest fajne, nie powiem, ale czasem człowiek tęskni za tym momentem, kiedy taki jeden gracz wpada do szóstki i nagle wszystko wali się na głowę, a ty stajesz z otwartą gębą, bo nie wierzyłeś własnym oczom.
Nie chodzi o to, że ta drużyna była lepsza albo gorsza — po prostu tamta miała coś, czego trudno odtworzyć: serce bije raz mocniej, raz słabiej, a my albo nadążamy za tym rytmem, albo zostajemy z tyłu z wrażeniem, że coś nam uciekło. I może właśnie dlatego tamte sezony zostają w pamięci nie z powodu tabeli, tylko dlatego, że widzieliśmy w nich siebie samych — ze wszystkimi błędami, szaleństwem i tą cholerną nadzieją, że ten cholerny zielony krzyżyk jednak da radę.
A pamiętacie ten jeden mecz w Trójmieście, gdzie byliśmy na wyjeździe i okazało się, że nasze białe koszulki zielonymi śladami są… od deszczu, od potu, od łez, od piwa — ale nikt nie zwracał uwagi, bo mieliśmy na twarzach te same maski szczęścia, co podczas tych największych hitów? No, bo akurat tamtego popołudnia trafił się taki trener, co puścił rezerwowych, a oni zagrali jak szaleni, a my — siedzieliśmy w wagoniku kibica, który toczył się przez miasto jakby nie było jutra. I wiesz co? Przegraliśmy 1:3, ale nikt z nas nie miał wtedy ochoty na domowe drzemki. Za to mieliśmy ochotę na kolejną rundę wódek i opowieści, które miały się ciągnąć do świtu.
Tamta ekipa? No tak, mieli charyzmę i ten luz, który trudno wymusić nawet najlepszym planom taktycznym. Ale powiedzcie mi — skąd niby wzięliby się ci wszyscy bohaterowie dzisiejszych czasów, gdyby nie tamto szaleństwo? Przecież ktoś musiał najpierw wpaść w siódmą setę przy stanie 20:20, poderwać całą trybunę i udowodnić, że siatkówka to nie tylko liczby na tablicy, tylko walka na śmierć i życie. Tamten sezon 2013-14 to był dowód, że czasem system się zapada, a treningi idą w diabły — a jednak nagle ktoś trafił serią zza pola i wyleciał w powietrze jakby miał skrzydła. I co? Zrobiliśmy punktację niedoścignioną, bo nikt od tamtej pory nie umiał powtórzyć tego uczucia, że właśnie twoja dłoń uniesiona w górę może zatrzymać cały świat.
A teraz mamy te świetne transfery, te zawodniczki, które grają jak zegarki, i naprawdę fajnie się to ogląda. Ale z drugiej strony — kiedy ostatnio widzieliście kibiców rozbijających trybunę na kawałki, bo jakiś zawodnik wpadł w siódmą setę przy stanie 24:24 i po prostu… posłuchał serca zamiast schematu? No właśnie. Tamten zespół grał tak, jakby mieli w sobie pudełko zapałek z napisem „ostatnia szansa” — a my jako kibice mieliśmy to pudełko podpalić. I to działa do dzisiaj, tylko teraz trzeba nosić ze sobą zapałki w kieszeni, bo nikt ich nie wsadza nam za pazuchę sam z siebie. 🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej kurwa, ale mi się przypomniał ten jeden raz kiedy banda oszalałych kibiców "Projektu" postanowiła przeprowadzić interwencję boiskową… w sensie — nie chodziło o bójkę z sędzią, tylko o to, że walnął się jeden mecz na wyjeździe i myśmy pomyśleli, że skoro nie możemy dopingować, to przynajmniej możemy dopingować… no sami wiesz, co. 🤣🍿
Był październik 2013, jadziemy do Gliwic w kilkunastoosobowej delegacji, a że bilety były drogie jak cholera, to połowa z nas wsiadła do autokaru bez biletu, licząc na to, że panie konduktor widząc tłum białych koszulek zielonymi pazurami, dadzą nam zrobić 50% zniżkę za duży doping. No i stało się — przy kasie odpaliliśmy najgłośniejszy chórek w historii motorniczego PKS-u, aż facet zatrzymał autobus i krzyknął: "Przestańcie, bo nie wpuszczę was do hali!". A my, że "no kurde, dlatego płacimy, żebyście mogli nas oglądać!".
Wpadliśmy na trybuny z półgodzinnym poślizgiem, bo musieliśmy jeszcze kupić piwo w automacie w budce koło stadionu, ale jakoś się udało. I tamtego wieczoru nasz libero wpadł w taki trans, że zaczął odbijać piłki tak, jakby to były słoiki po piwie lecące z trybuny — no serio, facet latał w powietrzu jak pijany baletnica, a myśmy wrzeszczeli "ODBICIA BARDZIEJ WLECIEĆ W SIEĆ!!!" jakby mieliśmy nogi w gipsie i trzymaliśmy się nawzajem za ramiona, żeby nie oberwać przez sąsiada z fajerwerkiem.
Dobijaliśmy do 3:2, 14:15, 20:21 i myśleliśmy, że to koniec… ale nie! Akurat do szóstki wbiegł jakiś rezerwowy, ten blondyn z krzywym nosem co później dostał kontrakt w Turcji, i walnął tak, że siatka podniosła się na pół metra. Cała trybuna zrobiła "ooooooh" jakbyśmy oglądali fajerwerki z rozwalonym ogniem, a ja z emocji upuściłem browara prosto na kolana faceta przed sobą. Ten się obrócił, spojrzał na mnie, a ja na niego, i obaj padliśmy na siebie ze śmiechu, bo mieliśmy browary na gaciach i papierosy w zębach, i nikt nie wiedział, kto kogo wygrzebie z tej sytuacji.
No i w rezultacie ten mecz przegraliśmy 1:3, ale doszliśmy do wniosku, że to nie przegrana, tylko… no cóż, nazwijmy to "kulturalnym wydarzeniem sportowo-piwnym". Do dzisiaj jak się spotykamy, to ten facet, co oberwał piwem, ciągle się śmieje i mówi: "Ej, zapraszam na następne — tylko tym razem weźcie kubki, nie butelki".
Więc tak — tamte sezony to nie były punkty, to była chemia, alkohol i przekonanie, że jak rzucimy się w szaleństwo z całych sił, to świat naprawdę się zatrzyma na chwilę. I może dlatego nikt nigdy nie pobije tych 50 punktów — bo nie da się powtórzyć ani alkoholu z tamtych czasów, ani tego uczucia, że właśnie tracimy przytomność z emocji, a trenujący nas fachowiec patrzy z boksu i myśli: "Co to za szaleńcy…". 😂🔥
Memy to też analiza.