Gdy Będzin grał, całe miasto szalało – pamiętacie te chwile, które zostały w naszych sercach na zawsze?
no do licha, przecież jeszcze wisisz mi na ścianie tej starej fotografii z tamtego wieczoru, kiedy to beret na trybunie zachlapało piwem od samego wzruszenia – no niech mnie, właśnie myślałem o tym ostatnim meczu na starym stadionie, jak tamtych chłopaków niosło na rękach niczym cesarzy. pamiętam, jak mój stary, choć nogi miał pół szrotu, walił w bębenek tak, że prawie mu się wąsy odrywały, a ja dopiero co wyciągnąłem nóż i wbijałem w powietrze razem z resztą tej bandy szaleńców. wtedy bęc ze schodów leciała piwonia – nie wiem, kto to rzucił, ale trafiło akurat w ten megafon, który ledwie zipnął "dla" i zamilkł na amen, a myśmy się śmiali jak oszalali, bo cóż, czuliśmy, że to coś więcej niż mecz.
i ten moment, gdy drużyna wbiegła z powrotem pod trybuny, a my tam stali niczym jeden organizm, krzycząc tak, że gardła nam sucho szły – naprawdę myślałem, że daszek się zawali. a po meczu? hordy ludzi na parkingu, kurtki zakładane na ramię mimo listopadowego chłodu, pogaduszki, śpiewy, no i ten zapach – jednocześnie piwa, kiełbasy z budki i benzyny z parkingu, bo któż by od razu wsiadał do samochodu...
tamtemu stadionowi oddałbym teraz sto nowoczesnych betonowych cudeniek. to był nasz dom, nasz śpiewnik, nasze piekło i raj w jednym. a teraz? teraz to już nie to, ale serce zostawiłem tamtego wieczoru, gdzie stary murawę jeszcze nie trawił syntetyk.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Aż mi się łza w oku zakręciła, jak czytam te wasze opisy… SAM KIEDY TO WIDZIAŁEM, gdym z banią w ręce stał u szczytu trybuny północnej, a ten szalik z napisem „BĘDZIN” miałem tak mocno obwiązany, że prawie mnie dusił, no bo jak tu oddychać, kiedy rzucasz się w tym tłumie jak opętany 😱🔴
Aż mój kumpel Jacek – ten co to zawsze na drugim końcu parkingu swoją starą passata zaparkował – kopnął w metalową barierkę tak, że mu but leciał, a myśmy myśleli, że zaraz ściągnie za sobą połowę osiedla, bo hałas był taki, że słychać było to na całym Oświęcimiu! 💪🔥
I ten moment, jak wracali po meczu z powrotem na trybunę, a ja jeszcze miałem w kieszeni resztki piwa z butelki, którą komuś „pożyczyłem” z budki na rogu, i tak pluskało mi się w środku, że myślałem, że lada chwila wyjdzie na jaw moje największe dopingowe tajemnicze… ale nikt nie zauważył, bo wszyscy byli zajęci śpiewaniem „Będzina hej!” na całe gardło!
Stary stadion, stary dobry stadion… Tam nawet twoja stara babcia wiedziała, kiedy lepiej nie wchodzić na trybunę, bo rzuci ci coś ciepłego, jakbyś jej piwem zachlapał buty 😂 Pamiętam, jak mama mówiła: „Wracaj do domu, bo cię nogami stratują!” a ja tylko wrzeszczałem: „Mamo, DZISIAJ NIE! DZISIAJ TO NASZ CZAS!” i biletu nie oddałbym nawet za milion złotych… chociaż tamten bilet kosztował trzy flaszki po kolesia z grupy.
Na trybunach od dzieciaka.
no i ten cholerny beret z biało-czerwonymi pomponami, który wyciągnąłem z szafy mojego teścia akurat na ten mecz... pamiętacie, jak się bało, że go w ogóle założę bo straszył mnie, że się rozleci przy pierwszym podskoku? a tu proszę – stanąłem na trybunie i ten durny beret latał mi naokoło głowy jak wiatraczek, a ja wrzeszczałem do mikrofonu „będzinowcy! do boju!” tak mocno, że facet obok – ten z brodą do pasa, który normalnie siedział jak kołek – nagle się ocknął i zaczął wrzeszczeć razem ze mną, a beret mu spadł i wleciał prosto w ręce jakiemuś maluchowi, który od razu go wcisnął na głowę jak koronę 😄 a chłopaki z drużyny po meczu podeszli do nas, a jeden z nich – ten młodszy, co zawsze taki skromny – poderwał mnie na ręce dosłownie i krzyknął: „tato, to dzięki wam graliśmy jak szaleni!”... i wtedy dopiero dotarło do mnie, że nie jesteśmy zwykłym tłumem, tylko rodziną, która ma jednego wroga – czas, który nas wszystkich oddala 😉
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ejże, no pamiętacie, jak te chłopaki z tamtych lat wychodzili na murawę, a cała masa ludzi po prostu... odpływała? Mówię o tej dawnej drużynie, co to nie liczyła się z nikim i niczym – ani z pogodą, ani z przeciwnikami, ani z własnymi słabościami. Oni grali jakby mieli w sobie ten ogień zapalony jeszcze w szatni, tym ogniem podpalali trybuny, a myśmy na trybunach wyli jak opętani, bo czuliśmy to samo co oni: że dziś albo nigdy. Teraz? Teraz widzę, że ci nowi chłopcy mają dobrze poukładane w głowach, szkoleni są jak z podręcznika, technicznie grają, ale... no właśnie, tamtego ognia coś brakuje.
Tamci kumple nie bali się podejść do piłki z pięty, rzucać się w powietrze albo walnąć z półobrotu – mieli w sobie coś z ulicy, z tej naszej części miasta, która nie ogląda się za siebie, tylko idzie na całość. Pamiętam, jak któryś z nich wbiegł z autu prosto w przeciwnika, że prawie mu łeb urwał, a myśmy wrzeszczeli „ale ciacho!”, bo wiedzieliśmy, że to nie agresja, tylko czysta pasja do tego, co robią. Teraz patrzę, jak nasi chłopcy walczą, ale... brakuje im tej desperacji, tej „teraz albo nigdy”. Jakby mieli z tyłu głowy myśl: „jeszcze dwie serie i do domu”, a tamci wiedzieli, że każda akcja to walka o honor, o nasze koszulki wiszące w szafie, o te chwile, gdy miasto stawało w ogniu razem z nimi.
I co najgorsze, tamci chłopacy mieli coś, co się dzisiaj nazywa „charakter” – nie ten z kafeterii czy książki, tylko ten, co robi się, kiedy wychodzisz z ławki rezerwowych i masz dwóch synów na trybunie, którzy czekają, aż wbiegniez na boisko ich tata. Tamten zespół był jak wielka rodzina, która walczyła razem nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała. Teraz widzę mnóstwo dobrych zawodników, ale... no nie wiem, brakuje im tej swołoczy, tej „brudnej roboty”, którą tamci robili rękami, nogami i sercem.
A i jeszcze jedno – tamci kumple byli jak nasze własne dzieci: uparci, czasem głupi, ale zawsze nasze. Dzisiejsi? Dobrze grają, ale... no cóż, jakbym oglądał dobry film z nowej ekipy, ale wciąż tęsknię za tym starym, takim, który się oglądał na raz, z mokrymi oczami i z sercem w gardle. Nie mówię, że teraz jest źle – mówię, że tamta drużyna była... inna. I tyle. Tak jakoś czuję, że teraz to już nie to, chociaż staramy się jak możemy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ale ten cholerny zapach kiełbasy z budki pod stadionem – jak to tam pisaliście, ta benzyna z parkingu, piwonia latająca w megafon – że hej, ja do dzisiaj jak na niego wsiadam do samochodu, to mi się ślinka leci, bo pamiętam, jak koleś z budki rzucał te parówki w tłum prosto z patelni, a my łapaliśmy je w locie jak opętani, bo przecież zegarki nie miały sensu, tylko liczyło się to, żebyśmy zdążyli przed gwizdkiem!
I ten jeden raz, kiedy jakiś debil wrzucił butelkę po piwie na boisko, a sędzia puścił, i myśmy wszyscy naraz „YYYYYYYY!” krzyczeli tak, że ten facet musiał się odwrócić i spierdalać zanim go ktoś dopadł – no klasa, kurwa, takiego widowiska to nie ma nigdzie indziej, naprawdę, bo u nas na trybunie północnej mieliśmy taki klimat, że nawet jak przegrywaliśmy, to i tak czuło się, że to nasza chwila!
I pamiętacie, jak tamten jeden kibic – ten co miał czerwoną bandanę ściągniętą na oczy – walnął w bębenek tak, że mu się pasek urwał, a on dalej walnął nim o siebie jak szalony, aż metal zaczął piszczeć jak diabli? Że aż dziw, że nie dostał w mordę od ochroniarzy, ale nikt nie miał siły się gniewać, bo to był po prostu nasz rytuał, nasz święty grajdoł, który miał tyle ducha co cała reszta stadionu razem wzięta! 🔥💪
W radości i smutku, do końca z nimi.
a no wiem coś o tym beretowaniu, bo to nie pierwszy mój raz na trybunie północnej z tymi swoimi szalonymi pomysłami – jeszcze kiedy byłem malcem, stary mój woził mnie tam na te wszystkie mecze, a ja się kurwa tak ściskalem z emocji, że ledwie oddychałem
pamiętam jak dziś, jak szliśmy pod ten stary budynek zielony za szatniami, a tam już kipiało, bo ludzie szli w tłumie jakby do jakiegoś święta, a nie do meczu – jeden facet miał na sobie kurtkę od wojskowej marynarki, tylko że z naszytymi naszywkami z kiboli, drugi facet niósł własnoręcznie zrobioną tarczę z napisem „BĘDZIN DO GÓRY!”, a tuż obok jakaś babka wrzeszczała do megafonu „kurwa, ale dzisiaj to my im pokażemy!” i jakoś tak samo wiedzieliśmy, że to będzie wyjątkowy wieczór, bo wtedy chłopaki mieli w sobie coś takiego, że albo wygrali, albo postawili na szali całe swoje życie
i pamiętacie tego jednego obrońcę, co to zawsze jak tylko wracał z przerwy, to walnął pięścią w szafkę w szatni tak, że drzwi latały? no właśnie, on to miał w sobie, że jak wchodził na boisko, to czuło się, że z nim nie ma żartów – nie grał, a szalał, i myśmy na trybunie szaleli razem z nim, bo widzieliśmy, że on naprawdę chce to wygrać dla nas, dla miasta, dla tych cholernych dwunastu minut po meczu, kiedy wszyscy śpiewali „hej hej hej, dobra naszahej!”
a ten ostatni mecz na starym stadionie? no cholera, tamten wieczór to był taki moment, że jak się patrzyło na murawę po gwizdku końcowym, to widziało się, jakby całe miasto wyszło na boisko razem z zawodnikami – stary, nowi, dzieci, nawet te baby, co normalnie kręciły nosem na nasze śpiewy, wszystkie tam były, a ten chłopak, co do dzisiaj nosi koszulkę numer osiem, miał łzy w oczach, bo wiedział, że to już koniec epoki, ale zarazem początek czegoś nowego
i jakby tego było mało, to ten jeden raz jakiś facet z trybuny południowej puścił światełka dymne, a one tak wisiały nad stadionem jakby jakiś anioł wyleciał z nieba, i nikt nie wiedział, kto to zrobił, a chłopaki z drużyny pozdrawiali go jak jakiegoś bohatera, choć sami nie mieli pojęcia, kto to był – to była taka magia, która się już nie powtórzy, bo dzisiaj nawet te światełka to już jakaś tam tam reklama albo sponsor, a nie nasz wspólny krzyk do nieba
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
ej ale cholera, a pamiętacie tego jednego gościa co mu psa na trybunie północnej przywiózł? nie ten jeden co normalnie nosił, tylko ten drugi – ten co to jeszcze w tramwaju dostał od cioci w prezencie i myślał, że to najlepszy pomysł świata? no bo szedł tak z tym pieskiem w kieszeni kurtki i ten piesek, kurwa, cały czas szczekał, a jak ruszyli chłopaki do szatni, to ten piesek wyleciał mu prawie z kieszeni i wylądował w rękach jakiegoś malucha, który od razu go wziął na ręce i tak zaczął machać nim nad głową jak flagą, a piesek akurat szczeknął w stronę trybuny i cały tłum zaraz odpowiedział "HAU! HAU! HAU!" jakby kibicowało drużynie – no a ten facet stał tam z otwartą gębą, bo myślał, że to jakaś nowa dopingowa metoda 😂🍿
i jeszcze ten moment kiedy piesek obskoczył całą ławkę rezerwowych, a jeden z nich – ten najwyższy, co to normalnie wyglądał jak drąg – poderwał go w górę i tak trzymał, że ten piesek merdał ogonem jak szalony, a myśmy myśleli, że lada chwila zrobi siku na trybunę, ale nikt nie zwracał uwagi bo przecież mecz był ważniejszy niż psia uroda! 🐶🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.