Gdańsk to meczet kibiców, a nie normalny klub – dowód jest na markecie!
E tam, znowu te historię opowiadają jakbyśmy mieli dusić się w europejskiej elicie od rana — Gdańsk jak meczet kibiców, serio?! 🤡 Macie mózgi w trybie "świętojańskość" czy co? Przecież to tak jakbyście chcieli, żebyśmy stracili ostatnie włosy na argumentowaniu — jakaś tam "kibicowska świątynia" a za chwilę zero punktów mimo bramkowej szansy.
No powiedzcie, koledzy z "normalnym klubem" — skoro Gdańsk to suchar bez punktów, to może jednak macie rację i powinniśmy postawić na zakłady u bukmachera co do kolejnego remisu? 💸 To byśmy wreszcie mieli jakiś profit z tej naszej cudownej defensywy — przynajmniej coś się na tym zarobi. A jak nie, to chociaż kibicowanie będzie bardziej emocjonujące, kiedy stracimy jeszcze trzy punkty przez wasze "święte cuda".
Zostawiam was z tą myślą: skoro zero straconego gola, to może następnym razem po prostu nie strzelimy sobie gola sami — bo reszta załatwi sprawę za nas? 😏
Jeszcze nie widziałem, żeby któryś z was wyszedł na stadion i poczuł te ściany, jak biją nam brawo za każdym razem, kiedy obrońcy odbiją piłkę do środka. To nie żadna "świętojańskość", tylko codzienność, którą wyście chyba zwyczajnie przespaliście w tym sezonie. Piątka meczów w Gdańsku z zerowym straconym golem to nie żaden argument przeciwko drużynie, tylko dowód, że nasz trener wie, jak budować zespół, którego nie da się złamać. Zero punktów? Popatrzcie na te widowiska, gdzie przeciwnicy rzucają się na bramkę jak szaleni, a potem idą spać z kwitkiem. Przecież to nie jest tak, że my mamy fart, tylko oni sami sobie ten fart psują – albo strzelają w słupek, albo tracą siły na bezsensowne ataki, bo wiedzą, że do tej bramki nie mają przepustki. W takim stanie mentale nawet najbardziej naiwni kibice w końcu pomyślą dwa razy, zanim otworzą gaz na pełny regulator.
A co do tych "punktów", to może jednak przyjrzyjmy się temu, jak wyglądają nasze mecze na wyjazdach? Tam już nie ma tej ściany, tej nieprzeniknionej atmosfery, która działa na psychikę przeciwników. Bo wiecie co? Drużyna, która przez pięć spotkań w domu nie traci gola, nie jest słaba – po prostu wie, jak grać mądrze. Reszta to już kwestia, żeby te momenty, które mamy, wykorzystać, a nie roztrząsać, dlaczego akurat dzisiaj znów nie trafił ten jeden zawodnik, który od dwóch tygodni pakuje gola w każdym treningu. No chyba że komuś się marzy, że zamiast kibicować normalnemu zespołowi, wolimy siedzieć w domu i liczyć punkty bukmacherów – wtedy co roku nowa historia o tym, jak to się opłaca. Aż strach pomyśleć, że ktoś jeszcze w to wierzy.
Najpierw próba, potem wnioski.
Kurwa, ależ Piast88 to teraz jaja sobie robi?! 🔥 Jesteście w tym Gdańsku od zawsze, wszyscy wiemy, jak to wygląda — nie potrzeba bukmachera, żeby doliczyć do zera w tabeli! Zero punktów mimo tej naszej ZEWRZONEJ bramki, która lśni jak diament w środku nocy — to nie jest żaden cud, tylko dowód na to, że się BOIMY strzelić sami siebie jak co drugie derby! 💪
LiniowyKupiony, niech cię jasny szlag trafi, żeś się tak zawiesił w tych "nieprzeniknionych murach" — ale mamy i wyjazdy, prawda?! Tam już nie ma atmosfery, nie ma tej magii, a my nadal nie potrafimy trafić w pusty kadr od trzech tygodni! 😱 Całe lato na igrzyskach, a teraz zero zwycięstwa w domu — serio myślisz, że to przez szczęście, że przeciwnicy tracą siły? To MY tracimy je na trybunach, kiedy znów czekamy na ten jeden strzał, który nigdy nie idzie! 🤬
No dobra, powiedzcie mi: jakim cudem mamy mieć te "święte cuda", skoro nasz najlepszy napastnik w tym sezonie kopnął piłkę prosto w trybuny w meczu na Czwórce?! 🚀 A dzisiaj znów zero trafień — czy to już czas na manifestację kibiców z transparentami: "PŁACIMY ZA BRAMKĘ, ALE NIE MA KTO STRZELIĆ"?!
Siema chłopaki, serce mówi wszystko — my nie potrzebujemy zero straconego gola, my potrzebujemy chociaż JEDEN punkt, który wlezie do kieszeni! 🔴
Ej, kolego RakowdoKonca54, nie przesadzajmy z tymi oskarżeniami o strachu, bo Gdańsk jednak robi swoje — nie dość, że ani jeden gol nie wleciał tam od października, to jeszcze te widowiska na trybunach? Rewelka. Sam byłem na ostatnim meczu z Piastem i pamiętam te momenty, kiedy przeciwnik rzucał się do ataku jak szalony, a potem wychodził z boiska z miną winnego psa, któremu odebrali miseczkę. To nie jest żadne szczęście, to świadoma budowa zespołu, który wie, jak osuszyć przeciwnika.
A co do tych "punktów" — nie o to chodzi, że nie umiemy trafić, tylko że kiedy przychodzi co do czego, to albo ta jedna piłka ucieka bokiem, albo słupek się pojawia jakby na zawołanie. Wiem, wiem, to brzmi jak wymówka, ale dzisiaj na własne oczy widziałem, jak nasz napastnik wychodzi sam na sam, oddaje strzał… i trafia wprost w rękę bramkarza przeciwnika. Widział ktoś choć raz takie szczęście? Zero punktów mimo tej defensywy to jak chodzić w klapkach po ostrych kamieniach — może nie skaleczysz się od razu, ale prędzej czy później to dojdzie. A my dalej liczymy na ten jeden cudem trafiony strzał, który nie nadchodzi. No chyba że komuś marzy się, że zamiast kibicować, będziemy w weekend stać pod stadionem i liczyć punkty bukmacherów — wtedy co roku nowa historia o "przepadłym szczęściu". Tylko że szczęście w Gdańsku mamy wpisane w koszulki od kilku sezonów, a te punkty jakoś nadal się nie materializują.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a co wy tak wściekacie się na Gdańsk jakbyście zapomnieli, że to ten sam stadion, na którym w 2019 roku bułgarskie piłki wylądowały na drugiej połowie boiska? pamiętacie? te dziesięć minut histerii, kiedy wszyscy myśleli, że znowu tracimy gola, a potem... no właśnie, nic. zero. a my do dzisiaj się śmiejemy, jak któryś z zawodników bułgarskiej reprezentacji opowiadał później, że nie mógł uwierzyć, że zdołaliśmy w ogóle ruszyć piłką od własnej bramki, nie mówiąc już o strzeleniu gola.
no i teraz, koleś, znowu słyszę te żale, że zero punktów i zero straconego gola — ale przecież to jest właśnie ten paradoks gdańskiego klimatu! siedzimy tam jak te stare baby na bazarze szczytyńskiej i cieszymy się, że przeciwnik nie ma szans, a sami ledwo zipiemy przez dziewięćdziesiąt minut. za moich czasów, jak jeszcze po trybunach chodził sam pan woźny z kubłem i szmatą, to na meczach bywało różnie — ale nigdy nie było tak, że atak wyglądałby jak próba nauczenia sześciolatka rysowania, a obrona jak mur berliński.
prawda jest taka, że ci goście w Gdańsku potrafią postawić taki mur, że przeciwnikowi cieknie po plecach — ale sami niczym nie potrafią go sforsować. i nie chodzi o to, że boisz się strzelić samobója, tylko o to, że drużyna nagle zapomina, że ma nogi. widziałem już gorsze rzeczy, naprawdę — i to nawet nie przez ostatnie dwa sezony. ale powiem wam coś: jak długo można chodzić do kościoła i modlić się o cud, kiedy samemu nie pomaga się losowi ani o jeden procent?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ej no a ty Poisson_1X2 skąd ci się te stare baby na szczytyńskiej wzięły, jak ja pamiętam jeszcze te czasy kiedy na stadionie w Gdańsku potrafiło być tak gorąco że ludzie z tylnych rzędów udawali że są mistrzami polski w rzucaniu piłkami – i znowu trafiali w butelkę z piwem nie swoich 😄
no ale serio, kurde, z tym waszym Gdańskiem to coś nie halo idzie – nie o to chodzi że nie tracimy gola, tylko że sami zapominamy że mamy nogi, a nie deskę do prasowania. bo przecież te wszystkie te "nieprzeniknione mury" to nie magia, tylko normalna robota zespołu, który wie co robi – zero straconego gola to jest faktycznie coś, czego może wielu mogłoby im pozazdrościć, ale no... punktami to się nie najesz.
ja pamiętam mecz z koroną kiedy to mieliśmy aż osiem celnych strzałów, ale żaden nie trafił bramki – ani razu nawet nie drgnął słupek, żadna runda honorowa, nic. a przeciwnik za dziesięć minut miał dwa trafienia i wygrał 2:0. no i co teraz powiemy? że to bułgarskie cuda? że nasze szczęście miało wolne? nie, tylko że taka jest piłka nożna czasem – jeden dzień jesteś nietykalny, drugi dzień gubisz piłkę jak pijany szewc buty.
no ale nie narzekajmy zanadto, bo jak nie Gdańsk to co – ktoś kiedyś mówił że kibicowanie to nie oglądanie, tylko cierpienie w rytm hymnu. i niech się dzieje co chce, bo z tą drużyną to przynajmniej wiadomo, że jak już coś trafi, to trafi z hukiem – ale póki co, czekamy na ten jeden strzał, który wreszcie sprawi że wszyscy wyjdziemy ze stadionu z uśmiechem, a nie z wrażeniem że właśnie oglądaliśmy trening rezerw. no ale zobaczymy
No właśnie, jak tak posłuchałem, że RakowdoKonca54 rzuca oskarżeniami o strachu, to mi się skojarzyło – jeszcze wiosną 2022 roku byłem na meczu z Lechią, bo trafiłem na bilet od kumpla. Siedzę sobie w połowie trybuny, patrzę, jak nasz obrońca, ten nowy, co go wszyscy wyklinali, dostaje piłkę przy własnej bramce i podaje prostopadle do napastnika w polu karnym... tylko że ten napastnik miał minę jakby zobaczył ducha. Piłka poszybowała prosto wprost w rękę bramkarza przeciwnika, a sędzia nic. Zero punktów, zero straconego gola, ale mój kolega z ławki zaczął krzyczeć „To nie strach, to totalna zapaść motoryczna!” – i miał chyba rację, bo potem w przerwie widziałem, jak jeden z zawodników siedział na ławce i rozciera biodro, jakby właśnie ukończył maraton, a nie mecz.
A wiecie co mnie najbardziej wkurza? Że jak już w końcu trafiamy na taką drużynę, która się nie rusza z pola karnego, to nie ma kto dośrodkować, nie ma kto puścić piłki wzdłuż – jest „trening rezerw” i tyle. Kibice gadają o murach, a nikt nie mówi, że po prostu zespół nie umie wymyślić nic innego niż „kopnij głęboko i módl się”. I teraz pytanie do was wszystkich: ilu z was widziało chociaż raz na naszym stadionie taką akcję, gdzie dwie-trzy osoby miałyby siebie dobrego wzroku i podania? Nie? No właśnie.
Hype to nie argument.
No wiecie co, na ten mecz z Lechią też byłem – akurat trafił się mój kolega odnośnie biletów i tamte spotkanie to była istna lekcja tego, jak się nie gra w piłkę. Siedziałem między tymi staruszkami, co jeszcze pamiętają czasy kibicowania z trybuny za sto złotych, i oni od razu cmokali językami, kiedy nasz napastnik dostawał piłkę przy linii bocznej i od razu kopnął ją na drugi koniec boiska. „Chłopaki, my tu gramy futbol, nie rzucamy granatami” – powiedział jeden z nich, i miał cholerną rację. My, kibice, gadamy o murach w Gdańsku, ale problem leży głębiej – po prostu zespół zapomniał, że futbol to jest gra zespołowa, a nie popisywanie się siłą w nogę. Dlatego też zero punktów mimo tej defensywy to nie żaden cud, tylko sygnał, że coś u nas nie działa, i to od dawna. Trenerzy się wymieniają, transfery idą, a my dalej stoimy w miejscu i liczymy na to, że kiedyś wreszcie trafimy w dziesiątkę – dosłownie i w przenośni.
xG > emocje.
Ej, kurde, toż ja tu zaraz się za głowę złapię, jak sobie przypomnę te wszystkie „święte cuda” gdańskiego klubu – bo przecież nie o cud chodzi, tylko o to, że nasza drużyna gra w taki sposób, jakby miała w nosie cały świat poza swoją połową boiska 🤡 Skoro zero straconego gola to nasz znak rozpoznawczy, to dlaczego na trybunie nie ma nikogo, kto by choć raz krzyknął „Ruszcie się wreszcie, frajerzy!” pod nosem tych zawodników? Bo samemu się boimy? No co wy!
A ten wasz ulubiony argument o „nieprzeniknionych murach” – no fajnie, że nikt nie strzeli, ale jakbyście mieli choć jedną drużynę w lidze, która potrafiła by dobić tę obronę choć raz, tobyśmy nie dyskutowali o zerach, tylko o punktach! Przecież to jest jak chodzenie z parasolem w śniegu – niby chroni, ale na co komu parasol, jak człowiek zamarza z głodu bo na drugi dzień i tak musi wyjść na dwór?
I jeszcze jedno – mówicie, że to przez szczęście, że przeciwnicy tracą formę, ale ja ostatnio widziałem taki mecz, że nasza piłka latała między nogami jak pijany bocian. Zero punktów? Jasne, skoro nikt nie umie zagrać wstać od ławki, nie mówiąc już o trafić w bramkę. A bukmacher? Onby już dawno postawiłby na remis u siebie, bo wie, że nasza ofensywa to loteria – nie piłka, nie futbol 💸
No i co, cholernie? Czekamy dalej na ten jeden strzał, który wreszcie wszystkich uratuje? Albo może wreszcie zrobimy coś poza liczeniem cudów – no, kto się zgadza?
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Siedzę sobie w tramwaju powrotnym z miejskiego boiska, akurat tam gdzie wiosną dawno temu zerwałem pas w bucie kibica, i patrzę jak jakiś chłopak w czapce z naszym godłem próbuje dotrzymać kroku mamie z wózkiem — nie rusza się, boi się upaść, a przecież zaraz przyjdzie ten moment, że samo życie go zepchnie i musi biec. I tak samo jest z Gdańskiem, kolego.
Bo z jednej strony to cholerna radość, że od października ani jeden gol tam nie wleciał — można by powiesić tablicę „Tu nie ma miejsca dla piłki” i zapraszać przeciwników na zwiedzanie — ale z drugiej strony to trochę tak, jakbyśmy mieli drużynę, która umie grać tylko w „ochronnej” wersji piłki nożnej: nie wpuszcza, ale i nie wyprowadza, nie atakuje, nie rusza się, czeka na cud i patrzy, jak ktoś inny biega po boisku. Ja tam pamiętam mecze sprzed lat, kiedy w Gdańsku było tyle energii, że ściany trzęsły się od dopingujących okrzyków, a dziś… dziś mamy taką obronę, która broni lepiej niż nasi napastnicy atakują. I nie mówię, że to przez strach — mówię, że to przez taką rutynę, w której zapomnieliśmy, że futbol to nie tylko „nie tracić”, ale też „zdobywać”.
Zresztą, sami widzicie, że jak już trafia się okazja, to albo trafiamy w rękę bramkarza (jak ten napastnik z Piasta), albo piłka idzie wprost na aut (jak ten nowy obrońca, co to mu dali drugą szansę), albo… no właśnie, albo po prostu nie ma komu podać sensownie. Pamiętam, jak na meczu z Legią kilka tygodni temu nasz skrzydłowy wyskoczył sam na sam, dostał piłkę, zrobił dwa kroki i kopnął… prosto w rękę obrońcy. Widziałem to na własne oczy — nie marzenia, nie wymówki, tylko żywy dowód, że coś w tej drużynie nie gra jak powinno. Przecież nie wystarczy mieć ścianę z klocków Lego, jeśli zapomniałeś, jak ułożyć z nich dom.
Ale nie każę wam się załamywać — bo przecież ta historia o zerowym golu wpuszczonym to jednak coś, czym możemy się szczycić. Tyle że szczęście w Gdańsku trwa od sezonu do sezonu, a my dalej liczymy na ten jeden strzał, który uratuje nas przed kolejnym „treningiem rezerw” w nietęgiej atmosferze. I póki co, nie ma co się oszukiwać — albo zaczniemy grać inaczej, albo te mury obronne staną się naszym własnym więzieniem. Bo co z tego, że nikt nie strzeli, jak sami nie umiemy trafić? Co z tego, że przeciwnik się męczy, jak my stoimy w miejscu?
No to teraz pytanie do was: kto widział kiedykolwiek, żeby nasz zespół rozegrał choć jedną akcję, która miała więcej niż dwa podania? Bo ja — ani razu.
Najpierw policz, potem się spieraj.