Gdańsk rodził mistrza – kiedy biało-niebieskie działo się wokół nas!
no ale jaki to był grudzień 2015, jakby ktoś wcisnął pauzę w życiu i tylko ten jeden moment się liczył... siedziałem wtedy w ławce za polem karnym, tak że ledwo widziałem twarzy piłkarzy, ale za to doskonale czułem ten jazgot kiboli dokoła. nagle — huk. nie, nie huk, raczej taki ryk, który wstrząsnął całym stadionem, że aż dach nad trybunami drgnął. podniósłszy wzrok widziałem już tylko skaczących po sobie facetów w szaliku, a na murawie — emiliyanov w tym swoim charakterystycznym rozbiegu, jakby biegł nie do piłki, tylko prosto w serca wszystkich nas. i ten strzał... cholera, jeszcze teraz ciarki idą. ten gol to było coś więcej niż zwykła bramka — to był manifest, że tutaj, w Gdańsku, naprawdę coś potrafimy. cała trybuna zaczęła skandować jego nazwisko, a sztandar — ten wielki, stary, z wytartymi frędzlami — powiewał jak szalony. pamiętam, że ktoś obok mnie krzyczał coś o czasiezki, ale wtedy to była tylko zwykła radość, żadnych czaszek, żadnych wojen, tylko czysta, nieprawdopodobna ulga i duma. no ale zobaczymy, co tam jeszcze przed nami — przecież dobry sezon zaczyna się od takich chwil
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurwa, a ja to akurat tego meczu nie oglądałem na stadionie ale w telewizji w knajpie na Nowym Porcie bo akurat miałem dyżur ale co tam — ze trzema kolegami walczącymi z piwem i resztką wolnego barku bo akurat był grudzień a ciepłego piwa nie odmawiam. a ten gol... cholera, nawet przez ekran dało się czuć, jakby ktoś wbiegł do serc wszystkich kibiców! emisarz na trybunie ryczał na czele z szalami w rękach a my tam wszyscy na raz wstaliśmy, tak że stolik aż zadrżał, i naraz wszyscy ryczeliśmy "EMILIYANOV!" jakby nie było jutra. sztandar, który wisiał nad barem, akurat powiewał w rytm skandowania a ja czułem się, jakbym tam był — nie na kanapie, ale prosto w tej szaleńczej masie ludzi skaczących jak szaleni. i ta czaszka... no ba, potem wszyscy gadali, że to jakiś symbol, ale wtedy po prostu cieszyliśmy się, że w końcu coś się ruszyło, że Gdańsk znowu jest mocny. kurwa, jakie to było uczucie... aż mi teraz ciarki chodzą jak pamiętam 🔥💪
no to co, tamtej grudniowej nocy 2015 mieliście szczęście patrzeć na historię na żywo, ale ja wam powiem — wiosną 2016 to było coś jeszcze bardziej obłędnego. pamiętacie ten mecz z jagiellonią w Gdańsku, ten sam stadion, ten sam szum, ale wtedy nie było już mowy o grudniowym chłodzie — tylko o takim upale kibicowskiej gorączki, że aż asfalt na parkingu za stadionem wyglądał jakby się ruszał. emiliyanov tym razem nie strzelił gola od razu, ale za to rozegrał całą akcję, jakby prowadził nas do świętego grodu boju na własnych rękach. facet wyskakiwał z piłką jak na sprężynie, mijał jednego, drugiego, a na końcu podał do skaczącego w pola karnego napastnika, który tylko musnął ją do siatki. ten moment... cholera, nawet teraz jak sobie przypomnę, to aż skóra cierpnie. trybuna eksplodowała, sztandar z latami 90-tych, tym ze słońcem na środku i starymi napisami, poleciał do góry jakby dostał napięcia, a jakiś dziad z boku zaczął machać nim w kółko tak szaleńczo, że myślałem, że mu upadnie na głowę. no i co? następny tydzień to była jedna wielka impreza w mieście, a mój szwagier, który normalnie nie ogląda piłki, przyznał, że w końcu zrozumiał, co to znaczy być kibicem gdańszczanina. widziałem gorsze rzeczy, ale takich emocji — nie. wtedy wiedziałem, że niezależnie od tego, co dzieje się później, te chwile zostaną nam na zawsze w sercach i w czaszkach — tyle że tej czaszki akurat nikt nie musiał nikomu pokazywać.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Akurat w grudniu 2015, gdy Emiliyanov wbił ten krążek do CWKS-owskiego kąta i cała trybuna oszalała – byłem w pubie na Dolnym Mieście, z butelką mocnej i kumplem, który normalnie w piłkę nie grał, a tam się wpierdalał w śpiewanie. Pamiętam, jak ten ryk dobiegł przez głośniki telewizora, że ledwo usłyszałem „Gdańsk, Gdańsk!” krzyczane obok mnie. Wtedy naprawdę czułem, że te chwile są bezcenne – nie ważne, że za oknem był mróz, bo w środku wszystko wrzało.
Z tamtej ekipy zostali chyba sami wspomnienia i parę sztandarów. Co do obecnej drużyny… no cóż, nie oszukujmy się – emocje są, ale coś tu nie gra. Widziałem mecz z Rakowem przed tygodniem, gdy sędzia puścił rękę do ust i nikt nie zareagował, a ja sobie pomyślałem: „Kurwa, gdzie jest ta wściekłość, którą mieliśmy jeszcze kilka lat temu?”. Tamci chłopaki nie myśleli o oddelegowaniu, nie kombinowali z kolejnymi transferami na styczeń – po prostu rzucali się do boju, jakby życie miało trwać tylko 90 minut. Dzisiaj to jest raczej „załatwimy sprawę w elicie, a wiosną zobaczymy”.
Emiliyanov tamtego dnia nie był sam – cały zespół grał jak jeden facet, nawet obrońcy atakowali z taką zajawką, że przeciwnik nie wiedział, czy mu uciec, czy się poddać. Teraz? Jak niektórzy koledzy na bokach zapominają, że są kibicami na trybunie, a nie zawodnikami, to robi mi się niedobrze. Dobrze, że jeszcze mamy gości, którzy pamiętają czasy, gdy stadion trząsł się od „Święty Boże”, a nie od bezsensownych krzyków na trenera.
No ale – nie mówię, że teraz jest źle. Po prostu… inaczej. Ci, co byli wtedy, mają w oczach tamten grudzień 2015 i maj 2016 wiosną, a nowi? Dopiero muszą nauczyć się, jak się cieszyć, że właśnie w Gdańsku się urodził mistrzostwo – choćby raz. A my, starzy, tylko patrzymy, jak zmieniają się czasy i trzymamy kciuki, żeby kiedyś znowu stanąć ramię w ramię i zawyć „GDAŃSK!” tak, by echo odbite wróciło z powrotem do nas. 💙⚪
Najpierw policz, potem się spieraj.
a widzicie, ja tamtego meczu w grudniu 2015 nie oglądałem ani na żywo, ani w telewizji — siedziałem akurat w pociągu do szpitala, bo moja stara miała operację rano i nie chciałem jej zostawić samego na noc. ale co tam — podłączyłem się pod radio, a w tamtym czasie to było coś... nie było internetu co sekundę w telefonie, więc słuchało się tego na żywo, z szumem w tle, z tymi trzaskami w głośniku, co to brzmiały jakby ktoś biegał po trybunie. i w połowie drugiego meczu, gdy ten komentator krzyknął "emiliyanov z lewej strony pola karnego i strzał!" — mój kolega z sąsiedniego fotela, który normalnie szydził z piłki, po prostu poderwał się i krzyknął "kurwa, gol!", że aż kilka osób w wagonie spojrzało na nas podejrzliwie. facet nawet nie wiedział, kim jest emiliyanov, ale czuł, że coś wielkiego się dzieje.
później, gdy wysiadłem na dworcu i poszedłem piechotą przez miasto, widziałem grupki kibiców z flagami na rogach ulic, jakby to nie była zwykła noc grudniowa, tylko święto. jeden z nich, starszy chłop z siwymi wąsami, machał szalikiem i krzyczał coś o tym, że teraz Gdańsk znów oddycha. myślałem sobie wtedy, że to nie jest tylko gol — to jest coś, co zostaje w mieście na lata, jak zapach solanki i ryb ze starego portu.
i wiecie co? do dziś, jak jadę tym samym pociągiem i słyszę w radiu głos komentatora, który krzyczy "gdynia!", to od razu się uśmiecham. bo to nie tylko mecz, to kawałek naszej historii — i nawet, jak nie było mnie na trybunie, to jednak tam byłem, dzięki tym kilku sekundom, które połączyły mnie z tym szaleństwem. no ale zobaczymy, może kiedyś znowu złapiemy taką falę 💙
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, ale co to za historia o tym pociągu do szpitala i radiu jakby z epoki kamienia łupanego? Ja tamtego grudnia 2015 też byłem w takim "pociągu do historii" tylko że dosłownie - bo jechałem pociągiem do Gdańska na ten mecz, a w kieszeni miałem kanapkę z serem żółtym i piwem na ciepło bo mi się zrobiło zimno. No i co? Wsiadłem, usiadłem, od razu jeden gość od piwa: "Ej, a co ty tu robisz z tym żółtym serem, przecież na meczu jest kiełbasa grillowana z musztardą!" A ja na to: "No normalnie, biorę zapas na wypadek, gdyby Emiliyanov strzelił gola i trybuna zaczęła skakać tak, że nie da się jeść!" 🤣
A ten mój sąsiad na trybunie to był taki typ, co zawsze wiedział lepiej - krzyknął "GDAŃSK!" raz, drugi, trzeci, aż facet obok mu powiedział: "Ej, koleś, trochę przycich, bo facet przy tobie zamiast piwa pije herbatę!" I co? Gość aż wstał i krzyknął: "Herbata to jest moja ulubiona broń kibica - rozgrzewa gardło na cały stadion!" 🍵🔥
Ale poważnie, fajnie się czyta, jak ludzie pamiętają te chwile, nawet jak ich tam fizycznie nie było - to przecież nie ważne, czy się było na stadionie, w pubie, w pociągu czy na kanapie, bo radość jest zaraźliwa, a ta czaszka Emilianova to była jak wirus, co się rozszedł po całym Trójmieście! 💙⚪🤣😂
Potrzymaj piwo.