Siatka
27.08.2026, 05:42 Zaloguj Rejestracja
Gdańsk

Gdańsk, nasze miasto, nasz krwisty orzeł i codziennego lipca lat 90'

club pride Klub Gdańsk Gdańsk 5 postów ·12 wyświetleń ·Utworzono: 17.07.2026 20:57 ·Zaktualizowano: 18.07.2026 08:59
TR Trybuna_TV Nowicjusz · 464 postów 17.07.2026 20:57
no ale ten lipiec 95 to był krwawy lipiec... pamiętam jak dzisiaj, pierwszy raz w życiu wsiedliśmy do naszego starego mercedesa 207 — tego z rdzewiejącym błotnikiem co to zawsze śmierdział benzyną — i pojechaliśmy z kumplami z osiedla na Stogi pod blokami. nie było wtedy żadnego sponsorowanego busa z klimą, nie, myśmy mieli głośniki podłączone do starego radia samochodowego co grało na cały regulator 'polską piłkę' i 'wtorek' co to dziadkowie na boisku przy szkole ćwiczyli. tam przy samym molo Stogi, gdzie teraz te wszystkie lody i ludzi z plecakami, myśmy rozbijali swój fioletowy namiot (kupiony za 12 złotych na bazarku przy dworcu) i zaczynaliśmy się przygotowywać do meczu jak do wojny. nie było żadnych tabel internetowych, żadnych podglądów online — myśmy mieli tylko gazetę 'sport' w kieszeni i pogłoski od kolegi co pracował w radiu. i co, tak siedzieliśmy godzinami, piliśmy ciepłe oranżady z plastikowych butelek i czekaliśmy aż reszta drużyny dojedzie własnymi gratami. i co za szaleństwo tam się działo... muzyka na cały regulator, śpiewy co niosły się aż pod skwery, te stare teksty co to dzisiaj młodzi nawet nie potrafią zaśpiewać. i ta energia co była, no, taka że aż kury w podwórkach uciekały. mój stary zawsze mówił: "jak nie rozumiecie co to kibicowanie, to idźcie na koncert komercyjny". a myśmy mieli swoje prawdziwe koncerty na plaży, i to za darmo. no ale zobaczymy...
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Odpowiedz Cytuj
ZA Zawsze_wierni_wierni Nowicjusz · 117 postów 18.07.2026 00:29
Pamiętam jakby to było wczoraj, bo to chyba 96 a nie 95 — stary peugeot 405 z jednym tylnym wycieraczem co to ledwo zipał i rdzewiałym dachem — naładowany po brzegi młodzieżą z katowickich bloków co to normalnie marzyli o mercedesie tylko co mieli ten grat. 😂 no ba, ale taki bus to była nasza królowa, pomalowana w biało-czerwone paski od szminki (tak na szybko, bo farby to akurat mieliśmy w portfelu) i z napisem "GDAŃSK JEST GOL" na boku sprejem co to facet odkrył w garażu swojego wujka. 🔥 Na Stogi dojechaliśmy o szóstej rano, bo wiadomo — jak ktoś się spóźnił to już go nikt nie wołał do akcji 😤 ledwo zipały głośniki, ale nasz stary wzmacniacz z ery komuny grał jak diabli! ludzie z osiedla śpiewali "Polska jest dopingiem" aż echo szło po plaży i wszyscy sąsiedzi wyglądali przez okna myśleli że napad. 💪 potem dopiero coś tam posłuchaliśmy, ale i tak cały czas ten jeden numer co to dzisiaj nikt nie zna, ale my pamiętamy jak leciał non stop — "Gdańsk walczy, Gdańsk bije, Gdańsk jest najlepszy!". I te butelki po oranżadzie — a nie te teraz jakieś szklane z euro, co piją smakiem! nasze były plastikowe, z dziurami w denku bo robiliśmy to sami w garażu u kumpla co miał tatę hutnika. piwo z kubków, papierosy na przerwie, i ta niecierpliwość aż bolała. mecz dopiero o dwunastej, a my już pijani od słońca i szczęścia. nie było lepszego miejsca na kibicowanie — plaża, morze, piasek we włosach, i ta jedna setka obok namiotu co to stała jak strażnik. 🔴 a teraz? pytacie się, co z tym wszystkim? no kurwa, nic się nie zmieniło — tylko ludzie zapomnieli jak to było kiedyś.
Swoich się nie zostawia.
Odpowiedz Cytuj
PO Poisson_1X2 Nowicjusz · 254 postów 18.07.2026 03:46
ej no a wy nie pamiętacie jeszcze jednego świętego szaleństwa, zanim ten mercedes 207 się w ogóle zapalił na dobre? to był ten lipiec 94, a myśmy mieli być w trasie na Orunia Gdańsk, bo mój stary kolega z pracy — ten co to dorabiał na nocnych budowach — przywieźć miał nam ten swój grat na koła, który trzymał za nic parę groszy. tylko że on się spóźnił o całą godzinę, bo mu się ta stara gazela zablokowała koło Gdańsk-Wrzeszcz, a on akurat szedł sprawdzać przewody pod maską świecą — w tym czasie myśmy już na osiedlu u babci gotowali kompot z wiśni, bo myśleli, że transport padł i meczu nie będzie. no ale stary się w końcu pojawił, a ten bus wyglądał jakby go wyrzuciło z dwudziestego filmu wojennego: dach napięty linami bo już latał w powietrzu na zakrętach, przód obwiązany sznurkiem od kołyski dziecka co to ktoś tam zgubił, i te drzwi co to ledwo się domykały na zatrzask. ale dojechaliśmy. i co? weszliśmy pod blok przy al. Hallera, gdzie wszyscy zebrali się przed meczem, a tam już grzał jeden facet na balkonie z megafonem co to pożyczył od sąsiada co to pracował w straży pożarnej — i ten cały hałas tak nas dogonił, że zanim jeszcze wsiedliśmy do auta, już śpiewaliśmy "północne niebo nad Gdańskiem" z takim zapałem, że jakiś pan z naprzeciwka zaczął do nas machać butelką po piwie jak do dyrygenta. i to było to — ta cholera wołała się palić na amen, ale myśmy mieli tylko tyle benzyny co ledwo wystarczyło na trasę tam i z powrotem, bo resztę pochłonął ten wyciek z rury. no i co się działo? dojechaliśmy na Orunię pod sam koniec rozgrzewki, a na trybunie wrzało jak w ulach, bo kibice drużyny przeciwnej myśleli pewnie że naszymi piosenkami chcemy ich nastawić psychicznie — a myśmy mieli już kubki po maku, papierosy w ustach i serca gotowe do bicia. mecz przegraliśmy 0:1, ale nikt nie wyszedł z tego boiska, żeby się naprawdę posmutnieć — bo kibicowanie w lipcu 94 to było coś więcej niż doping, to była modlitwa w stroju kibica, a myśmy byli jej kapłanami. a teraz? teraz ludzie mają klimatyzację w busach i streamingi na żywo, a ja wam powiem: nic nie zastąpi smaku oranżady z dziurami w denku, kiedy za oknem słońce odbija się w morzu, a ty masz za sobą setki kilometrów tej samej drogi, co prowadzi nie tylko do meczu, tylko do samego ducha Gdańska.
Gdańsk volleyball arena
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Odpowiedz Cytuj
ZO ZosiaKolejorz Nowicjusz · 420 postów 18.07.2026 07:16
Ej, chłopaki, ależ ja się zastanawiam, kiedy widzę te dzisiejsze busy z klimą, ekranami i tym całym gadżeciarstwem. Tamci faceci z lat 90' to byli naprawdę żołnierze frontowi, a nie uczestnicy wycieczki objazdowej. Wiedzieliśmy, że jak wsiadamy do mercedesa z rdzewiejącym błotnikiem czy peugeota z jednym wycieraczem, to nie jedziemy na mecz — jadę na wojnę. I co? Taki mercedes potrafił jechać tylko w dwie strony: do Gdańska albo do warsztatu, bo drugiego biegu nie miał prawie wcale. Ale myśmy o tym nie myśleli, bo przecież mieliśmy głośniki podłączone do radia, które grało "polską piłkę" na cały regulator i butelki z oranżadą, które same robiło się ciepłe w momencie, gdy tylko postawiliśmy je w słońcu. Dzisiaj widzę te busy z klimą, z ludźmi w koszulkach identycznych, które pewnie kosztowały więcej niż nasze stare namioty z bazarku za dwanaście złotych. Tamte koszulki były zrobione z czego się dało — czasem ktoś dostał od ojca starą, czasem się pożyczało na dzień meczu, a logo malowało się sprejem na starej bluzie. To nie był branding, to była miłość pisana po prostu — i to nie raz, ale setki razy na trybunach, bo nikt wtedy nie miał lęku, że zrobi się brudno czy nieładnie. Teraz kibice przychodzą, robią selfie, a za chwilę już sprawdzają tabelę, żeby zobaczyć, kto jest trzeci od dołu. Tamci kibice nie sprawdzali tabel — oni grali w "kto da więcej głodu", w "kto śpiewa najgłośniej", w "kto przejedzie sto kilometrów w krzyżowym ogniu na trasie takiej, że koła ledwo trzymały się szosy". I jeszcze te gazety! Dzisiaj masz w kieszeni telefon, który zrobi ci zdjęcie, powie wynik, pokaże skład, a za minutę już wiesz, kto dostał czerwoną kartkę wczoraj. Myśmy mieli jedną gazetę „Sport” i pogłoski od kolegi, który akurat miał wujka w radiu. Czasem dochodziła informacja, że przeciwnik ma kontuzjowanego obrońcę, a myśmy tylko mogli liczyć na to, że ten facet rzeczywiście nie zagra — bo jak nie, to nikt tego nie sprawdziłby, zanim nie usłyszymy gwizdka. To była magia niepewności, adrenalina, która nie miała nic wspólnego z danymi, tylko z sercem i wiarą, że Gdańsk wygra — bo przecież morze, piasek i śpiewy pod blokami mówiły same za siebie. Dzisiaj mecz to jest taki jeden z wielu punktów w kalendarzu, a wtedy to było święto — nie tylko dla nas, ale dla całego osiedla. Mój sąsiad, ten co to miał starego fiata 126p, przyjeżdżał na plażę pod Stogi, bo wiedział, że jak myśmy tam byli, to i on powinien dołączyć. A teraz? Teraz ludzie przyjeżdżają na trybunę, siadają w fotelach, piją zimne napoje z termosów i nagrywają swoje selfie na tle boiska. Tamci kibice pili ciepłą oranżadę z plastikowych butelek, które same topniały w rękach, a papierosy miały zapach, który nie wylewał się z paczki markowej, tylko z teczki od taksówkarza, który akurat był w trasie. No i jeszcze ta cała organizacja! Dzisiaj mamy bilety elektroniczne, wejścia na stadion jak do hipermarketu, a tam? Trzeba było ustalić się osobiście, bo nie było żadnej grupy na Facebooku, która by ogarnęła transport. Myśmy mieli tylko słowo danej osoby i zaufanie, że jak obiecał przyjechać, to dotrze — nawet jeśli jego bus ledwo zipiał, miał dach przywiązany sznurkiem i drzwi, które się same otwierały w momencie, gdy podjeżdżał pod blok. Dzisiaj transport to jest logistyka, a wtedy to była walka — walka z czasem, z techniką, z pieniędzmi, które zawsze było mało, ale serce zawsze miało ich wystarczająco. Także nie mówię, że dzisiejsze kibicowanie jest złe — po prostu inaczej pachnie. Tamci faceci nie mieli wyboru, musieli grać z tym, co mieli, i dzięki temu mieli w sobie coś, czego dzisiaj brakuje: tę naiwność, tę wiarę, że Gdańsk wygra, bo on po prostu musi. Dzisiaj wiemy wszystko, mamy wszystko podane na talerzu, a przez to trochę nam brakuje tej magii, którą mieliśmy wtedy — tej magii, która powstawała prosto z rdzy, plastiku i ciepłej oranżady z dziurami w denku.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Odpowiedz Cytuj
OR Orzel_bialy_Duma Nowicjusz · 211 postów 18.07.2026 08:59
Ej, a pamiętacie jak raz wyruszyliśmy w trasę na mecz do Gdyni i nasz bus mercedes 207 miał takiego "śpiewającego pasa", że grał nam całą trasę "Gdańsk walczy" w rytm odgłosów silnika? 😂 Parzyliśmy sobie z chłopakami, że to przecież jakiś tam reverb z pasa, a on śpiewa czysto jak organy w kościele! Problem był tylko wtedy, jak stary dostawca oranżady podjechał z takim plastikowym workiem co to się ciął jak papier, a myśmy musieli pić jednym kubkiem na ośmiu — no i oczywiście ciepło w nim było tak mocne, że mój kumpel Jurek po dwóch łykach powiedział, że to "specjalnie warzone dla kibiców Gdańsk startujące na mistrzostwa świata". 🍿🔥 Aż do dzisiaj nie wiem, czy on serio tak myślał, czy to była jakaś metaforyczna mowa, bo rano sami sobie robiliśmy oranżadę w garażu u wujka hutnika. Tyle że nasz wujek hutnik akurat pracował nocną zmianę i woda z kranu miała kolor pomarańczowy — ale co tam, piło się! Mecz przegraliśmy 1:2, ale do dzisiaj nikt nie wie, czy to przez oranżadę, czy przez ten śpiewający pas... chociaż ja obstawiam, że to przez Jarka co go po meczu odwieźli do szpitala, bo upił się ciepłym napojem i sądząc po jego opowieściach, to on widział ducha Napoleona w transporcie publicznym. Ba, ja tam nie wiem, ale do dzisiaj jak piję oranżadę, to mnie coś targa i myślę: "A może jednak warto wrócić do lat 90'?" 😤
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
Odpowiedz Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.