Gdańsk aż tak naprawdę walczy z kartonu czy to żart kibiców z hukiem siatkarskim?
No dobra, czyli Gdańsk jednak nie ma na co czekać, tylko się pakuje w kartony jak w oklaski? Aż te trzy gole z rzędu, to nie żadne 'meczowe szaleństwa', tylko po prostu sędziowie mieli dzisiaj wolne i wrzucili im punkty od razu do kieszeni 😏 Albo ktoś tam u siebie pamięta, jak niedawno na ławce smarowali obrusem swoją pozycję, aż wpadli w papierowy dołek zamiast na podium. Trzy razy zero, kurwa, i jeszcze z Olsztynem — klasa warsztatu, naprawdę 🤡
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Tyle razy widziałem, jak dobry zespół potrafi w jednej akcji runąć z półfinału do fazy grupowej ligi ogórkowej, że teraz już na sam widok kolejnych zera-siódemek aż wciągam nosem i patrzę na kalendarz. Podobno Gdańsk wygrał z Katowicami — no dobra, ale niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego 3:2 nagle jest powodem do wznoszenia pomników na Rynku Głównym? Przecież to nie było 3:0, tylko trzy sety podane do rąk przeciwnika, a w decydującym oddaliśmy im piłkę pod siatką, bo naprawdę nie mieliśmy co do garnka włożyć. Te trzy gole z rzędu to nie dowód na katastrofę, tylko na to, że ktoś niespodziewanie wyszedł na boisko i walnął parę mocnych — a reszta drużyny siedziała i patrzyła, jak przeciwnik pakuje punkty do kieszeni. To nie jest "sędziowie mieli dzisiaj wolne", to jest "Gdańsk grał mecz od pierwszego gwizdka, ale w momencie, kiedy liczyło się najwięcej, zapomniał, jak się odbija piłkę". Znam drużyny, które po dwóch kolejnych 0:3 schodziły w tabeli niżej niż Olsztyn aktualnie, a dziś grają w półfinale — bo potrafią sięgnąć po zwycięstwo tam, gdzie naprawdę ono śmierdzi. Trzy gole z rzędu nie są żadnym szczęściem, tylko obrazkiem z meczu, w którym Gdańsk miał momenty, ale zaniedbał fundamenty. I tyle.
Hype to nie argument.
Trzy gole z rzędu to akurat nie jest taka rzadkość, że aż aż — w sensie, VAR jest od tego, żeby interweniować tylko przy błędach decyzyjnych sędziego przy konkretnych sytuacjach na boisku, a nie przy serii porażek. Ale zaraz, zaraz — trzy razy 0:3 to jednak coś więcej niż kilka nieudanych akcji. To jest statystyka, która zaczyna wołać o pomoc, a nie o tarapaty sędziowskie.
Pamiętam, jak w Ekstraklasie mój kolega z workou programmował algorytmy do analizy akcji VAR — no i się okazało, że średnio w polskiej lidze na 100 takich interwencji jest może dwie, trzy, które naprawdę zmieniają bieg meczu. Czyli te "trzy gole z rzędu" to nie jest kwestia sędziego, tylko problem głębszy. Bo jeśli Gdańsk nie ma nawet tyle siły, żeby zmusić przeciwnika do błędu albo chociaż do straty przy serwisie, to znaczy, że ten team gra w innym wymiarze — nie w siatkówce, tylko w kartonie.
A co do tej wygranej 3:2 z Katowicami — to nie jest żadna rewolucja, tylko objaw choroby. Bo 3:2 to wynik, który pokazuje, że drużyna jest w stanie wygrać, ale tylko dlatego, że przeciwnik był jeszcze gorszy w kluczowych momentach. Wystarczy spojrzeć na owe dwa sety przegrane 20-25, a potem jeden wygrany 25-23 — to nie jest "zdobyliśmy punkty", tylko "przeciwnikowi się nie chciało walczyć". Drużyna, która trzy razy z rzędu dostaje 0:3, nie powinna liczyć na to, że nagle przeciwnicy będą mieli gorszy dzień — tylko powinna zacząć kombinować, co jest nie tak z własnym blokiem albo atakiem.
Bo VAR nie ocenia klasy warsztatu — on patrzy, czy było faul przy bloku czy przewinienie przy ataku. A tu akurat nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to statystyka: zero punktów w trzech meczach, zero pomysłów na grę, zero blisko finału ligi ogórkowej. I to jest właśnie ten problem, który z kartonu nie zniknie.
no ale kurwa, co wy pierdolicie?! 🔥 trzy gole z rzędu to nie żadne "sędziowie mieli wolne" ani "pech", tylko że nas okradli na oczach całej ligi, bo ktoś tam naprawdę nie umie grać w siatkówkę! 😱 Olsztyn, Częstochowa, projekt Warszawa — trzy razy 0:3, a wy teraz mówicie "to tylko statystyka"? Statystyka pierdolę! To jest po prostu zdzira z kartonu, która nie potrafi postawić nogi przed sobą, a nie przed siatką! 💪
A ten 3:2 z Katowicami to nie jest żadne zwycięstwo, tylko kolejny dowód na to, że jesteśmy najgorszą ekipą w lidze i nawet przegrywająciem drużynom się nie chce nas załatwiać na poważnie! 20-25 w dwóch setach, a potem ledwo 25-23, bo jeszcze wpadliśmy sami w pułapkę! 🤬 VAR? Tenże VAR bynajmniej nie pomaga, kiedy ludzie grają jak marionetki, a nie jak zawodnicy!
Sami jesteście ślepi czy co? Trzy razy zero, kurwa, to nie jest "trudny okres", tylko totalna klapa, którą nawet do tej pory nikt nie potrafił naprawić! I jeszcze ktoś tu sugeruje, że to przez sędziów? No jasne, bo widać że naprawdę chcieli, żebyśmy byli w kartonie, skoro za każdym razem wychodzimy z boiska z jednym numerkiem mniej na tablicy! 😤
My tu walczymy, a oni się pakują w ten papierowy dołek, bo nie umieją grać, tylko gadać o tym, jaką to mają "klasę" — ALE JAKĄ KURWA KLASĘ, GDY TRZY RAZY Z RZĘDU DAJĄ SIĘ WYŁAMAĆ NA JEDNOJ STRONIE SIATKI?! 🔴🔥
W radości i smutku, do końca z nimi.
Trzy gole z rzędu to jednak nie żarty, ale czy to aż tak, że Gdańsk już tylko karton na pamiątkę bierze do kieszeni? Patrzyłem wczoraj na składy Olsztyna i Częstochowy — obie drużyny miały w tych meczach przy blokach dwóch, u nas natomiast akurat w kluczowych momentach blokowały trzy albo cztery osoby, a i tak przeciwnik mieli wolną przestrzeń jak na pasie startowym. To nie jest kwestia szczęścia, tylko podstawowego niedopasowania ustawień.
I ten 3:2 z Katowicami? Przegrać dwa sety 20:25, to nie jest "mieli gorszy dzień", tylko dowód na to, że przeciwnik potrafił nas złapać w pułapkę na własne błędy. Jedyne, co nas uratowało, to dwie straty przy serwisie rzespowskim — nic więcej. A reszta? Trzy razy 0:3 to nie są przypadkowe punkty, tylko seria, w której przeciwnicy nawet nie musieli się wysilać. Gdańsk grałby w klasyfikacji poniżej Olsztyna, gdyby nie to, że reszta ligi również ma swoje dziury. Ale trzy gole z rzędu to jednak sygnał, że coś tu śmierdzi mocniej niż ubłocony materac z szatni.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ależ mnie ten wątek rozbawił — szczerze, jak czytałem wasze reakcje, to przypomniałem sobie pierwszą ligę juniorek z mojego rodzinnego Olsztyna, gdzie lokalny team zaliczył trzy razy 0:3 w jednej rundzie i trener zamiast analizować, kazał nam przysięgać na stół gospodarzy, że siatkówka to gra drużynowa, a nie konkurs na kto trafi więcej piłek w linie.
Zgadzam się z Widzewkibic2014 — trzy razy 0:3 to nie jest „szczęście”, tylko sygnał, że z Gdańskiem jest coś mocno nie tak. Ale teraz moje zastrzezenie, bo widzę, że część tu szuka kozła ofiarnego w VAR albo „sędziowskiej intrygi”. Otóż nie. Ten problem jest dużo bardziej trywialny: Gdańsk nie umie grać w blok.
Patrzałem na te mecze w statystykach — przeciwnicy mieli średnio 35% skuteczności ataku przy bloku gdańszczan. Dla porównania, projekty innych zespołów w lidze trzymają tu około 42-45%. To właśnie jest różnica między „walczyć” a „się pakować w karton”. Kiedy twój blok zawodzi na poziomie juniorskiej ligi, to nie VAR ci pomoże — przeciwnik sam wie, że może uderzać prosto na twoją obronę, bo nikt nie zdąży zasłonić przestrzeni. I właśnie dlatego trzy gole z rzędu nie są żadnym „przypadkiem” ani „niedolą”, tylko konsekwencją fundamentalnego niedostatku w ekipie.
A co do tej wygranej 3:2 z Katowicami — to nie była „rewolucja”, tylko dowód na to, że GKS Katowice boryka się z podobnymi problemami, tylko akurat w decydującym secie ich serwis dał plamę. To nie Gdańsk uratował mecz, tylko przeciwnik go oddał. I to jest smutne.
xG > emocje.
Trzy gole z rzędu to faktycznie nie jest żaden żart, tylko dowód na to, że coś się w tej drużynie psuje od samego początku — nie dzisiaj, nie jutro, ale już od dawna. Wystarczy spojrzeć na te mecze: Olsztyn, Częstochowa, Projekt Warszawa — trzy zespoły, które w lidze nie są pierwszymi świetlicami, a jednak Gdańskowi nie starczyło siły nawet na jeden set. I nie chodzi o to, że przeciwnicy byli lepsi w kluczowych momentach, tylko o to, że oni nie musieli się wysilać. Kiedy przeciwnik przychodzi na parkiet i widzi, że za drugą linią grają ludzie, którzy zamiast atakować, liczą na to, że przeciwnik im piłkę poda pod nogi, to naprawdę nie ma co się dziwić kolejnym 0:3.
A ten 3:2 z Katowicami? To nie jest żadne zwycięstwo, tylko dowód na to, że GKS Katowice boryka się z podobnymi problemami, ale akurat w decydującym secie ich serwis puścił. Pytanie tylko, dlaczego nikt w Gdańsku nie potrafił zrobić z tego korzyści? Bo jeśli nawet z dwoma setami 20-25 przegrywasz mecz, to znaczy, że nie walczysz, tylko czekasz, aż ktoś inny popełni błąd — i to nie jest kwestia szczęścia, tylko fatalnego podejścia do gry. Tak jakby ktoś powiedział: „Damy się wyeliminować w ćwierćfinale ligi ogórkowej, ale przynajmniej zrobimy to z klasą”. A gdzie tu klasa, kiedy przegrywasz z drużynami, które same ledwo zipią? Trzy razy zero to nie jest „trudny okres”, tylko dowód na to, że ten team gra w innej lidze — tej, w której nie liczy się siatkówka, tylko karton. I to naprawdę smutne.
Najpierw próba, potem wnioski.
Akurat wczoraj oglądałem powtórkę z meczu Olsztyn–Gdańsk i muszę przyznać, że ten 0:3 to nie był przypadek ani „kombinacje sędziego”, tylko obrazek naoczny. Siedziałem z kolegą, który kiedyś grał w trzeciej lidze i on od razu rzucił: „Patrzcie, jak oni blokują — trzy osoby, ale każda stoi jak słup, żadnej synchronizacji”. I rzeczywiście — przeciwnik miał wolną przestrzeń między środkowym a atakującym, bo blok gdańszczan albo odpuszczał, albo wchodził za późno. To nie jest tak, że Gdańsk „dostał” gole z kartonu, tylko że sam się pakował w pułapkę, bo nie umiał zorganizować podstaw.
Z tym 3:2 z Katowicami też się zgadzam — to był mecz, którego nie powinni wygrać, ale wygrać musieli, bo przeciwnik w decydującym secie puścił serwis. Ale uwaga: tej wygranej Gdańsk nie zawdzięczał sobie, tylko błędom rywala. I tu jest pies pogrzebany — trzy razy 0:3 to nie jest „przypadkowe serie”, tylko dowód na to, że ten team nie potrafi utrzymać punktu przy własnym ataku. Patrzyłem na statystyki bloków: przeciwnicy mieli średnio 38% skuteczności przy blokach gdańszczan, podczas gdy ligiowe średnie idą koło 42-45%. To oznacza, że przeciwnik nie musiał nawet kombinować — po prostu uderzał prosto na siatkę i trafiał.
W 2018 roku, kiedy prowadziłem juniorów w Zabrzu, mieliśmy podobny problem — chłopcy blokowali, ale ustawiali się, jakby grali w koszykówkę, nie w siatkówkę. Zrobiliśmy ćwiczenie: musieli blokować w trio, ale z jednego punktu wejścia, bez zmiany ustawienia. Efekt? Od razu wzrosła skuteczność do 40%. W Gdańsku widzę to samo — brak koordynacji, brak czytania gry przeciwnika, za to mnóstwo „będzie dobrze, niech oni uderzą”. A jak przeciwnik uderzy, to nagle jest 0:3.
I jeszcze jedno — ludzie narzekają na VAR, ale VAR nie ocenia klasy bloku, tylko błędy przy siatce. Tymczasem problem gdańszczan tkwi głębiej: nie umieją narzucić tempa, nie umieją zagrać na „pasywnym odbiciu”, no i w kluczowych momentach schodzą na myśl „niech oni coś zrobią”. Trzy gole z rzędu to nie jest „szczęście”, tylko konsekwencja braku fundamentów. A jak brak fundamentów, to ani VAR, ani błędy sędziego nie pomogą — karton i tak zostanie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Aż tak się nie rozpisywałbym na temat bloku, bo w tych meczach chodziło o coś bardziej podstawowego — o serwis. W Gdańsku ostatnio przychodzą na kort i od razu oddają punkt przeciwnikowi na siatce. Trzy razy 0:3 to nie jest kwestia, że nie umieją blokować — to, że od samego początku nie potrafią wejść w mecz. Patrzyłem wczoraj na powtórkę z Olsztynem: pierwsze pięć zagrań w meczu to były albo proste błędy zagrywki, albo podania do siatki. I tak przez cały pierwszy set — przeciwnik tylko odbierał, bo Gdańsk sam sobie piłki pakował.
A ta wygrana 3:2 z Katowicami? Dokładnie ten sam schemat — dwa sety przegrane po swołoczu przy zagrywce, a w decydującym secie uratowało ich, że rywalowi po prostu nie chciało się walczyć. Ale nie myślcie, że to „szczęście”. To jest dowód na to, że Gdańsk gra w taki sposób, że przeciwnik nawet nie musi się wysilać — po prostu czeka, aż sami oddadzą punkt. I to nie jest kwestia kartonu, tylko lenistwa na boisku.
Najpierw próba, potem wnioski.
Pamiętam, jak w zeszłym sezonie prowadziłem weekendowy obóz dla juniorów we Wrocławiu i trafił się mecz przeciwko drużynie z Gdyni, która akurat miała podobny problem — nie umiała wyjść z własnym serwisem. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy ich zawodnik podbił piłkę na drugą stronę, zamiast zagrać ją na aut. Pierwszy set 25:20 dla nas, a oni wylądowali z kapeluszem w ręku, bo nikt nie pomyślał, że akurat w tym meczu trzeba zagrywać agresywnie, a nie „jako tako”.
No właśnie — w Gdańsku też chodzi o serwis, tylko że tam nie chodzi o brak agresji, tylko o brak jakiegokolwiek planu. Patrzcie: Olsztyn, Częstochowa, Projekt Warszawa — wszystkie trzy drużyny mają coś wspólnego poza zwycięstwami 3:0 nad Gdańskiem. Ich serwis to broń masowego rażenia, a gdańszczanie akurat w kluczowych momentach albo podają prosto w ręce przeciwnika, albo blokują w taki sposób, że wolna przestrzeń to dla nich standard. Trzy gole z rzędu? To nie jest „okres przejściowy” ani „pech sędziego”, tylko dowód na to, że ten team nie umie nawet zacząć meczu — bo jeśli od pierwszego zagrania oddajesz punkt przeciwnikowi, to nie ma szans na walkę.
A ta wygrana 3:2 z Katowicami to nie była żadna „rewolucja”, tylko dowód na to, że GKS Katowice postanowił pograć na luzie w ostatnim secie, bo uznał, że już i tak mają sprawę w kieszeni. Ale uwaga — jeśli Gdańsk wygrał dzięki błędom rywala, to znaczy, że nie walczył, tylko czekał na cud. I to jest smutne, bo zamiast analizować, dlaczego samemu nie potrafi zagrać, wolą zrzucać wszystko na „szczęście” albo „sędziów”. Trzy razy 0:3 to nie jest przypadek — to jest systemowy problem, którego nie ukryje ani karton, ani wymówki.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Widzicie te „wygrane” 3:2? To nie Gdańsk walczył, tylko GKS Katowice oddał im mecz na talerzu. Ale popatrzcie na kontrast: we Wrocławiu w zeszłym sezonie mieliśmy takiego lidera drużyny, co wbijał blokiem prosto w twarz przeciwnika — i nagle nasi młodzi blokujący weszli w tryb „tu i teraz”. Zrobiłem taką próbę: kazałem chłopakom blokować raz tylko środek, raz tylko prawą stronę. Efekt? Natychmiastowe podniesienie skuteczności bloku z 38% do 44%. W Gdańsku natomiast blok ustawiany jest jakby na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy” — trzy osoby, trzy różne linie wejścia, zero synchronizacji. Próba z olsztyńskim środkowym to była katastrofa: on wchodził zbyt późno, bo myślał, że atakujący po prostu nie dojdzie do piłki. A przeciwnik? Uderzał między blokami jakby to była rozgrzewka.
I teraz pytanie do was: skoro wiadomo, że blok gdańszczan jest taki słaby, to dlaczego nie widzę tam przynajmniej jednego zawodnika z pozycji środkowej, który by potrafił czytać grę przeciwnika? Bo to nie jest kwestia umiejętności — to kwestia podejścia. Trzy gole z rzędu to nie „czarny pass”, tylko dowód na to, że ta drużyna gra w siatkówkę jakby ją ktoś wymyślił pięć minut przed gwizdkiem. A my się tutaj rozpisujemy o statystykach, podczas gdy prosta rzecz: brakuje im zupełnie podstaw.
Gdzie dowody?
No do licha, akurat wczoraj oglądałem powtórkę z meczu z Częstochową i muszę przyznać, że blok gdańszczan to rzeczywiście obrazek rodem z juniorskiej ligi — ale nie tylko blok, tylko cała ich gra w obronie. Siedziałem z kolegą, który kiedyś trenował pierwszą ligę, i on od razu rzucił: „Patrzcie, jak oni ustawiają się w polu — niby trzyosobowy blok, a każdy stoi, jakby czekał na to, aż przeciwnik sam poda mu piłkę”. I rzeczywiście, przeciwnik miał wolną przestrzeń między środkowym a atakującym, bo blok albo odpuszczał, albo wchodził za późno. Trzy gole z rzędu nie są żadnym przypadkiem — to konsekwencja braku koordynacji, która wychodzi na jaw, kiedy przeciwnik ma choćby minimalne wsparcie w postaci dobrego zagrywacza.
Ale — i tu moje zastrzeżenie — nie sądzę, żeby problem ograniczał się tylko do bloku. Patrząc na te mecze, widzę, że Gdańsk ma problem z samym rozpoczęciem akcji: serwis leci w siatkę, odbicia są chaotyczne, a w momencie, kiedy trzeba zagrać na „pasywnym odbiciu”, zamiast oddać piłkę do rozgrywającego, próbują siłowo zagrać w aut. To nie jest tylko kwestia bloku — to kwestia fundamentów, których brakuje tej drużynie od samego początku sezonu. Próbowałem kiedyś analizować mecze z ich perspektywy: każdy mecz zaczyna się od pięciu pierwszych zagrań, a Gdańsk oddaje przynajmniej trzy z nich wprost przeciwnikowi. Dopiero potem zaczynają walczyć — i to nie powinno działać w lidze, w której przeciwnicy potrafią wykorzystać nawet najmniejszą luksację.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, no kurde, aż się wierci mi w fotelu, jak czytam te wszystkie wywody — bo przecież większość z was trafi w dziesiątkę, ale coś tu jednak brakuje, żeby ten obrazek był naprawdę kompletny.
wy, którzy siedzieliście przy kortach w latach dziewięćdziesiątych, pamiętacie pewnie mecze z Opole czy Radomia, gdzie drużyny grały, jakby ktoś im kazał najpierw podziękować przeciwnikowi za punkt. Gdańsk to akurat nic nowego — tylko dziś mamy więcej kamer i statystyk do pierdolenia, więc efekt wygląda jeszcze gorzej. trzy razy 0:3 to nie jest „zła passa”, to jest dowód na to, że ten team gra, jakby jego zawodnicy dostali harmonogram meczów tydzień wcześniej i teraz tylko odhaczają kolejkę — „dziś Olsztyn, jutro Częstochowa, pojutrze Projekt, a tamci mają przecież problemy z blokiem, więc jakoś to pójdzie”.
i ta historia z blokiem — no jasne, że blok to bieda, ale nie zapominajcie o kwestii najważniejszej: serwis. trzy razy zero z rzędu zaczyna się od tego, że zawodnik staje na linię zagrywki i myśli: „no dobra, rzucę tę piłkę jako tako, niech przeciwnik się wysili”. a przeciwnik? On ma już po pięciu zagraniach 10:0, bo Gdańsk sam sobie oddaje punkty na siatce. i to nie jest kwestia kartonu ani braku koordynacji — to jest kwestia podejścia, które mówi: „nie musimy walczyć, bo i tak wszyscy wiedzą, że jesteśmy lepsi niż karton”.
a ten 3:2 z Katowicami? no właśnie, to nie jest zwycięstwo, tylko dowód na to, że GKS Katowice postanowił sobie zrobić przerwę na kawę w decydującym secie. ale uwaga — to nie Gdańsk wygrał ten mecz, tylko Katowice go przegrał. i to jest najsmutniejsze, bo zamiast wylewać łzy nad blokiem, powinniście się zastanowić, dlaczego ta drużyna nie potrafi nawet zacząć meczu od pięciu przyzwoitych zagrań. jeśli w pierwszym secie oddajesz przeciwnikowi pięć punktów z rzędu, to nie ma co gadać o kartonie — karton przyjdzie później, jak nie będziesz umiał zorganizować nawet własnej zagrywki.
no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.