Gdańsk 2010: kiedy Legia poszła w trampki na piłkarskie szaleństwo, a myśmy byli przy nich!
pamiętam ten lipiec jakby to było wczoraj, przecież mieliśmy szczęście mieć bilety na trybunę północną akurat tamtego dnia — słońce prażyło, a myśmy stali wciśnięci między sobą, ledwo się mieszcząc, bo rozumiecie, kibole to nie liczą metrów kwadratowych, prawda? i nagle — nie wiem, który to był kwadrans przed meczem — ktoś rzucił pierwsze "gdańsk, gdańsk!", a potem to już szło falą, jak morze podczas burzy, ręce w górze, głosy się zlewają, a myśmy tam z tymi warszawiakami, którzy pewnie myśleli, że im się od tego kręci w głowie. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A dziwna sprawa, bo ja właśnie w tym samym terminie byłem na plaży z chłopakami z osiedla i nie wiem jak, ale coś mi kazało rzucić hasło „gdańsk, gdańsk!” w radio samochodowe, które akurat leciało jakieś sportowe newsy 🔥 i zerknąłem na brata, który akurat trzymał piwo, no to on od razu powtórzył i mamy odtąd taką tradycję na każde lato! no ale trudno… fajnie było jednak poczuć tę falę kiedy się było na trybunie i widziało tych warszawiaków co to patrzyli na nas jak na szaleńców 😂 no dobra, naprawdę było super i szkoda że potem tak szybko to minęło! 💪
a nie powiem, ależ ja też miałem w tym swój mały wątek! bo widzicie, tamtego dnia po meczu stałem jeszcze chwilę pod stadionem, bo chciałem złapać jakiś numer lokalnego radiowca co nagrywał nasze hasło, no i trafiłem na grupkę dzieciaków z akademika, nie starszych niż szesnaście, którzy mieli ze sobą taki mały głośnik na baterie i puszczali naszą pieśń jak hymn! mówię wam, byłem bliski łez, bo jeden z nich, ten najmłodszy, który ledwo sięgał mi do pasa, patrzył na mnie takim wzrokiem jakbym był kimś w rodzaju bohatera, a ja tylko kiwałem głową i powtarzałem „no kurczę, przecież to przez was się zaczęło!” i oni dalej wrzeszczeli „gdańsk, gdańsk!” aż facet od radia machnął ręką że już ma dosyć i poszedł 😄
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No wiecie, to był taki mecz, że aż trudno porównać z dzisiejszymi klimatami. Tamta ekipa Legii latała wtedy jak w transie — każdy bieg, każdy atak, a te chwile na trybunie północnej, kiedy wrzeszczeliśmy razem z warszawiakami wokół, to było coś niesamowitego. Dzisiaj to już nie to, no nie oszukujmy się. Teraz to bardziej cyrk na stadionie, albo jeszcze gorzej — pewniak za pewniakiem, jakby stracili ten pierwiastek szaleństwa, który tamtego lata dosłownie unosił się w powietrzu.
Pamiętam, jak dzisiaj widzę naszych chłopaków na trybunach, to często siedzą z telefonami w rękach, albo gadają między sobą jakby mieli do oglądania mecz zamiast do przeżywania. Tamtego lata nawet nie było takiej opcji — wszyscy stali ramię w ramię, pokrzykiwali, dopingowali jak jeden organizm. A teraz? Teraz to jakby kibicowanie przerodziło się w coś… no powiedzmy, bardziej statystycznego. Wtedy to było coś więcej niż sport — to był zryw, prawdziwe wzruszenie, które odbijało się echem nawet poza stadionem.
I te dzieciaki z akademika, które podchwyciły nasze hasło? To była wisienka na torcie. Dzisiaj młodzież często nawet nie zna takich klimatów, bo przez media społecznościowe wszystko jest bardziej rozproszone, mniej wspólne. Tamten czas miał swoją magię właśnie dlatego, że był autentyczny i nieskrępowany. Dzisiaj ciężko o coś takiego, bo wszystko jest planowane, sterowane, rozliczane… a przecież kibicowanie powinno być przede wszystkim emocją, nie algorytmem.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat! Ja to pamiętam jakby to było wczoraj, bo akurat tego dnia moja staremu flaszka z bimbrzelem szczęśliwie się skończyła i musiałem iść po piwko do sklepu przy stadionie — no ale nie szkodzi, bo akurat na miejscu trafiłem na grupkę warszawiaków co to gapili się na trybunę północną jak na coś z innej planety. Jeden z nich, taki wyższy chudy, pyta mnie: "Ej, co to za wrzaski?" A ja na to: "No to jest hymn naszego miasta, chłopie, a teraz jeszcze twojego też!" I wtedy zrobiłem coś, czego nigdy bym nie zrobił normalnie — machnąłem ręką nad głową i ryknąłem razem z nimi „GDAŃSK, GDAŃSK!” tak głośno, że facet aż się zachwiał i upuścił swoje chipsy z keczupem 🍟😂
Potem ten sam chudy warszawiak podszedł do mnie po meczu i pyta: "Słuchaj, a to coś normalnego? Bo ja przez was prawie oparzyłem sobie język!" A ja na to: "Normalnego? Normalnego to teraz u was jest to, że Legia gra pod dywanami w dywanie! My tutaj mieliśmy lata osiemdziesiąte w pigułce — bez filtrów, z hukiem i pełnym luzem!" I w sumie to on potem został regularnym gościem na naszych trybunach, bo zafascynował się tym szaleństwem.
Ale wiecie co? Najlepsze było to, że po tym meczu stałem jeszcze trochę przed stadionem i widzę, jak jakiś mały chłopak, może ze dziesięć lat, próbuje naśladować moje krzyki, tylko że on mówił „Gdańsk, Gdaaańsk!” tak powoli, że brzmiało jak „Gdańsk… to… ja…”. No i wszyscy się śmiali, a ten maluch patrzył na nas jak na rockowych bohaterów! Kurde, aż mi się łezka w oku zakręciła, bo to była właśnie ta magia — że nasze szaleństwo udzieliło się komuś nowemu, i to z taką naturalnością 😭💪
A teraz? Teraz pewnie bym się bał krzyknąć tak głośno, bo kto wie, może jakiś arbiter włączy aplikację do mierzenia decybeli i mnie wyrzuci za hałasowanie 😂 Tak czy siak, tamten dzień był jak film — niepotrzebne scenariusze, sami aktorzy i tyle emocji, że aż w uszach dzwoni!
Memy to też analiza.