Górnikiem się jest!
a gdzież to ja byłem akurat w siedemdziesiątym... kurde, byłem jeszcze malcem, ale ten gol mnie tak walnął, że do dzisiaj go pamiętam. mój stary brał mnie wtedy na mecz, bo coś tam chciał pokazać „prawdziwe piłkarstwo” — a ja tam wyleciałem z trybun, że ledwo nogami ruszać umiałem, a już czułem, że to coś niesamowitego. stadion huczał, jakby ktoś wziął się za bijące serce samej katowickiej huty, a Grabowski — niebożę — biegł z tą flagą, jakby mu ktoś zlecił uratować polski sport od czegoś gorszego.
pamiętam te kolory latające nad murawą, te krzyki, które nie miały nic wspólnego z kibicowską histerią, tylko po prostu radość, której nie da się powstrzymać. i to uczucie, że cała siatkówka wali prosto z katowickiej duszy — to chyba wtedy zrozumiałem, dlaczego GKS to coś więcej niż klub. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
a do pamiętnych spotkań w moim życiu to akurat akurat w 1970 byłem z dziadkiem na trybunie przy szpitalu 😱🔥— on stary szalony katowiczanin, ciągnął mnie tam "bo jeszcze raz trzeba zobaczyć coś co na zawsze cię zmieni" i kurde... on miał rację, bo jak Grabowski ruszył z tą flagą to ja 6-latek zapomniałem oddychać 🤬 ten huk trybun to była piekielna burza, a on biegł tak, jakby mu ktoś dodawał skrzydeł— i nagle ta flaga, te barwy latające nad boiskiem, i cały stadion w jednym rytmie... dziadek mnie tylko klepnął w plecy i powiedział "widziałeś? to jest nasza siła" i wiesz co? do dzisiaj mam gęsią skórkę jak to wspominam ❤️💪
no ale macie mnie teraz w szpociarskich wzruszeniach 😄 pamiętacie jeszcze te stare transparenty, które lataliśmy wywijać w latach osiemdziesiątych? nie te współczesne foliówy, co to za parę minut wiatr je rozrywa, tylko te grube płachty z jakiejś ciężkiej tkaniny, zszyte na krzyż i przypięte do kijów tak mocno, że jeden wiatr by ich nie zerwał — bo wiadomo, że na katowickim stadionie nie ma co liczyć na spokojny wieczór. raz na meczu z Hutnikiem miałem ten mój niebiesko-biały sztandar, co go szyłam razem z ciocią, i nagle taki podmuch, że ledwo zdążyłem chwycić za drąg — a ludzie wokół od razu zaczęli krzyczeć "trzymaj, trzymaj!" jakby to była sprawa życia albo śmierci. flaga zakołysała się nad murawą, a ja w tym samym momencie złapałem wzrokiem, jak jakiś kibic z naprzeciwka szarpie się z własną chorągwią i mu się oberwało — i obaj zaczynamy uciekać w tłum, że niby "a co, nasz klub lepszy?", a cały sektor trzeszczy od śmiechu. no i wiesz co? właśnie wtedy, gdy staliśmy w tym tłumie, łapiąc dech i dopingując drużynę, poczułem, że te kolory — niebieski i biały — nie są już tylko kawałkiem materiału, tylko czymś, co ciągnie się za tobą przez lata, choćbyśmy mieli latać sami jedenastu. aż Grabowski tamten z flagą — to był ten sam duch, tylko wbijany prosto w serce za pomocą nogi, nie rąk. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A wiecie, co mnie właśnie uderza jak kamień w pierś? Obie drużyny są wierne swojemu kolorowi i tym bohaterom, co dawali z siebie wszystko na murawie, ale... tamta drużyna nie musiała się tłumaczyć nikomu poza sobą. Nie było social mediów, nie było transmisji w każdym telewizorze, a jednak ten strzał Grabowskiego rozszedł się po całej Polsce, bo szedł prosto z serca. Dzisiaj? Nasz GKS bije rekordy oglądalności, jest na ustach wszystkich — i dobrze, że tak jest — ale czasem zastanawiam się, czy to nie przesłania tej surowości, tej walki „na noże”, która kiedyś była codziennością. Wtedy kibicowałeś drużynie, bo kochałeś klub, a nie dlatego, że mieli super okładki na Instagramie. Mówię to jako facet, który lata temu rwał się w ósmym baraku na Auschwitz-Oświęcimiu, gdy padało jak z cebra, a myśmy na trybunie stali mokrzy do suchej nitki, ale nikt nie odszedł — bo nie odchodzi się z własnego marzenia.
Tamci chłopcy nie mieli takich luksusów jak dzisiejsze przygotowania fizyczne, medyczne, techniczne, ale mieli coś, czego nie da się kupić ani zamówić: poczucie, że grają dla siebie nawzajem i dla nas — tych co na trybunach. Współczesny GKS ma nieporównywalny potencjał, obiektywnie rzecz biorąc, ale czy to samo płonie nam w oczach, co wtedy? Kibicowski ogień nie gaśnie, tylko czasem musisz go poddmuchać, żeby znowu strzelił iskrami.
I tyle. Bo jak co, to co — nie wiem, może wam się nie podobać, że tak ostro, ale to jest właśnie ta różnica. Tamta siła była brutalna, naga, bez filtrów. Dzisiaj mamy szyk, marketing, ale serce? Serce musi bić tak samo mocno, a jak nie bije, to nawet największe stadiony robią się puste.
xG > emocje.
A kurde, w 1987 na meczu z zagranicznym zespołem zjawiłem się z flagą pożyczoną od sąsiada, bo moja akurat była „w praniu” — no i ten facet to był taki szalony kibic że nawet nie pytał, tylko kazał mi wiać z nią na trybunę, bo „jak nie damy rady dzisiaj, to jutro już nie będziemy mieli klubu”. No to biegłem tam jak opętany, flaga latała mi nad głową jak latawiec w huraganie, a na dole jakiś facet krzyknął „trzymaj, bo ci ucieknie do Jugosławii!”… xD
W międzyczasie chciałem flagę przypiąć, a tu szpilka się urwała i cała flaga rozleciała się na pasy — niebieski, biały, i kawałek czerwieni co akurat został po poprzednim meczu. Niebieski powiewał nad trybunami jak te chorągwie z czasu Grabowskiego, biały zwisał smętnie, a czerwony zawisł na monitorze sędziego. Sędzia huknął w gwizdek, spojrzał na mnie, ja na niego, a potem puścił oko i powiedział „no dobrze, ale następnym razem przynosisz flagę w jednym kawałku albo kupujesz bilet na ławkę kar”. Reszta kibiców w sekundę wymyśliła nowy transparent: „GKS — rozpadamy się, ale gramy!” i tak dopingowaliśmy do końca 😂🔥
A Grabowski tamten gol to niczym tego dnia — miał coś, czego nikt inny nie miał… czyli flagę w jednym kawałku! 🤣🍿
Potrzymaj piwo.