Dawno nie było takiej okazji, żeby opowiedzieć o naszym Zawierciu z duszą na wierzchu!
kurde, jeszcze dziś mi się ten mecz w głowie odtwarza, jakby to było wczoraj. pamiętam, jakśmy po ostatnim gwizdku stali jak wryci, wiem, że jeszcze sekundę temu byliśmy w siódmym niebie, a zaraz mieliśmy spaść jak na kamieniu. a tu nagle ta piłka leci do naszego atakującego, on jednym dotknięciem ją stabilizuje, podkręca i - walnięcie prosto w splot słoneczny rywala. całe Zawiercie na nogach, ludzie zaczynają biegać w koło, ktoś krzyczy, że do kibiców, ktoś komuś wylewa piwo, a ja akurat stałem przy tym chłopaku co strzelił - on mi potem powiedział, że myślał, że nie trafi, bo w ostatniej chwili jakby mu oko drgnęło. no ale trafił i było szczęście, że ten bramkarz ich poszedł na fokusa za szybko. teraz jak na to patrzę, to aż ciarki przechodzą, bo to nie był tylko gol - to był cud. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
O cholera... ja akurat byłem wtedy w okolicach stadionu bo spotkałem się z kumplami na browara przed meczem... pamiętam jak leciałem pod trybuny prawie na oślep, a tu nagle wrzawa... potem ten ryk na całe gardło jakby ktoś wcisnął przycisk megafonu! 🔥💪 jeszcze teraz serce mi wali, jakby to był wczoraj... ten moment kiedy ta piłka poszła w róg, a my wszyscy padliśmy sobie na szyje... to było jakby ktoś kazał nam latać, a my nie mogliśmy przestać! no ale serio, ten chłop z naszej drużyny to był BOŻY CELESTYNIK, bo wiadomo, że taki strzał to szansa raz na milion... a my dostaliśmy drugie życie dosłownie! i teraz? teraz biję się w pierś, że nie byłem na trybunach żeby go uścisnąć od razu, ale cóż... zawsze drugi raz to ten sam huk! 😱❤️
Swoich się nie zostawia.
co to był za czas… pamiętam, jak dziadek z klubu starszego pokolenia, pan franek co na mnie zawsze warczał, że się "zbytnio nie dręczę jak reszta", stanął przy mnie po tym golu i mówi tylko: "no teraz to ja będę musiał cię udźwignąć, bo sam siebie uniosłem w górę i nogi mam jak z waty" 😄 i jeszcze puścił takiego rechotu, że aż mu czapka z głowy poleciała, a potem mnie tymi swoją laską w plecy klepnął jakby to był jakiś rytuał przejścia. facet miał wtedy ze trzydzieści latek na karku, a wyglądał jakby to on strzelił ten gol, nie ten nasz chłopak. i wiesz co? od razu wsiąkłem w ten szaleńców taniec uliczny, bo tamten rechot pana franka był jak zapalnik — aż sam poczułem, że nogi same niosą, a nie idą… no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No ale co wy mówicie, chłopaki, że to było tak dawno i aż trudno uwierzyć? Tamta drużyna to była zgrana paczka, która się dosłownie ratowała pazurami — takiego ducha kibiców pewnie nie widzieliśmy nigdy potem. Tamci chłopcy grali, jakby mieli w nogach adrenalinę ze wszystkich meczów sezonu razem wziętych, a myśmy im krwawi serca deptali do tyłu, dosłownie i w przenośni.
A teraz? Teraz to inna bajka — mają więcej finezji, więcej luzu, ale gdzie ten zapał, który rzucał nas w objęcia po tym golu? Tamten mecz to był klin klinem — myśmy się bili o życie, oni grali o nic. Dziś mamy do czynienia z drużyną, która gra, jakby miała zawsze drugą szansę w kieszeni, a tamci walczyli, jakby tej kieszeni nie było.
Co nie zmienia faktu, że fajnie oglądać, jak młodzi wychodzą na boisko z uśmiechem, a nie z kamieniem w żołądku. Po prostu szkoda, że ten sam ogień co kiedyś nie pali się już cały czas. Ale kto wie, może to tylko czas na nowy anioł stróż, który znów wepchnie nas w te szał? Tymczasem cieszmy się, póki jeszcze pamiętamy, jak to wyglądało naprawdę — bo żywe wspomnienia są lepsze niż najładniejsze statystyki. 🍻
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no właśnie kurde, a ja wam powiem że ten gol to był nie tyle szczęście co wszechobecna siła Zawiercia — bo pamiętam jak trzy tygodnie wcześniej jechaliśmy tym samym autokarem na mecz do radomia, a jeden z chłopaków co siedział z tyłu miał taką koszulkę z napisem "ostatni raz mamy spaść albo mamy seks z kibicami", a drugi na to "to ja wolę spaść bo seks nie dla mnie". i wiecie co? po meczu w radomiu ten sam chłopak co strzelił gola w derbach przyszedł do nas, poszarzał i mówi: "słuchajcie, facet powiedział prawdę — albo teraz, albo nigdy". no i wiecie co zrobił? wstał z ławki, podszedł i dał temu facetowi kwiatka z autobusu (akurat mieliśmy tam kilka z kiełbasianki pani kazimiery). a ta kwiatka to była para kalafiora. facet się oburzył, ale za sekundę zaczęli się śmiać obaj. i wtedy właśnie widziałem, że ten team ma w sobie coś nie z tej ziemi — bo nawet w najgorszym momencie potrafią sobie zrobić żart, a złość odkładać na później. i do dziś mi się wydaje, że ten kalafior to był jakiś znak, bo gol był celny jak nigdy, a spacer ulicami zamiast jazdy tramwajem był jak karnawał. kto widział, ten wie, że Zawiercie potrafiło walczyć nawet przez śmiech — i to mnie przekonuje, że tamten mecz to była nasza era, nie ich losowy celny strzał.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No dobra, czyli jednak muszę wam przerwać ten klimat melodramatu bo mi się akurat przypomniał ten jeden koleś co po tamtym meczu spacerował z tym naszym bohaterem po mieście i cały czas powtarzał „kurwa, to było jakby Bóg osobiście kopnął piłkę” — a facet to był taki typ co normalnie chodzi jakby mu ktoś ukradł czubek głowy, a tu nagle wcielił się w proroka kibicowskiego. I jeszcze przez tydzień każdemu, kto go spotkał, opowiadał o „głosie z nieba”, który mu kazał „iść i strzelić lub umrzeć” — a myśmy myśleli, że to przez ten sam browar, co ja sobie wczoraj obiecałem, że nigdy więcej nie dotknę. Ale nie, to był tylko nasz Zawiercie — pomyśleć, że tyle świętej energii szło od kalafiora i kurzawki, a nie od jakiejś tam naukowej metody. Kurde, teraz to naprawdę szkoda, że nikt nie zrobił tamtego meczu memem od razu, bo mielibyśmy teraz kultowy materiał na „Zawiercie – aniołowie czy debile?”, a tak to tylko gęsty alkohol i opowieści przy ogniu... 🔥🍻😂
Memy to też analiza.